Powódź Tysiąclecia, która nawiedziła Polskę w lipcu 1997 roku, pozostawiła za sobą ogromne zniszczenia i niezatarte wspomnienia. Był to czas niezwykłej mobilizacji służb ratunkowych oraz mieszkańców, którzy ramię w ramię walczyli z żywiołem. Szczególnie ciężkie chwile przeżywali strażacy, którzy na pierwszej linii frontu ratowali dobytek i życie ludzkie. Ich relacje, wsparte perspektywą dotkniętych kataklizmem osób, ukazują skalę tragedii i heroizm tamtych dni.

Geneza i Skala Kataklizmu
25 lat temu, już od czerwca, bardzo padało w dorzeczu Odry. W lipcu nad Polskę południową nadciągnęły z południa masy zwrotnikowego, bardzo rozgrzanego i wilgotnego powietrza, które napotkały na zachodzie kraju napływające chłodne powietrze polarnomorskie. Spowodowało to wytworzenie się chmur deszczowych, które zalały gwałtownymi, nawalnymi opadami Sudety, Beskidy i niziny. Odra oraz jej dopływy otrzymały olbrzymią dawkę wody. Gwałtowne opady z początku lipca spowodowały zjawisko powodzi w górach i na pogórzu oraz gwałtowny spływ mas wód do Odry. Powódź w górach zawsze ma charakter gwałtowny. Sama Odra w swym górnym biegu początkowo również jest rzeką górską i podlega tym samym zasadom. Znaczne nachylenie terenu powoduje bardzo szybki, niszczący spływ wody. Sytuację pogorszył również fakt, że w Czechach i w Polsce spuszczono w tym samym czasie do Odry wodę z przepełnionych zbiorników retencyjnych. Konsekwencje były potworne.
W czeskiej części dorzecza Odry zginęło 20 osób, w Polsce 54. Na terytorium Polski konieczna była ewakuacja ponad 106 tys. osób, zalaniu uległo 47 tys. mieszkań i budynków gospodarczych, pod wodą znalazło się 465 tys. hektarów użytków rolnych. W Republice Czeskiej w dorzeczu Odry ewakuowano 35 tys. osób, zniszczeniu uległo 320 domów i ponad 5 tys. mieszkań.
Marek Szczypczyk, nowosolski strażak na emeryturze, wspominał, że w Kłodzku było najgorzej. Widział wywrócone auta osobowe i tiry. Na rynku był ślad, jak wysoko woda dotarła: między pierwszym a drugim piętrem. Jak się okazało, zginęło tam kilka osób, prawdopodobnie zaskoczone przez wodę w nocy, gdy spali i nie zdążyli uciec.
Akcja Ratownicza we Wrocławiu: Perspektywa Strażaka
Emerytowany strażak, pan Andrzej J., który walczył wtedy o miasto na pierwszej linii frontu, opowiedział, co robili strażacy, gdy powódź dotarła do Wrocławia. W lipcu 1997 r. został ściągnięty z urlopu. Na początku strażacy siedzieli tzw. „cięgiem” w jednostce, w pełnej mobilizacji. Pan Andrzej służył na Borowskiej, jednak trafił na wrocławski Kozanów. Tam w pewnym miejscu woda sięgała drugiego, a nawet trzeciego piętra.
Działania Strażaków na Pierwszej Linii Frontu
Strażacy pomagali wszędzie, gdzie dało się dojechać samochodem pożarniczym. Była to cały czas pomoc przy usypywaniu worków z piaskiem, tworząc wały. Przy ul. Teatralnej, gdzie znajduje się jednostka wodna z łodziami, motorówkami i pontonami, na początku pływali łodziami. Udzielali pomocy, dostarczając mieszkańcom jedzenie, podstawowe środki do życia, medykamenty (poza antybiotykami) czy bandaże. Czasem opatrywali drobne rany lub otarcia. Odbywały się też akcje, podczas których śmigłowiec policyjny ściągał ludzi z dachów na Księżu Małym. Działali praktycznie na terenie całego miasta, będąc wyznaczanymi do pomocy innym jednostkom. Pan Andrzej wspomina, że był tym, który w woderach chodził między ludźmi i jeździł tam, gdzie go rzucali.

Wsparcie i Warunki Służby
Na pomoc przyjechali Niemcy - oddziały przygraniczne i Francuzi z dużymi motopompami, którzy zostali skoszarowani w jednostce na Borowskiej. Koszary były przez cały czas, około 2-3 tygodnie strażacy nie byli w domach. Później podzielili się na pół, bo nie da rady pracować ciągle; połowa przychodziła na zmianę, połowa odpoczywała. Jeszcze przez dwa miesiące chodzili na służbę 24/24, póki nie zrobiono porządku z wodą, nie wypompowało się piwnic oraz najbardziej napełnionych wodą rozlewisk.
