Historia sprzętu gaśniczego – od wiadra do nowoczesnej motopompy

W tym roku obchodzone jest 25-lecie Państwowej Straży Pożarnej, a niedawno świętowany był Dzień Strażaka, przypadający na 4 maja, w dniu świętego Floriana. Warto przyjrzeć się temu, jak na przestrzeni wieków walczono z żywiołem, który nierzadko mógł oznaczać zagładę dla całego miasta.

Początki walki z ogniem i zmiana świadomości

Początkiem cywilizacji był ogień, dzięki któremu - niezależnie od jego dwoistości - człowiek dotarł aż do XXI wieku. Ogień z jednej strony przyczynił się do technologicznego rozwoju ludzkości, z drugiej zaś, jako żywioł niszczycielski, do wielu tragedii, śmierci, strat materialnych, a czasami - upadku miast.

W średniowieczu i późniejszych wiekach podejście do pożarów często było nacechowane przesądami. "Twoja to rzecz się dzieje, gdy płonie ściana sąsiada. A lekceważone pożary zwykły przybierać na sile" - pisał kronikarz Wincenty Kadłubek. Jakub Haur (1632-1709), polski popularyzator wiedzy rolniczej, w traktacie „O czterech żywiołach” pisał, że ogień jest dobrodziejstwem dla człowieka, ale również bywa szkodliwy „osobliwie tym, którzy go jakim głupstwem albo nieostrożnością używają”. Będąc dzieckiem swojej epoki, przekonywał, że skutecznymi środkami zwalczania pożarów są: modlitwy, chleb św. Agaty wrzucany do ognia oraz supliki zanoszone do patrona od ognia i chroniącego przed pożarem - św. Floriana. Władysław Smoleński (1851-1926), profesor historii Uniwersytetu Warszawskiego, krytykując brak wiedzy w społeczeństwie polskim i jego zabobonną wiarę, uzupełniał tę listę o obchodzenie pożaru przez księży z najświętszym sakramentem oraz miłosierdzie Boskie.

Zapoczątkowana w końcu XVIII wieku zmiana świadomości w rozumieniu pożaru jako zjawiska fizyko-chemicznego i jego zwalczania zawarta jest między innymi we wstępie do „Ustawy ogniowej” ustanowionej dla koszar królewskich kadetów w Warszawie w roku 1773. Wyrażono w niej opinię, że pożar, w przeciwieństwie do tego, co głoszono nie tylko w Średniowieczu, nie jest karą Boską za grzechy, ale wynika z ludzkiej nieuwagi, opieszałości i gnuśności.

Od wiader do wczesnych sikawek ręcznych

Najdłużej stosowanymi narzędziami gaśniczymi są wiadra, dawniej drewniane lub skórzane, beczki i stągwie oraz bosaki i siekiery przeznaczone do rozrywania konstrukcji budynku, i oczywiście drabiny. Używano także namoczonych wodą płacht, najpierw skórzanych, a później wojłokowych, do ochrony dachów budynków sąsiednich. Przez setki lat technika pożarnicza ograniczała się do narzędzi najprostszych i najpowszechniej stosowanych.

W Muzeum Pożarnictwa w Przeworsku pierwszym sprzętem, którym gaszono pożary, były skórzane wiadra. Dopiero w XIV wieku wynaleziono szpryce. Do Polski dotarły późno, bo w XVI wieku. Początkowo posiadały je jedynie duże miasta jak Poznań, Kraków czy Piotrków Trybunalski. Szpryce były podłużne, drewniane, ale i mosiężne. Działały na zasadzie dzisiejszej strzykawki, czyli wciągano do nich wodę, przyciskano i woda z nich wylatywała. Był to raczej prymitywny sprzęt. W jednej szprycy mogło się zmieścić od litra do 7 litrów wody, a zasięg strumienia również nie był imponujący. Każdą obsługiwała jedna osoba.

