Koncerty Madonny i tragiczne wydarzenia na polskich scenach muzycznych

Polska publiczność wielokrotnie doświadczała niezapomnianych chwil podczas koncertów muzycznych, jednak historia rodzimych scen to także kontrowersje i dramatyczne wydarzenia. Niniejszy artykuł przedstawia zarówno burzliwe występy światowej ikony popu, Madonny, jak i tragiczną historię pożaru podczas koncertu zespołu Golden Life w Stoczni Gdańskiej.

Tematyczne zdjęcie stadionu koncertowego lub tłumu na koncercie

Koncerty Madonny w Polsce: kontrowersje i apele

Występy Madonny w Polsce, choć gromadziły dziesiątki tysięcy fanów, zawsze budziły ogromne emocje i liczne kontrowersje, często związane z wyborem daty oraz charakterem samego show.

Występ w Warszawie w 2012 roku

1 sierpnia 2012 roku odbył się koncert Madonny na warszawskim Stadionie Narodowym. Gwiazda spóźniła się na swój występ godzinę, wychodząc na scenę o 22:20 zamiast planowej 21:30. To godzinne opóźnienie rozczarowało wielu fanów.

Mimo to, Madonna starała się rozgrzać publiczność, dając świetny show. Do zgromadzonych mówiła: „Sytuacja ekonomiczna w Europie i na świecie nie jest dobra, wiele osób nie ma pracy. A wy przyszliście płacąc słono za bilety. Damy więc czadu!”.

Piotr Metz dla TVP Info (Relacja po koncercie Madonny w Warszawie) [2012]

Kontrowersje wokół daty

Koncert Madonny w Warszawie od początku budził kontrowersje, ponieważ miał się odbyć 1 sierpnia, czyli w rocznicę Powstania Warszawskiego. Z racji tej daty wiele środowisk katolickich i prawicowych protestowało przeciwko występowi, oceniając, że jest to celowa prowokacja i zbezczeszczenie polskiej ziemi.

Apel egzorcystów: zarzuty i ostrzeżenia

Wokół koncertu rozgorzała również dyskusja o jego charakterze. Apel przeciwko występowi podpisało trzech egzorcystów: ks. Andrzej Grefkowicz, o. Robert Więcek i ks. Paweł Pająk. Jego treść, uzyskana z Centrum Formacji Odnowy w Duchu Świętym "Wieczernik", zawierała liczne zarzuty.

  • Analiza show MDNA Tour

    Egzorcyści dokonali analizy koncertu Madonny, który odgrywa ona w czasie trasy MDNA Tour. Ostrzegali przed oglądaniem materiałów dostępnych w sieci: „Materiały dostępne na YouTubie są mocne; jest bardzo silny przekaz podprogowy, dlatego nie zalecamy oglądania; (jeśli już, to żeby być w stanie łaski uświęcającej i pomodlić się wcześniej do Ducha Świętego)”.

    Według nich show Madonny jest antychrześcijańskie, a jego podstawowym celem jest „kpienie z Boga i chrześcijan”, stanowiąc w szerokim zakresie „antyewangelizację całego świata”. Stwierdzono również, że Madonna, odbywając 88 koncertów w pół roku, nie jest w stanie tego dokonać o własnych siłach, a towarzyszą jej „najdrożsi na świecie specjaliści od psycho-manipulacji”.

  • Profanacja symboli religijnych

    Egzorcyści uznali koncert za „potężną dawkę trucizny uderzającą w podświadomość za pomocą częstotliwości, ukrytego symbolizmu i obrazów”. Wymienili składniki tej „trucizny”:

    • Bezczeszczenie chrześcijaństwa: obraz średniowiecznej katedry (symbolizującej Kościół) zostaje sprofanowany.
    • Profanacja Krzyża: brama z krzyżem rozpada się w drobny mak, co ma obrazować „zwycięstwo złego nad Kościołem”.
    • Wyśmiewanie najważniejszych tajemnic wiary: Wcielenia, Narodzenia i Śmierci Pana, wszystko odbywa się w „obecności” demonów wchodzących do „katedry”.
    • Motywy pogańskie: gra świateł (czerwień i czerń), muzyka i taniec ociekający motywami pogańskich kultów (np. prostytucja sakralna).
    • Parodiowanie symboli: krzyże i różańce noszone przez uczestników show.
    • Oddawanie czci „czarnej postaci”: czyli samej Madonnie, co kulminuje w „wybuchu” niszczącym katedrę. Sekwencja obrazów wskazuje na powrót do pierwotnego chaosu, gdzie Madonna „oddaje się w ręce zła symbolizowanego przez odrażające postaci”.
    • Hołdowanie „współczesnym trendom”: takim jak homo- i transseksualizm oraz transwestytyzm.
  • Egzegeza skrótu MDNA

    Egzorcyści dokonali również egzegezy skrótu MDNA, tytułu albumu piosenkarki. Stwierdzili, że „MDNA można traktować jako: jej imię, następnie jako "DNA Madonny". Jest też nawiązanie do MDMA (ecstazy) - narkotyku dostarczającego "euforyczne odczucie miłości"”.

  • Wezwanie do modlitwy

    Duchowni wezwali do modlitwy, aby „odpowiedzią na przekleństwo było błogosławieństwo”. Apelowali: „Niech będzie nas najmniej 65 tysięcy modlących się (pojemność Stadionu Narodowego)”. Intencją modlitw miało być to, aby „nie doszło do koncertu, a jeżeli do niego dojdzie, to by Pan Bóg go przerwał - np. awaria prądu zawsze jest możliwa”. Na koniec egzorcyści dodali: „Ostatecznie Pan Bóg może zrobić z naszą modlitwą co uzna za stosowne, ale prosić możemy”.

Skandal finansowy

Koncert z 2012 roku przeszedł do historii również z powodu skandalu finansowego, który wyszedł na jaw później. Ministerstwo Sportu i Turystyki wydało wówczas około 6,2 miliona złotych na organizację występu, a impreza przyniosła mu blisko 4,8 miliona złotych strat. Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie wskazała, że było to niezgodne z przeznaczeniem gospodarowanie środkami publicznymi.

Pierwszy koncert w Polsce (2009)

Pierwszy w historii występ Madonny w Polsce odbył się 15 sierpnia 2009 roku na warszawskim Bemowie, gromadząc około 80 tysięcy fanów. Był to historyczny moment, wzbudzający wielkie emocje i, podobnie jak późniejsze koncerty, liczne utrudnienia dla mieszkańców oraz kontrowersje.

Głównym problemem była data 15 sierpnia, która dla katolików jest bardzo ważnym świętem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, dodatkowo powiązanym z tzw. Cudem nad Wisłą z 1920 roku. Występ amerykańskiej gwiazdy akurat w ten dzień wzbudził liczne głosy oburzenia, związane nie tylko z aktem artystycznym, ale także z prowokacyjnym zachowaniem piosenkarki, które od początku kariery wywoływało silne reakcje. Mimo protestów środowisk katolickich i niektórych prawicowych polityków, koncert nie został odwołany. Fani zgromadzeni na płycie lotniska Bemowo zaśpiewali Madonnie gromkie "100 lat" z okazji przypadających dzień później 51. urodzin artystki.

Tragedia w Stoczni Gdańskiej: pożar podczas koncertu Golden Life (1994)

24 listopada 1994 roku w hali widowiskowej przy ul. Jana z Kolna w Stoczni Gdańskiej doszło do jednej z najtragiczniejszych katastrof w historii polskich koncertów, która na zawsze zapisała się w pamięci narodu.

Zdjęcie przedstawiające spaloną halę Stoczni Gdańskiej po pożarze

Przebieg wydarzeń

Tego wieczoru w hali odbywała się impreza muzyczna: koncert zespołu Golden Life, po którym miała zostać wyemitowana bezpośrednia transmisja z rozdania nagród MTV. Na koncert przyszło około 2000 osób, głównie młodych ludzi w wieku od 13 do 20 lat.

