11 maja 1985 roku, w przemysłowym mieście Bradford w hrabstwie West Yorkshire, doszło do jednej z najtragiczniejszych katastrof w historii brytyjskiego futbolu. Tego dnia na stadionie Valley Parade, należącym do klubu Bradford City, wybuchł pożar, który pochłonął życie 56 osób i ranił co najmniej 265 kibiców. Wydarzenie, które miało być radosnym świętem awansu do drugiej ligi, zamieniło się w koszmar, którego konsekwencje są odczuwalne do dziś.

Święto, które zamieniło się w koszmar
Mecz Bradford City z Lincoln City w Division Three (trzecia liga) był dla gospodarzy formalnością. Zespół zapewnił sobie awans do drugiej ligi kolejkę wcześniej, wygrywając z Bolton Wanderers. Tego fantastycznego sezonu, zwieńczonego powrotem do 2. ligi po raz pierwszy od 1937 roku, miało towarzyszyć wielkie świętowanie. Na trybunach stadionu Valley Parade zasiadło ponad 11 tysięcy kibiców, znacznie więcej niż średnia sezonowa wynosząca nieco ponad 6,5 tysiąca. Fani, pomimo transmisji telewizyjnej, chcieli celebrować sukces razem z drużyną.
Przed meczem kapitan drużyny z West Yorkshire, Peter Jackson, zaprezentował trofeum za wygranie trzeciej ligi. Piłkarze również wyrażali wdzięczność, wychodząc na murawę z kartonami, które po podniesieniu tworzyły napis „Thank you, fans” (dziękujemy, fani). Nikt ze zgromadzonych na stadionie nie mógł przeczuwać, że w ciągu kilkudziesięciu minut rozegra się jedna z najstraszniejszych tragedii w historii piłki nożnej.
Początek katastrofy: Niedopałek papierosa i szybkie rozprzestrzenianie się ognia
Przyczyna tej katastrofy była niepozorna. Według policyjnego śledztwa, Eric Bennett, starszy kibic pochodzący z Anglii, który wyemigrował do Australii w 1970 roku, oglądał mecz z synem. Tuż przed końcem pierwszej połowy, około 40. minuty, zapalił papierosa. Po skończeniu, niedopałek położył u swoich stóp, skąd wpadł do dziury pod drewnianą trybuną, prosto w małą kupkę śmieci.
„Minutę później [kibic] zobaczył małą chmurę dymu i wylał na nią kawę” - wspominał John Helm, który komentował mecz dla regionalnej stacji telewizyjnej. „Jego syn zrobił to samo. Wydawało się, że ogień został ugaszony” - dodaje. Jednak już minutę później dym był jeszcze gęstszy. Oboje poszli poinformować o tym pracownika stadionu - ale kiedy wrócili, katastrofa była już w pełnym toku.
Kamera telewizyjna około godziny 15:40 wyłapała na trybunie głównej drobny płomyk, jakby paliła się kartka papieru. Początkowo ludzie z innych miejsc na stadionie śmiali się z niecodziennego widoku. Jednak po chwili ogień zaczął stawać się coraz większy. Sędzia zauważył duże poruszenie na trybunie i postanowił przerwać mecz, dając drużynom komendę, by natychmiast udały się do szatni.
Śmiertelna pułapka: Panika i walka o życie
Ogień rozprzestrzeniał się w błyskawicznym tempie po stumetrowej, drewnianej konstrukcji trybuny. Był to wyjątkowo wietrzny dzień, co sprawiło, że płomienie zajęły całą trybunę w zaledwie 4,5 minuty. W raporcie z późniejszego dochodzenia napisano, że ogień przemieszczał się szybciej, niż „człowiek jest w stanie biec”.
Dla wielu kibiców rozpoczęła się paniczna ucieczka przed żywiołem. Widzowie przed telewizorami byli świadkami wstrząsających scen. Z jednej strony wiwatujący ludzie na boisku, gdzie początkowo nadal trwała zabawa, a z drugiej - walka setek osób o własne życie. Policja apelowała o zachowanie spokoju i powolne opuszczenie trybun, lecz sprawy szybko wymknęły się spod kontroli. Część fanów znalazła się na płycie boiska, nie zdając sobie kompletnie sprawy z ogromnego niebezpieczeństwa.