Zabytkowe skórzane wiadra strażackie i ręczne szpryce

Powrót pomp do pożarnictwa - od antyku do nowożytności

Nie pamiętano lub nie znano antycznego urządzenia, ręcznej pompy Ctesibiusa (285-228 r. p.n.e.), greckiego konstruktora i wynalazcy, bardzo podobnej do znacznie późniejszej konstrukcji Herona (10-70 r. n.e.) z Aleksandrii, w dawnej Polsce zwanej sikawką ogniową. To właśnie ona podlegała największym przeobrażeniom konstrukcyjnym, aby później stać się wyznacznikiem rozwoju techniki pożarniczej.

Do szerszej znajomości jej konstrukcji i stosowania przyczyniło się dzieło Marka Witruwiusza (81 p.n.e.-15 n.e), rzymskiego architekta i inżyniera wojskowego - „O budownictwie ksiąg dziesięć” - gdzie w rozdziale „O machinie Ktezibiusza, która jak najwyżej wodę podnosi” znalazł się także opis pompy do gaszenia pożarów, która mogła być używana przez rzymskich wigilów, członków „militia vigilum”. Zanim Europejczycy „przypomnieli” sobie o skuteczniejszym niż „strzykawka” urządzeniu do gaszenia pożarów, podobnego do pompy Ctesibiusa i Herona, ich rozwiązania do XVI w. mogły być znane tylko z dzieła arabskiego uczonego Al-Jazarii ibn al-Razzaz (1136-1206), wynalazcy i konstruktora. Do upowszechnienia osiągnięć naukowych i technicznych przyczynił się dopiero druk.

Najstarszym, jak się wydaje, drukowanym źródłem zawierającym opis i rysunek sikawki ogniowej jest dzieło Jacquesa Bessona (1530-1573), francuskiego matematyka i konstruktora, wydanego w 1578 roku. Porównując konstrukcje Ctesibiusa i Bessona widać zasadniczą między nimi różnicę: zamiast tłoków do wytworzenia i nadania prędkości przepływowi wody zastosował śrubę. Rozwiązanie to, jako mało skuteczne, nie znalazło późniejszego zastosowania.

Do istotnego rozwoju w europejskiej technice pożarniczej przyczyniły się prace Hansa Hautscha (1595-1670), Georga Boecklera/Böcklera (1617-1687), Jana van der Heydena (1637-1712) i innych. Wszyscy ci konstruktorzy przekształcili i udoskonalili konstrukcję antycznego inżyniera, tworząc urządzenia mniejsze, do przenoszenia, i większe, zwane w Polsce wozowymi, do przewożenia zaprzęgami konnymi. Mimo pojawiania się coraz doskonalszych pomp - bardziej wydajnych i o większym zasięgu strumienia wody - nadal były używane te proste, jednotłokowe pompy, zwane „strzykawkami”, wykonywane z drewna lub mosiądzu. Charakteryzowały się one małą wydajnością i praktycznie mogły być używane tylko do gaszenia niewielkich zarzewi ognia. W Polsce były one znane od co najmniej pierwszej połowy XVI w. Świadczy o tym zamówienie stu takich sikawek po pożarze Wilna w 1542 r. u krakowskich rzemieślników. Innym świadectwem ich obecności w tym samym okresie, tym razem w Warszawie, jest uchwała rady miejskiej z 1548 r. „Constitutio de incendio”.

Pierwszy polski opis sikawki ogniowej, wraz z rysunkiem, znajduje się w dziele Stanisława Solskiego (1622-1701), matematyka i architekta. To siedemnastowieczne dzieło, „Architekt Polski”, zawiera szczegółowy opis konstrukcji wykonanej z drewna (dębu, gruszy i śliwy), nie wyłączając części ruchomych jak tłoki i prądownica. Autor informował czytelników, że wiele miast posiada maszyny do gaszenia - „Instrument bardzo wygodny, zwłaszcza gdzie ogień przystąpić nie dopuści [...] i ciska wodę na najwyższe dachy”. Najpowszechniejszymi konstrukcjami były maszyny obsługiwane przez dwóch lub czterech pompiarzy. Aby zwiększyć ich skuteczność, budowniczowie proponowali urządzenia obsługiwane nawet przez kilkunastu mężczyzn. Efektywność sikawki w XVIII wieku, można było ocenić na podstawie wytycznej: „Sikawki naylepsze są takie, które blisko trzy beczki wody w iedney minucie do 60. lub 70. stóp w górę wyrzucać mogą [17-20 m]”.