W godzinę po zejściu ze sceny muzyków zespołu Golden Life, około godziny 20:50, zauważono ogień na drewnianej trybunie znajdującej się w głębi sali. Początkowo nikt nie przejął się tym zjawiskiem, myślano, że jest to efekt świetlny uświetniający koncert. Pracownicy ochrony próbowali zdusić ogień w zarodku, jednak bezskutecznie - bardzo szybko zaczął się rozprzestrzeniać, zajęła się kurtyna i pożar sięgnął sufitu. Gdy zgasło światło, wybuchła panika.

O godzinie 20:56 dowódca posterunku podniósł alarm. Minutę później strażacy zakładowi próbowali gasić przez drzwi ewakuacyjne przy scenie palącą się trybunę. Woda lejąca się przez około 60 sekund tylko pogorszyła sytuację, ponieważ płomienie przeskoczyły na kolejne drewniane elementy, budząc jeszcze większe przerażenie tłumu. Chwilę przed 21:00 informacja o pożarze w Stoczni dotarła do Komendy Rejonowej PSP w Gdańsku i Wojewódzkiego Stanowiska Koordynacji Ratownictwa. Na miejsce natychmiast zjechały jednostki.

Ludzie w panice przewracali się o siebie nawzajem i byli parzeni gorącym powietrzem. Na ewakuowanych i ratowników spadał deszcz odłamków, betonu i metalowych prętów, potęgując panikę. O godzinie 21:08, jak relacjonował jeden z ratowników: „spod drzwi i przejścia do hali wynieśliśmy cztery osoby i kiedy wracałem, nastąpił wybuch. Poczułem nagle ból w okolicy oka oraz kości policzkowej. Mimo bólu kontynuowałem zadania akcji ratowniczej. Do lekarza zgłosiłem się o godzinie 2 następnego dnia”.

Starszy brygadier Brzostowski wspominał: „Pierwsze skojarzenie: może butla, może jakiś pojemnik, zbiornik z farbą? Nie, to chyba było rozgorzenie ognia, w przybliżeniu to, co Amerykanie nazywają „ognistym podmuchem”. To ten podmuch uderzył tych, co byli jeszcze w hali i przy wyjściu. Płomieniami liznął po twarzach, rękach i nogach. To on zabrał włosy i brwi, zajrzał do płuc.” Pożar doprowadził również do zawalenia się dachu hali.

Akcja ratunkowa i ofiary

Akcja ratunkowa była dramatycznie trudna ze względu na ekstremalne warunki. Temperatura powietrza wewnątrz hali sięgała blisko 1000 stopni Celsjusza. Nie dało się wejść do środka bez masek przeciwgazowych, a strażacy ledwo wytrzymywali mimo ognioodpornych kamizelek, rękawic i masek. Z daleka widać było powyginane na skutek działania wysokiej temperatury pręty - „Wszystko się topi”.

Sytuację pogarszało ryzyko wybuchu acetylenu, gazu przemysłowego używanego w stoczni do cięcia i spawania metalu. Poza ratowaniem rannych i walką z ogniem, strażacy musieli co chwila zraszać wodą pomieszczenia, w których stały butle z gazem. Jeden ze strażaków relacjonował dziennikarzom „Wieczoru Wybrzeża”: „Całe szczęście, że nie siada ciśnienie w wężach. Korzystamy z pomp zainstalowanych na statku cumującym w pobliżu hali”. W akcji brało udział 19 wozów bojowych, w tym ciężki samochód gaśniczy GCBA 6/32 Tatra z trzema strażakami z oddziału II Portowej Straży Pożarnej "Florian", a wozy w wodę zaopatrywał statek pożarniczy "Strażak 2". Połowa strażaków walczyła z ogniem od strony stoczni, pozostali - od ulicy. Paliły się również biura przylegające do hali i magazynek ze sprzętem sportowym. Działania ratownicze zakończono dopiero 25 listopada o godzinie 7:35.