Wielu kibiców zostało uwięzionych. Na trybunie brakowało bramek ewakuacyjnych, były tylko płoty, przez które musieli przeskakiwać. Część ludzi tratowała się nawzajem lub była zrzucana z płotów. Inni próbowali wyjść drogą, którą przyszli, ale bramki stadionowe szybko stały się płonącą pułapką. Policjanci krzyczeli, by desperaci wybrali drogę na boisko, a jeden z funkcjonariuszy uratował kobietę, powalając ją na ziemię, zanim ta wysłałaby się na pewną śmierć.
Kamery telewizyjne w pewnym momencie pokazały mężczyznę, który płonął od stóp do głów. Policjantom i przypadkowym kibicom udało się go przewrócić i ugasić ogień, lecz mężczyzna zmarł w szpitalu. „Dwoje starszych kibiców nie zdążyło nawet wstać ze swoich miejsc. Pokrycie dachu spłynęło na nich, powodując śmierć na miejscu” - relacjonowały brytyjskie media. Temperatura na trybunie osiągnęła 900 stopni Celsjusza. Matthew Wildman, wówczas 17-letni fan Bradford, wspominał: „Spojrzałem w górę i zobaczyłem same płomienie. Spojrzałem w dół i zobaczyłem, że moje ręce się topią. Poparzone miałem praktycznie całe ciało, z czaszką włącznie”. Samochody zaparkowane za trybuną były tak gorące, że nie dało się ich dotknąć. Mieszkańcy okolicznych domów wpuszczali ocalałych, by mogli zadzwonić do najbliższych i powiadomić ich, że żyją.
BRADFORD CITY
Żniwo tragedii: Ofiary i ranni
Całkowita liczba ofiar tragedii na Valley Parade to 56 osób zmarłych. Do szpitali trafiło 265 rannych z oparzeniami, w tym IV stopnia, z powodu spalenia lub uduszenia dymem. Wśród zmarłych znalazł się najstarszy kibic Bradford City, były prezes klubu, 86-letni Sam Firth.
Tragiczne wydarzenia dotknęły szczególnie mocno rodzinę Fletcherów. 12-letni Martin Fletcher zdołał uciec ze śmiertelnej pułapki, lecz czterech członków jego rodziny zginęło w pożarze: jego młodszy brat Andrew (11 lat), ojciec John (34), wuj Peter (32) i dziadek Eddie (63). Rodzinne święto w jednej chwili zamieniło się w dramat.
Zaniedbania bezpieczeństwa i planowana przebudowa stadionu
Śledztwo wykazało, że pożar był splotem nieszczęśliwego wypadku i zaniedbań ze strony władz miasta oraz przede wszystkim samego klubu Bradford City. Obiekt Valley Parade znacząco odbiegał od standardów bezpieczeństwa. Klub był uprzedzany o zagrożeniu pożarowym, jakie powodowało gromadzenie się odpadów pod drewnianą trybuną. Co więcej, na trybunie, gdzie wybuchł pożar, nie było gaśnic - prawdopodobnie z obawy, że mogłyby zostać użyte przez chuliganów.
Paradoksalnie, stadion miał zostać przebudowany tuż po zakończeniu sezonu. Rozbiórkę trybuny zaplanowano zaledwie na dwa dni po meczu z Lincoln City. Drewnianą trybunę miał zastąpić zadaszony sektor zbudowany z betonu, a koszt inwestycji przewidywano na kwotę 400 tysięcy funtów. Los okrutnie zadrwił z tych planów, sprawiając, że tragedia wydarzyła się tuż przed planowaną poprawą bezpieczeństwa.

Prywatne śledztwo Martina Fletchera i kontrowersje wokół prezesa klubu
Martin Fletcher nigdy nie pogodził się z oficjalnym wyjaśnieniem katastrofy i nie mógł zrozumieć, dlaczego nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności za tragedię. Przez 15 lat prowadził swoje prywatne śledztwo. W kwietniu 2015 roku na rynku wydawniczym zadebiutowała jego książka pt. „56 - historia pożaru w Bradford”, w której autor, będąc świadkiem tamtych wydarzeń, podnosi, że pożar nie był tylko zwykłym wypadkiem i „nie zamierza żyć mitem”.