Niezwykle rzadko występującym w polskiej ikonografii przedstawieniem sikawki ogniowej jest rysunek Jana Pawła Norblina „Pożar Pałacu Rzeczypospolitey” w roku 1782. Widać na nim akcję gaszenia, gdzie najbardziej zwraca uwagę tłum ciekawskich. Autor centralnie umieścił sikawkę wozową wężową i pracujących pompiarzy oraz ludzi ratujących z pałacu przedmioty i dokumenty.

Rysunek Jana Pawła Norblina przedstawiający akcję gaśniczą z sikawką wozową

Organizacja ochrony przeciwpożarowej i regulacje prawne

W dawnych czasach obowiązywała zasada, że na chałupie musiał wisieć bosak, wiadro czy drabina, dzięki którym jeszcze przed przyjazdem straży można było na własną rękę ratować dobytek. Chodzili kontrolerzy, którzy to sprawdzali, a kto nie miał tego sprzętu, musiał płacić kary. Zachował się nawet dokument Antoniego Lubomirskiego, właściciela Przeworska z 16 sierpnia 1762 r., dotyczący „zachowania naypilniejszey ostrożności od ognia”, w tym obowiązku stawiania wysokich murowanych kominów, posiadania przy domach kadzi na wodę, drabin, osęk oraz określający obowiązki stróżów miejskich nocnych.

Jedną z najstarszych polskich norm prawnych dotyczących narzędzi gaśniczych i mającą znaczenie ogólnokrajowe jest zamieszczony w zbiorze konstytucji z roku 1632 ciekawy zapis powtarzany w roku 1648, 1669, 1674 i 1678. Dokument ten, „Porządek na seymie elekcyi między Warszawą a Wolą [...]”, w punkcie 18 ustalał zasady dotyczące narzędzi ogniowych, zobowiązując wszystkich gospodarzy i właścicieli domów do posiadania naczyń napełnionych wodą, bosaków, drabin i „innych rzeczy do tego należących”. Nakazywano, aby w rynkach przy kuchniach polowych, stawianych podczas obrad sejmowych, znajdowały się także beczki i stągwie z wodą, za co odpowiedzialni byli marszałkowie. W przypadku nieposzanowania tych zasad groziła kara czternastu grzywien, a każdy niszczący narzędzia ogniowe karany był sześciotygodniowym więzieniem z jednoczesnym wynagrodzeniem szkody.

Wraz z rozwojem miast, gdy zwiększała się liczba mieszkańców budynków, wzrastała liczba potencjalnych źródeł pożarów i narzędzi do ich gaszenia. Ustalano miejsca przechowywania sprzętu i zwracano większą uwagę na jego stan techniczny, a także wyznaczono urzędników za to odpowiedzialnych. Za dowożenie wody i dużych sikawek wozowych odpowiadały nie tylko cechy, jak na przykład piwowarów, ale także konfraternie furmanów i fiakrów oraz poczta - organizacje dysponujące własnymi lub wynajętymi końmi. Pod koniec XVII stulecia większe miasta polskie miały urządzenia gaśnicze. Do końca XVIII wieku to władze miejskie i cechy kupowały narzędzia ogniowe, zwłaszcza te najdroższe - sikawki przenośne (wiadrowe) i przewoźne (wozowe). Natomiast mieszczanie sami musieli wyposażać swoje kamienice i warsztaty w najprostsze sikawki typu „strzykawka”, drabiny (krótsze), bosaki i naczynia z wodą.