Pan Andrzej podkreśla, że pracy było bardzo dużo, ale nie brakowało chętnych do pomocy. Ogólnie rzecz biorąc służba strażacka cieszy się bardzo dużym, jeśli nie największym spośród służb mundurowych, poparciem społeczeństwa. Tam, gdzie dopływało się z pomocą, ludzie byli wdzięczni. Ludzie sami też intensywnie działali, mocno walczyli z tymi workami z piaskiem. Na tzw. Trójkącie Bermudzkim, na Legnickiej czy Kozanowie nie było mowy, żeby ludzie czegoś nie zrobili. Strażacy mogli liczyć na innych, gdy przyszła powódź; pojawiali się z Kudowy, Wałbrzycha, Poznania.
Niebezpieczeństwa Związane z Zanieczyszczoną Wodą
Zanieczyszczona woda zawierała wszystko. Ta woda była brudna. Jeżeli woda dostała się do kanalizacji (nie tylko deszczowej, bo przy starym budownictwie też były wypłukiwane np. odchody) i wypłukała wszystko, co w niej siedziało, zagrożenie było bardzo duże. Gdy ktoś się np. skaleczył, złamał nogę, czy podtopił się popijając wodę, to w pierwszej kolejności istniało zagrożenie sepsą. Gdy woda wypłukała stację benzynową, pojawiały się zanieczyszczenia chemiczne.
Wartość Zespołowa w Służbie Strażackiej
W straży pożarnej jeden strażak nie jest tak ważny jak dwóch strażaków. A to dlatego, że jak jeden nie da rady, to ten drugi jest właśnie po to, żeby mu pomóc. Strażacy muszą mieć wsparcie. Na przykład, jak idzie do pożaru linia wodna, to idzie strażak trzymający prądownicę i ten, który podąża za nim i trzyma węża strażackiego. Wtedy właśnie we dwóch dają radę. Zdarzało się, że strażacy spędzali ze sobą tyle czasu, ile by spędzili siedząc razem 7 lat w więzieniu, co jednak zżywało zmiany i budowało silne więzi.
Reakcja Władz i Ostrzeżenia: Krytyka Mieszkańców
Faza przygotowawcza do powodzi precyzyjnie ujawnia się w relacjach mieszkańców i urzędników. W Kłodzku mieszkańcy byli zgodni, że władze nie ostrzegły ich o nadchodzącym kataklizmie. Elwira Dulska, właścicielka salonu barberskiego w Kłodzku, wspominała, że wiedzieli tyle, co z telewizji, ale nikt z władz nie mówił: "Słuchajcie, jesteście zagrożeni, zabierajcie swoje rzeczy, uciekajcie stąd". Ludzie siedzieli spokojnie w domach do ostatniej chwili, a gdy woda wlewała się na ulice, musieli uciekać z drugiego piętra.

Pan Paweł Kisielewski, mieszkaniec Kłodzka, dzwonił do miasta już w piątek, prosząc o wojsko, ale wojewoda podjął decyzję dopiero w sobotę o 16:00, kiedy woda przechodziła już prawie przez mur przy domu. Tu, w najwęższym gardle Kotliny Kłodzkiej, nie było straży, policji, nikogo, byli tylko sami mieszkańcy. Adam Dziurleja potwierdził brak organizacji i zerowy zasięg sieci komórkowej, co uniemożliwiło kontakt ze światem zewnętrznym. Burmistrz Kłodzka, Michał Piszko, twierdził, że komunikat SMS-owy został wysłany o 1:07 w nocy z niedzieli na poniedziałek, i straż miejska jeździła z informacją przez megafon, żeby się ewakuować. Mieszkańcy podkreślali jednak, że woda wlewała się na ulice Kłodzka już około godziny 21:00 poprzedniego dnia, a telefonia komórkowa i internet nie działały.
Spóźnione Alerty Rządowego Centrum Bezpieczeństwa
Tadeusz Maszewski ze wsi Wilkanów relacjonował, że tama w Międzygórzu przelała się między 21:30 a 22:00 w sobotę. Do tego momentu jedyne SMS-y, które otrzymywali, ostrzegały przed dużymi deszczami i możliwymi podtopieniami. Wiadomość o "możliwej ewakuacji w powiecie kłodzkim" otrzymali z RCB dopiero o 1:59 w nocy z niedzieli na poniedziałek. Komunikat ten był już nieaktualny i zbędny, a jego sformułowanie było bez sensu. Pan Tadeusz, śledząc popularny model pogodowy yr.no, wiedział o zagrożeniu powodziowym na ponad tydzień przed uderzeniem wody, podczas gdy oficjalne służby działały zbyt wolno.