Na udrożnienie przejść ewakuacyjnych było już za późno. Ludzie rzucili się do jedynego znanego im wyjścia z hali: głównego wyjścia, które nie było w pełni drożne. O godzinie 21:02 wydano rozkaz usunięcia czterech przęseł ogrodzenia oddzielającego trakcję tramwajową, co miało umożliwić ewakuację nastolatków. Z notatki służbowej oficera operacyjnego Komendy Rejonowej PSP w Gdańsku wynikało, że: „Ludzie leżą w tym miejscu warstwami [przy ogrodzeniu oddzielającym chodnik od torowiska - przyp. aut.], ogień wydostał się już na dach, rozpoczynam ewakuację”. Natychmiast odcięto zasilanie trakcji tramwajowej i obiektów w pobliżu.

Starszy brygadier Stanisław Brzostowski, zastępca pomorskiego komendanta wojewódzkiego PSP w Gdańsku, wspominał, że najgorsze było, jak poparzeni błąkali się bez świadomości: „Niektórzy na skraju śmierci ruszali na pogotowie. Sami. Strażacy polewali ich wodą po drodze, a oni szli. Jak zombie.” Na miejscu brakowało wystarczającej pomocy medycznej; dwie karetki woziły tylu rannych, ilu tylko były w stanie pomieścić. St. asp. Maciej Białous, wówczas początkujący strażak, wspominał: „To był prawdziwy horror, ludzie deptali po ludziach. Na podłodze widzieliśmy dywan z ciał. Po tym dywanie w panice uciekali najsilniejsi. Czegoś takiego nie widziałem nawet na filmach”. Wielu uciekało w popłochu, bez kurtek i butów, a ich resztki piętrzyły się warstwami pod halą.

Infografika przedstawiająca schemat wyjść ewakuacyjnych w hali podczas pożaru

Biegli sądowi wskazali, że jedyna droga ewakuacji - drzwi, pięć stopni w górę, znowu drzwi, trzy stopnie w dół i kraty, z których tylko jedna była otwarta - miała zaledwie dwa i pół metra szerokości. Była jak „ucho igielne dla rzeki ludzi”. Dym dusił, temperatura paliła. W kakofonii krzyków strachu i rozpaczy słychać było: „Ratujcie nas!”, „Boli!”, „Szybciej!”. St. bryg. Brzostowski porównał scenę do „Piekła Dantego”, gdzie stos ludzkich ciał wił się w konwulsjach. Meldunek rozpoznania kolejnych jednostek straży pożarnej brzmiał: „Wejście główne do budynku jest zablokowane w całej wysokości i szerokości przez leżący stos ludzi. Boczne kraty po lewej i prawej stronie są zamknięte w sposób uniemożliwiający ich otwarcie. Z krat wystają ręce osób uwięzionych w holu wejściowym i wołających o pomoc. Między belą a płotem przy torowisku, na szerokości trzech przęseł leży stos ludzi, poplątanych ze sobą w kilku warstwach. W stosie jest około 70 osób”.

Podczas próby rozplątywania ciał rozlegało się przeraźliwe wycie z bólu. Strażacy musieli rozcinać i wyłamywać płot oddzielający chodnik od torów tramwajowych, co umożliwiło rozluźnienie stosu ludzi. Po wycięciu krat, ratownicy pomagali wstać, odprowadzali, a w większości podnosili i przenosili poszkodowanych na trawnik. Na noszach umieszczono dziewczynkę w stanie omdlenia z licznymi poparzeniami twarzy, rąk i tułowia. Do karetek zabrano łącznie siedmioro dzieci w stanie szoku z poparzonymi kończynami górnymi oraz poparzeniami twarzy.

Bilans tragedii był tragiczny: pożar odebrał życie siedmiu osób, a ponad 280 zostało rannych. Pierwsze dwie osoby zginęły na miejscu, stratowane przez uciekający tłum: 13-letnia Dominika Powszuk oraz 32-letni operator telewizji Sky Orunia Wojciech Klawinowski, który wrócił do płonącej hali po sprzęt telewizyjny. W wyniku ciężkich obrażeń w szpitalach zmarło kolejnych 5 osób, w tym dwóch ochroniarzy, którzy wcześniej wynosili nieprzytomne osoby z płonącej hali.