W stuleciach XVI-XVIII organizacja ochrony przeciwpożarowej miast była regulowana przez ordynacje ogniowe, zwane także porządkami ogniowymi. Jednym z ciekawszych dokumentów jest warszawski „Porządek ogniowy” ustanowiony przez marszałka Stanisława Lubomirskiego w roku 1779, dotyczący Starej i Nowej Warszawy oraz wszystkich jej jurydyk. Według „Porządku” w mieście, oprócz 24 studni publicznych, znajdowało się 75 stągwi, 14 sikawek wozowych (w tym kilka wężowych), 15 sikawek wiadrowych, 142 mosiężnych sikawek typu „strzykawka”, 366 wąworków (wiader), 102 bosaki i 42 drabiny. W „Porządku” po raz pierwszy, wzorem innych miast, wprowadzono zasady znakowania sprzętu, co miało pomóc w utrzymaniu porządku i ułatwić jego kontrolę.

W połowie XIX stulecia, już pod władzą zaborców, pojawiają się pierwsze przepisy normalizujące wymagania techniczne dla sprzętu gaśniczego używanego we wszystkich jednostkach administracyjnych. Na przykład w „Zbiorze przepisów administracyjnych Królestwa Polskiego” z roku 1866 odnajdujemy te dotyczące beczek pożarowych i ich przechowywania, a w przypadku sikawek ogniowych, wytyczne do ich budowy oraz sugestię cen i wymienionych z nazwy dostawców zatwierdzonych przez władze.

W latach poprzedzających pojawienie się pierwszego numeru „Przeglądu Pożarniczego” oraz następujących zaraz po tym wydarzeniu o kształcie ochrony przeciwpożarowej w Polsce przesądzały przepisy i systemy panujące w trzech państwach zaborczych. Po 1906 r. praktycznie we wszystkich zaborach ochotnicze straże pożarne - czy ogniowe, jak wówczas jeszcze je nazywano - mogły powstawać i działać bez większych przeszkód, choć (poza Galicją) pod ścisłym nadzorem. W Królestwie Polskim najważniejsza była zgodność statutu straży ze statutem wzorcowym z 1898 r. W zaborze pruskim strażactwo ochotnicze miało najdłuższe tradycje, ale aktywność w nim Polaków była bardzo ograniczana. W Galicji zasady powstawania straży zawodowych określała ustawa o policji ogniowej z 1891 r., która nakazywała organizację gminnej straży pożarnej w miastach i miasteczkach. W Królestwie Polskim Rosjanie woleli, by w dużych miastach zakładano straże zawodowe, gdyż łatwiej im było sprawować nad nimi nadzór.

Obraz bezpieczeństwa pożarowego jest odbiciem regulacji prawnych i podejścia do spraw ochrony przeciwpożarowej w poszczególnych państwach okupujących ziemie polskie. W początkach XX stulecia sprawy bezpieczeństwa pożarowego były najlepiej uporządkowane w zaborze niemieckim. Najgorsza sytuacja panowała w Królestwie Kongresowym, gdzie według danych z 1914 r. aż 86% budynków było drewnianych, 78% pokrytych słomą, a tylko 12% miało pokrycie dachowe ogniotrwałe. Taka zabudowa, szczególnie w tzw. ulicówkach, sprzyjała licznym pożarom masowym, w których pastwą ognia padało często ponad 25 obiektów, jak miało to miejsce w Przysusze (459 budynków w 1904 r.) czy Zwoleniu (454 budynki w 1907 r.). Aby złagodzić konsekwencje społeczne pożarów, ustawą z dnia 10 czerwca 1900 r. wprowadzono przepis stanowiący, że „wszystkie budynki prywatne i publiczne obowiązkowo podlegają wzajemnemu ubezpieczeniu od ognia”.

Mapa zaborów Polski z zaznaczonymi obszarami różnej zabudowy i ryzyka pożarowego

Rewolucja technologiczna i mechanizacja sprzętu

Początek końca ery jazdy do pożaru „na dym” stanowiło w miastach rozpowszechnienie telegrafu. Już w latach 80. XIX w. z Warszawską Strażą Ogniową (WSO) połączonych było telegrafem dwanaście szafek alarmowych w części lewobrzeżnej miasta i siedem na Pradze. W Krakowie zainstalowano w 1887 r. telegraf firmy Siemens, pełniący funkcję publicznej sygnalizacji alarmowo-pożarowej, działający do 1970 r. Telegraf nie zachwycał jednak zbyt długo, bo szybko znalazł uznanie telefon, opatentowany w marcu 1876 r. przez Alexandra Grahama Bella. Do uruchomionej w 1882 r. pierwszej w Warszawie centrali telefonicznej podłączono około 160 abonentów, w tym cztery oddziały WSO.

