Pożar na Stadionie Valley Parade w Bradford

11 maja 1985 roku na stadionie angielskiego Bradfordu, znanym jako Valley Parade, doszło do jednej z największych tragedii w historii brytyjskiego futbolu. W wyniku pożaru śmierć poniosło 56 osób, a co najmniej 265 zostało rannych. Mimo że straż pożarna przyjechała błyskawicznie, i tak było za późno.

Dzień Świąteczny Zamienia Się w Koszmar

Kontekst i Oczekiwania

Dzień 11 maja 1985 roku, godzina 14:45, miał być dla trzecioligowego klubu Bradford City dniem świętowania. Za kwadrans miał rozpocząć się ostatni mecz sezonu przeciwko Lincoln City, ale wynik nie miał już znaczenia. Zespół wywalczył awans do 2. ligi, gdzie drużyny nie było od 1937 roku. Trybuny stadionu Valley Parade zapełniały się. Na żywo widziało to 11076 kibiców, którzy przyszli, by cieszyć się z zespołem i jego kapitanem Peterem Jacksonem, prezentującym trofeum za wygranie trzeciej ligi. Po ostatnim gwizdku sędziego mieli oni rozlać się po miejscowych pubach.

Piłkarze również wyrażali wdzięczność za całoroczny doping, wychodząc na murawę z kartonami, które po podniesieniu układały napis "Thank you, fans" (dziękujemy, fani). Było to prawdziwe święto kibiców, piłkarzy i całego miasta.

Historyczne zdjęcie stadionu Valley Parade w Bradford przed pożarem, przedstawiające zapełnione trybuny

Początek Katastrofy

O godzinie 15:40 kamera telewizyjna wyłapała na trybunie głównej drobny płomyk, wyglądający jak paląca się kartka papieru. Początkowo widok ten wywołał wesołość; ludzie z innych miejsc na stadionie pokazywali sobie palcem tę dziwną sytuację i śmiali się z niecodziennego widoku. Jednak zaledwie minutę później śmiechy ustąpiły, gdy ogień zaczął robić się coraz większy. Sędzia, zauważając duże poruszenie na trybunie, postanowił przerwać mecz. Po chwili, widząc skalę zagrożenia, dał szybką komendę drużynom, by natychmiast udały się do szatni. Zanim zdążyli do niej dojść, cała trybuna stanęła w ogniu i wielu ludzi zaczęło płonąć żywcem.

Pożar na stadionie Valley Parade (Anglia, 1985) | HISTORIE

Błyskawiczne Rozprzestrzenianie Się Ognia

Siła Wiatru i Drewniana Konstrukcja

Pożar rozprzestrzeniał się z przerażającą szybkością. Mimo że wozy strażackie przyjechały błyskawicznie, zaledwie cztery minuty po wezwaniu, było już za późno. To był wyjątkowo wietrzny dzień, a podmuchy sprawiały, że ogień błyskawicznie rozprzestrzeniał się po trybunie, trawiąc kolejne fragmenty dachu i ławek. Wystarczyły zaledwie 4,5 minuty - między 15:40 a 15:44 - by potężne języki ognia opanowały całą trybunę, uniemożliwiając straży pożarnej jakąkolwiek skuteczną interwencję. W raporcie z późniejszego dochodzenia napisano, że płomienie przemieszczały się szybciej niż "człowiek jest w stanie biec". Gaśnic na stadionie nie było z obawy, że mogłyby zostać użyte przez chuliganów.

Sceny Grozy

John Hendrie, pomocnik Bradford, wspominał tamten dzień: "To, co można było zobaczyć, to wielka czarna chmura. To co, mogłeś usłyszeć, to syreny policji i straży pożarnej. A to, co można było poczuć, to smród spalenizny". Ludzie uciekali w popłochu, przeskakując przez płot na murawę. Ktoś bił się dłońmi w głowę, żeby powstrzymać płomień, który upatrzył sobie jego włosy. Matthew Wildman, wówczas 17-letni zagorzały fan Bradford, relacjonował: "Spojrzałem w górę i zobaczyłem same płomienie. Spojrzałem w dół i zobaczyłem, że moje ręce się topią. Poparzone miałem praktycznie całe ciało, z czaszką włącznie". Temperatura na trybunie osiągnęła 900 stopni Celsjusza, co sprawiło, że samochody zaparkowane za trybuną były tak gorące, że nie dało się ich dotknąć.