Po pożarze do Szpitala Akademii Medycznej przewieziono około 80 osób, a 24 helikopterami przetransportowano do szpitala oparzeniowego w Siemianowicach Śląskich. Tam nie udało się uratować kolejnych 5 uczestników wydarzenia. Anna Golędzinowska, jedna z rannych, spędziła w szpitalach łącznie dwa miesiące. Po wyjściu z piekła poczuła rozpacz i beznadziejność. Jak wspomina, koleżanka z liceum na jej widok powiedziała: „Aniu... twoja twarz...”, co było kolejnym sygnałem, że nie jest dobrze.

Piotr Metz dla TVP Info (Relacja po koncercie Madonny w Warszawie) [2012]

Śledztwo i konsekwencje

Śledztwo w sprawie tragedii w Stoczni Gdańskiej ruszyło wraz z pierwszymi przeszczepami skóry ocalonych. Praktycznie nikt nie miał wątpliwości, że przyczyną tragedii było podpalenie lub zaprószenie ognia. Kapitan pożarnictwa Adam Polinceusz, jeden z koordynatorów akcji gaszenia ognia, stwierdził: „Nie sądzę, żeby przyczyną pożaru była butelka denaturatu. To raczej benzyna albo coś w tym rodzaju. Ogień zbyt szybko się rozprzestrzeniał po drewnianych konstrukcjach hali”. Prokuratura ostatecznie ustaliła, że przyczyną zdarzenia było podpalenie, jednak sprawcy do dziś nigdy nie ustalono.

Cały proces sądowy stał się jedną z najdłużej trwających spraw w polskim sądownictwie, dwukrotnie zaczynając się od nowa. Zajęły się nią trzy składy orzekające, które przesłuchały w sumie 400 świadków oraz biegłych z zakresu pożarnictwa i budownictwa. Na ławie oskarżonych zasiedli przede wszystkim organizatorzy imprezy, którym zarzucono niezapewnienie drożnych wyjść ewakuacyjnych oraz ominięcie podstawowych zasad zabezpieczeń przeciwpożarowych.

8 czerwca 2010 roku Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał ówczesnego kierownika hali stoczniowej Ryszarda G. na karę dwóch lat więzienia z warunkowym zawieszeniem wykonania kary na okres próby lat czterech. Uniewinnieni zostali były komendant stoczniowej straży pożarnej oraz organizatorzy koncertu, Tomasz T. i Jacek K. Sąd ocenił, że wywiązali się należycie z zawartych umów i nie dopatrzył się z ich strony zaniedbań. Zdaniem sądu to Ryszard G. „wyczerpał znamiona czynu zarzucanego mu przez prokuraturę i w efekcie doszło do nieumyślnego spowodowania śmierci siedmiu osób i obrażeń ciała u wielu innych” - uzasadnił wyrok sędzia Robert Studzienny.

Prokuratura nie zgodziła się jednak z uniewinnieniem organizatorów i wniosła apelację. Dwa lata później Tomasz T. i Jacek K. otrzymali karę jednego roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Sąd uznał, że ponoszą „odpowiedzialność za sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia” poprzez niezapewnienie otwarcia wszystkich wyjść ewakuacyjnych.

Zdjęcie pomnika upamiętniającego ofiary pożaru w Stoczni Gdańskiej

Dziesięć lat po tragedii muzycy z zespołu Golden Life, w hołdzie ofiarom koncertu, nagrali piosenkę pod tytułem "24.11.1994". Słowa refrenu - „Życie, choć piękne, tak kruche jest” - zostały umieszczone na pomniku, który stanął nieopodal miejsca tragedii. Wykorzystano w nim również fragmenty spalonej hali, takie jak kolumny i metalowe belki. Piosenka stała się przejmującym hołdem, przypominając o kruchości życia i wartości ludzkiego życia. Samej hali już nie ma, a na jej miejscu stoi dziś pomnik zbudowany z elementów wydobytych po pożarze, który stał się symbolem tragicznego wieczoru.

Wydarzenia tamtego wieczoru wpłynęły na zwiększenie świadomości w zakresie bezpieczeństwa podczas masowych imprez w Polsce, prowadząc do zmian w przepisach i procedurach organizacji koncertów.

tags: #pozar #koncert #madonny