Wynaleziony w XVIII w. przez Thomasa Newcomena, a później udoskonalony przez Jamesa Watta silnik parowy trafił do pożarnictwa w 1830 r., kiedy to sikawkę parową wykonała Fabryka Maszyn Johna Braithwaite’a. Pierwsza sikawka parowa dla Warszawskiej Straży Ogniowej została zakupiona w 1864 r., a kolejne dwie w następnym roku. Służyły one blisko 20 lat, po czym w 1884 r. wymieniono je na trzy nowocześniejsze i wydajniejsze sikawki firmy Shand Mason. Wszystkie sikawki były przystosowane do zaprzęgu konnego, a załogę stanowiło od sześciu do ośmiu osób: dowódca, woźnica, maszynista, palacz i czterech strażaków. Ogień pod kotłem rozpalany był już w strażnicy, bo czas potrzebny na osiągnięcie ciśnienia roboczego wynosił około 10-15 min, czyli mniej więcej tyle, ile dojazd do pożaru. Wydajność tych nowszych sikawek parowych wynosiła przeważnie 1600 l/min. Dawało to możliwość operowania prądami wody na dużą odległość, bez forsownego machania ramionami pompy, nieodzownego w przypadku jeszcze wówczas powszechnych sikawek ręcznych.

Ciekawostką jest fakt, że w dobie rewolucji technicznej odnotowano społeczny aspekt zamiany sikawek ręcznych na parowe. Angielski konstruktor i producent, John Braithwaite, spotkał się z tak silnym protestem ówczesnych strażaków wobec nowinki technicznej, że musiał zaprzestać produkcji nowych urządzeń. Sikawki starego typu były bardzo proste w budowie i obsłudze, parowe zaś miały skomplikowaną konstrukcję, pełną zaworów, pokręteł, zegarów: były buchającą ogniem „piekielną” maszyną.

W jednym ze swoich licznych tekstów o pracy strażaków Bolesław Prus tak relacjonował w „Kronikach” gaszenie pożaru budynku na rogu Królewskiej i Krakowskiego Przedmieścia: „W oknach czwartego piętra i na szczycie płonącego domu lśniły się mosiężne hełmy strażaków, którzy chodzili z taką swobodą po brzegach dachu, jakby tam dla nich specjalnie pourządzano wygodne asfaltowe chodniki. [...] Tymczasem potężne strumienie wody z sykiem lały się na dach już dobrze rozgrzany.” Pod koniec XIX w. Warszawa mogła się szczycić łatwym i wygodnym dostępem do wody, która w 1886 r. popłynęła nowoczesnym w skali europejskiej systemem wodociągowym, zaprojektowanym przez Williama Lindleya.

Sam wyjazd oddziału WSO do akcji odbywał się z wielkim szykiem. Przed wszystkimi zaprzęgami jechał konno brandmajster, za nim dwie sikawki konne, dalej sześć beczkowozów, następnie jeden lub dwa omnibusy wiozące strażaków i wóz rekwizytowy ze sprzętem. Cały taki tabor oddziałowy nazywano obozem, a liczył on około 40 osób. Każdy pojazd, oprócz beczkowozów, sygnalizował swój przejazd biciem w dzwon zawieszonego nad głową strażaka siedzącego obok woźnicy. Strażak zwiadowca-przewodnik ostrzegał przechodniów i inne pojazdy sygnałem granym na trąbce. Taki schemat obowiązywał w Warszawie do czasu objęcia komendantury WSO przez Józefa Tuliszkowskiego we wrześniu 1915 r. Tuliszkowski podzielił każdy oddział na trzy plutony, z których pierwszy, pogotowie, wyjeżdżał jako pierwszy z kompletem sprzętu do gaszenia małych pożarów.