Infografika przedstawiająca mechanizm rozprzestrzeniania się ognia na drewnianej trybunie

Ucieczka i Bilans Ofiar

Panika i Trudności w Ewakuacji

Trzy tysiące kibiców, którzy zasiedli tamtego popołudnia na głównej trybunie, ratowało się, jak mogło. Część z nich przeskakiwała przez płot na murawę, korzystając z pomocy policjantów. Ewakuacja była niezwykle trudna, gdyż na trybunie brakowało choćby jednej bramki wyjściowej - był tylko płot. Jedynie ci, którzy potrafili wspiąć się i przeskoczyć, mieli szansę na ucieczkę. W chaosie i panice ludzie tratowali się nawzajem lub zrzucali z płotów tych, którzy byli już tak blisko bezpiecznego miejsca. Liczyło się tylko to, by przeżyć za wszelką cenę. Inni próbowali wyjść drogą, którą przyszli, a więc przez stadionowe bramki, które jednak szybko stały się płonącą pułapką. Policjanci krzyczeli, by desperaci wybrali drogę na boisko; jeden z funkcjonariuszy złapał kobietę za nogi i powalił na ziemię, ratując ją od pewnej śmierci.

Pomoc i Bilans

Ci, którym udało się uciec, często szukali pomocy w okolicznych domach. David Pendleton, wówczas 21-latek, zapamiętał, że przed tymi domami tworzyły się długie kolejki, ponieważ wszyscy chcieli uspokoić swoich rodziców, rodzeństwo, żonę lub męża, informując ich, że żyją. Niestety, 56 osób nie uratowało się. Zginęli oni z powodu spalenia lub uduszenia dymem, a co najmniej 265 osób odniosło obrażenia.

Dochodzenie i Przyczyny Tragedii

Podejrzenia Wokół Prezesa Klubu

Po latach, Martin Fletcher, który w dniu tragedii miał 12 lat i jako jedyny z ojca, wujka, brata i dziadka przeżył pożar, napisał książkę "56. Historia pożaru w Bradford". W niej starał się znaleźć prawdę o przyczynach tragedii, nie oskarżając nikogo personalnie, ale mocno zastanawiał się, czy to możliwe, by prezes Bradford City, Stafford Heginbotham, miał z tym cokolwiek wspólnego. Podobne sugestie wysnuł dziennikarz "Daily Mirror" Paul Foot, który w artykule z 31 maja 1985 roku przypomniał, że Heginbotham był powiązany z ośmioma innymi pożarami w prowadzonych przez niego firmach. Łącznie pożary te przyniosły mu 27 milionów funtów w ramach odszkodowań, a kolejne 7 milionów otrzymał po tragedii w 1985 roku. Był to dla niego poważny zastrzyk gotówki, biorąc pod uwagę, że w tamtym czasie borykał się z problemami finansowymi i ledwo wystarczało mu na bieżące wydatki klubu. Winy Heginbothamowi, który zmarł w 1995 roku, nigdy nie udowodniono, a sprawa zakończyła się na podejrzeniach.

Ustalona Przyczyna

Sprawcę pożaru ustalił detektyw Raymond Falconer. Był nim kibic Eric Bennett, Anglik, który w 1970 roku wyemigrował do Australii, ale regularnie przyjeżdżał w odwiedziny do rodziny w Bradford. Bennett przyznał się detektywowi, że podczas meczu palił papierosa. Gdy skończył, niedopałek rzucił między drewniane ławki, prosto w małą kupkę śmieci, która nagromadziła się pod starą drewnianą trybuną. Po chwili poczuł dym, więc dla pewności wylał w to miejsce kawę. John Helm, który komentował mecz dla regionalnej stacji telewizyjnej, wspomina: "Minutę później [kibic] zobaczył małą chmurę dymu i wylał na nią kawę. Jego syn zrobił to samo. Wydawało się, że ogień został ugaszony". Pomogło to jednak tylko na moment. Minutę później dym był jeszcze gęstszy. Obaj poszli poinformować o tym pracownika stadionu - ale kiedy wrócili, katastrofa była już w pełnym toku. Przyczyna tej katastrofy była zatem niepozorna, ale jej skutki okazały się fatalne.

Zdjęcie wraku stadionu Valley Parade po pożarze, ukazujące skalę zniszczeń

Maj 1985 - Przeklęty Miesiąc Angielskiej Piłki

Maj 1985 roku zapisał się jako przeklęty miesiąc w historii angielskiej piłki nożnej. Pożar na stadionie Valley Parade był jedną z dwóch tragicznych katastrof, które wstrząsnęły krajem. Zaledwie 18 dni później, w finale Pucharu Europy między Liverpoolem a Juventusem na brukselskim stadionie Heysel, doszło do burd, w których wyniku zginęło 39 osób. Prowodyrami zamieszek byli goście z Anglii, co doprowadziło do wyrzucenia wszystkich tamtejszych klubów z europejskich pucharów na pięć lat. Te dwa wydarzenia na zawsze zmieniły podejście do bezpieczeństwa na stadionach w Wielkiej Brytanii i całej Europie.

tags: #pozar #stadionu #w #bradford