W książce Fletchera, której fragmenty przedstawił brytyjski dziennik „The Guardian”, pojawiają się do tej pory nieznane fakty. Najistotniejszym jest powiązanie byłego prezesa Bradford City z czasów tragedii, Stafforda Heginbothama, z serią pożarów. Okazuje się, że w ciągu 18 lat przed pożarem na Valley Parade osiem innych obiektów należących bezpośrednio lub powiązanych z Heginbothamem również spłonęło. Wszystkie były ubezpieczone na wysokie kwoty. „Czy jakiś człowiek może mieć takiego pecha, jak Heginbotham?” - pyta Fletcher w swojej książce, choć bezpośrednio nie oskarża byłego szefa Bradford City o podpalenie.
Fletcher wskazuje, że tuż przed tragedią na Valley Parade, Heginbotham był w tragicznej sytuacji finansowej. Jak czytamy w artykule „The Guardian” na podstawie „56 - historia pożaru w Bradford”, na dwa dni przed tragedią były prezes klubu miał się dowiedzieć, że przystosowanie obiektu do wymogów Division Two (po zapewnionym już awansie) miałoby go kosztować 2 miliony funtów. Tymczasem, jak twierdzi Fletcher, nie miał on funduszy, by zapłacić pensje pracownikom nawet do końca miesiąca. Po tragedii obiekt przebudowano za kwotę 2,6 miliona funtów.
Stafford Heginbotham zmarł w 1995 roku w wieku 61 lat. Nigdy nie usłyszał zarzutów prokuratorskich w sprawie nieprawidłowości, do których - zdaniem Fletchera - mogło dojść w przypadku tragedii na Valley Parade.
Oficjalne dochodzenie i pomoc poszkodowanym
W wyniku policyjnego śledztwa jako prawdopodobną przyczynę pożaru wskazano niedopałek papierosa lub zapałkę rzuconą przez jednego z kibiców. Detektyw Raymond Falconer ustalił, że sprawcą był Eric Bennett, który miał się przyznać do palenia papierosa i rzucenia niedopałka pod trybunę.
Dopiero po ukazaniu się książki Martina Fletchera policja zareagowała, podając do opinii publicznej nazwisko osoby, która rzekomo miała rzucić pod trybunę niedopałek papierosa. W styczniu tego roku brytyjska policja poinformowała, że po ponownej analizie zebranego materiału dotyczącego pożaru w Bradford nie stwierdziła żadnych zaniedbań w śledztwie, które przeprowadzono kilka dni po dramatycznych wydarzeniach z 1985 roku.
Poszkodowanych i ich rodziny nie pozostawiono bez pomocy. Już kilka godzin po tragedii ruszyła pierwsza z kilkuset akcji charytatywnych. Łącznie udało się zebrać kwotę około 3,5 miliona funtów. Bliscy ofiar i poszkodowani otrzymali rekompensaty, które pokryło między innymi ubezpieczenie klubowe (około 20 milionów funtów) i specjalny fundusz na rzecz zmarłych kibiców (ponad 4 miliony funtów).
Zapomniana tragedia w cieniu Heysel
Maj 1985 roku zapisał się czarnymi zgłoskami w historii brytyjskiego futbolu. Dla mieszkańców Bradford data 11 maja 1985 roku jest nie do wymazania z pamięci. Jednak ogólnoświatowa uwaga skupiła się na innej tragedii. Zaledwie 18 dni później, 29 maja 1985 roku, doszło do katastrofy na stadionie Heysel w Brukseli, gdzie przed finałem Pucharu Europy pomiędzy Juventusem Turyn a Liverpoolem w wyniku zamieszek zginęło 39 osób. To na tej tragedii skupiły się oczy całego świata, co sprawiło, że pożar na Valley Parade jest dziś mniej pamiętany, mimo ogromnej skali i wstrząsających okoliczności.