W stosunku do drugiej połowy XIX w. początek nowego stulecia nie przyniósł większych zmian w sposobie gaszenia pożarów w małych miastach i na wsiach. Ochotnicze straże pożarne posiadały przede wszystkim sikawki ręczne różnej wielkości: czterokołowe, dwukołowe i przenośne. W ich wyposażeniu były też czterokołowe i dwukołowe beczki na wodę, węże do sikawek, drabiny (hakowe i mechaniczne), wozy rekwizytowe i sprzęt pomocniczy: bosaki, topory, tłumice, wiadra itp. Do wyjątków należały straże ochotnicze posiadające sikawki parowe, jak OSP w Pabianicach, wyposażona w 1912 r. w dwie takie maszyny.

W strażach fabrycznych, tworzonych i urządzanych przez właścicieli dużych zakładów, sprzęt gaśniczy był zdecydowanie lepszy. Jedną z najlepiej wyposażonych technicznie jednostek straży stanowiła miejska OSP w Kaliszu. W 1913 r. poza sikawką parową i ośmioma ręcznymi z zasobem węży posiadała sikawkę motorową, czyli motopompę - pierwszą w Królestwie Polskim, a podobno nawet w całym Cesarstwie Rosyjskim. Najwcześniej, już pod koniec XIX w., sikawki motorowe zastosowano w Niemczech. Pierwszą przenośną motopompę wyprodukowała firma Konrada Rosenbauera z Linzu w 1910 r.

Efektem XIX-wiecznych odkryć i wynalazków technicznych były m.in. liczne konstrukcje samobieżnych pojazdów, które szybko trafiły do wyposażenia niektórych straży pożarnych, przeważnie w dużych i zamożnych miastach. Najpierw udoskonalono sikawkę parową, dokładając do niej drugą maszynę parową napędzającą układ jezdny. Ciężar tych pojazdów, przy małej ilości dróg utwardzonych, ograniczał możliwości dojazdu do pożaru. Dużą trudność sprawiała też konieczność stałego utrzymywania ognia w palenisku. W efekcie konstrukcje te nie znalazły powszechnego zastosowania w strażach pożarnych. Kolejnym rozwiązaniem, wprowadzonym na przełomie XIX i XX w., były samochody z napędem spalinowym, które szybko wyparły maszyny parowe, choć i te ostatnie były używane przez około 70 lat.

Przekaźnik pompujący z perspektywy pompującego źródłowo do pompującego atakującego

Ewolucja wyposażenia osobistego i alarmowego

Systemy alarmowania ewoluowały wraz z techniką. Na wsiach stały różnego typu gongi - z felgi od koła, z pocisku artylerii czy z odkładnicy pługa. Wieszano też dzwonki na dachu remizy strażackiej, a czasami używano dzwonów kościelnych. Później pojawiły się trąbki, sygnałówki i używane do dziś syreny na korbę z lat 50. i 60. XX wieku.

Stroje galowe strażaków używane podczas świąt czy parad nie różniły się tak bardzo od dzisiejszych. Mundury bojowe natomiast były szyte z płótna lnianego: spodnie i koszula przypominająca katanę. Hełmy bojowe były mosiężne - z grzebieniem, który dodatkowo zabezpieczał głowę strażaka przed spadającymi elementami. Z tyłu miały kołnierze chroniące szyję. Duże wrażenie robią dziś też skórzane i mosiężne hełmy paradne z pięknymi ozdobami, będące dziś arcydziełami sztuki rzemieślniczej. Na przykład hełmy z okresu zaboru austriackiego zdobi wizerunek sokoła w locie z inicjałami SO, co oznaczało Straż Ogniową.

Na początku XX wieku wynaleziono maski przeciwgazowe i aparaty tlenowe. Maska i pochłaniacz służył do ochrony dróg oddechowych strażaka przed działaniem szkodliwych dymów i gazów pożarowych. Natomiast aparat był duży i ciężki, ważący od kilku do nawet kilkunastu kilogramów. Służył on już do całkowitej izolacji dróg oddechowych strażaka i można było z niego korzystać w każdych warunkach, bez względu na zawartość tlenu w powietrzu. Wspomniane są też m.in. maski przeciwgazowe autorów Loeba i Strassera z Berlina. W Muzeum Pożarnictwa w Przeworsku można zobaczyć trzy takie cenne aparaty tlenowe: niemieckie Draegery z lat 40. XX wieku.

Kolekcja zabytkowych hełmów strażackich i masek przeciwgazowych

Współczesne muzea i zachowanie dziedzictwa pożarnictwa

W Przeworsku, w dawnych stajniach księcia Lubomirskiego, mieści się Muzeum Pożarnictwa, które gromadzi około 1400 eksponatów oraz ponad 400 teczek z aktami i dokumentami dotyczącymi dziejów ochotniczych straży pożarnych. Muzeum powstało w 1974 r. z prywatnych zbiorów kolekcjonera i pasjonata Leona Trybalskiego. Jest to jedyne tego rodzaju muzeum na Podkarpaciu, pokazujące postęp techniki ratowniczej, jaka dokonała się na przestrzeni ostatnich 150 lat. Wśród eksponatów znajdziemy: skórzane wiadra, szpryce (drewniane i mosiężne, w tym francuska z pocz. XX w.), sikawki konne i taczkowe (m.in. wiedeńskiej firmy Wm. Knaust, lwowskie, sanockie, krakowskie, warszawskie, tarnowskie), latarnie (naftowe, karbidowe, świecowe), drabiny dwuhakowe (strzechowe) i Szczerbowskiego, bosaki strzechowe, pływaki, tłumice (używane do dziś), motopompę (zakupioną w 1935 r.), a także samochody pożarnicze takie jak Star 20 (z 1953 r.) i unikatowy Dodge amerykański (z powojennych darów UNRRA).

Jest też takie miejsce w Łódzkiem, gdzie własnoręcznie można sprawdzić, jak działa ręczna sikawka wodna, czy jak się kiedyś jechało do pożaru. To Pożarnicze Centrum Historyczno-Edukacyjne Ziemi Łódzkiej w Wolborzu, które przez 18 lat działalności zgromadziło szereg wyjątkowych i wartościowych eksponatów. Jednym z najnowszych nabytków centrum jest ręczna sikawka przenośna z syreną alarmową i lampą do mocowania na platformie, produkowane przed II wojną światową. Wśród eksponatów centrum najstarszy to konny pojazd z 1890 roku z ręczną pompą, który trafił tu z Gdańska od prywatnego kolekcjonera. Gaszenie pożaru przy pomocy takiej pompy wymagało sporego wysiłku - „Trzeba było czterech ludzi, ale wykorzystywano nie strażaków, a gapiów” - opowiada Andrzej Kotlicki, opiekun i kustosz muzeum. W muzeum znajduje się również motopompa brytyjska z powojennych darów UNRRA, odzież bojowa oraz hełmy. Wolborskie muzeum to również bogata kolekcja sztandarów, w tym pochodzącego z 1906 roku pierwszego sztandaru jednostki OSP Wolbórz, która będzie świętować 220-lecie istnienia. Pochodził stąd także Andrzej Frycz Modrzewski, prekursor polskiego pożarnictwa.

Warto wspomnieć o OSP w Miłomłynie, utworzonej w 1901 roku, która początkowo dysponowała takimi elementami jak metalowe sikawki wraz z obitą kadzią wielkości beczki, skórzane wiadra pożarowe, drabiny strażackie oraz pasy skórzane z orczykami. Po II wojnie światowej, w 1946 roku, jednostka posiadała ręczną poniemiecką sikawkę, którą do pożaru ciągnęły konie. Sytuacja poprawiła się, kiedy w 1948 roku otrzymała samochód ciężarowy tzw. „doczkę” i motopompę. Z biegiem lat wyposażenie jednostki stale się ulepszało, czego efektem jest dzisiejsza jednostka włączona w Krajowy System Ratowniczo-Gaśniczy, przewyższająca jakością i ilością sprzętu większość ochotniczych straży pożarnych z pobliskiego terenu.

Współczesna ekspozycja sprzętu strażackiego w muzeum

tags: #stare #wiadra #strazackie