Codzienność Powodzi i Walka Mieszkańców
W obliczu kataklizmu mieszkańcy musieli zmierzyć się z wieloma problemami. Wiele hydrantów było pozalewanych, co prowadziło do braku wody pitnej. Strażacy, tak jak pan Andrzej J., przewozili czystą wodę ze wsi prywatnymi samochodami. Kiedy woda opadła na Kozanowie, trzeba było rozpalać "ogniska antykomarowe", bo inaczej nie dało się wytrzymać. Komary rozniosły się też poza Wrocław, "zjadając żywcem".
Samodzielna Ewakuacja i Szabrownictwo
W ewakuacji wielu mieszkańców nie miało pomocy państwa, a często nawet informacji o jej konieczności. Ewakuowali się sami w niebezpiecznych warunkach, nierzadko cudem przedzierając się przez zalane drogi. Wielu było skazanych na przemieszczanie się na strychy, a nawet dachy własnych domów. W emocjonalnych słowach Adam Dziurleja z Kłodzka opowiadał o sprzecznych informacjach, braku kontaktu i tym, jak kazano im wystawiać niebieskie prześcieradła, by sygnalizować głód.
Pojawiło się również zjawisko szabrownictwa. Na przykład, dwóch mężczyzn okradało zalaną stację benzynową Orlenu w Kłodzku. Mieszkańcy Lądka-Zdroju informowali o nasilonych kradzieżach w opuszczonych mieszkaniach. Skala włamań była bardzo duża, co skłoniło mieszkańców do myślenia o zorganizowaniu straży obywatelskiej. W Stroniu Śląskim, gdzie skala zniszczeń kojarzyła się z miastami na ogarniętym wojną Donbasie, starsze małżeństwo pokazało okradziony sklep, a grupa kibiców przyjechała, aby chronić mieszkańców przed szabrownikami.
Polityka w Czasie Katastrofy
Pan Andrzej J. wspominał paranoiczną sytuację na wrocławskim Wojnowie, kiedy przywiózł czystą wodę w beczce, a pewien polityk chciał ją "racjonować". Andrzej J. stanowczo sprzeciwił się, mówiąc: "Chłopie, to ja ją przywiozłem, a ty nie jesteś tutaj od rządzenia i racjonowania wody. Tyle ile mam, tyle wyleję dla ludzi i pojadę po następną beczkę!". W sytuacji katastrofy, gdy ludzie byli w potrzebie, nie było miejsca na politykę, choć, jak zauważył, "kombinatorów wtedy nie brakowało".
Usuwanie Skutków i Odbudowa
Usuwanie skutków powodzi było procesem długotrwałym i wyczerpującym. We wsi Żelazno nieopodal Kłodzka, pani Ewa, hodująca 350 kur na wolnym wybiegu, straciła wszystko. Rzeka zabrała 20 ton zboża, a padłe kury czekały na uprzątnięcie. W trzeciej dobie po przejściu fali pani Ewa wciąż czekała na służby, nie mając nawet wody, by wymyć szlam z domu. Podobnie pani Urszula ze wsi Trzebieszowice straciła urządzenia z garażu i stodoły, a druga fala powodziowa podniosła wodę w jej domu do półtora metra. Mimo to, nie otrzymała żadnej pomocy z zewnątrz.

W Lądku-Zdroju właściciel lokalu mówił o "totalnym chaosie" i braku pomocy. Terytorialsów było niewielu, a główny ciężar prac spoczywał na mieszkańcach i ich rodzinach. Po powodzi, ponad rok zajęło dochodzenie do ładu z ogromnymi zniszczeniami, np. łącznik Jelcz-Oława, gdzie były 3 metry wody, a wał puścił w lesie.
Obrona Nowej Soli: Przykład Solidarności
Mieszkańcy Nowej Soli, położonej wyżej nad Odrą, mieli więcej czasu na przygotowania. Rzucili rzece wyzwanie, a w obronie miasta wzięło udział kilka tysięcy ludzi, co, jak wspomina Krzysztof Gonet, ówczesny prezydent, pozwoliło miastu ocaleć. Jerzy Ceglarek, szef robót publicznych, podkreślał rolę systemu robót publicznych, który doprowadził do zwycięstwa Nowej Soli nad powodzią.
Wspólny Wysiłek i Jedność Społeczna
Budowano umocnienia na wysokości Harcerskiej Górki, do prac włączyły się grupy "hardkorowców", "kowbojów", punków i skinów, którzy nie spali trzy dni i wygrali. Ceglarek szacuje, że nowosolanie ułożyli ponad milion worków, co było świadectwem międzyludzkiej solidarności. Robert Lipiński wspominał system "podaj cegłę", gdzie worki ważące 20-30 kilo były przekazywane z rąk do rąk. Tomasz Kalisz podkreślał satysfakcję ze wspólnej walki, która zjednoczyła całe miasto, bez względu na dzielnice czy status społeczny. Nawet ludzie "spod ciemnej gwiazdy" chcieli czuć się potrzebni, widząc, że dramatyczna sytuacja wymusza zmianę codziennych nawyków.

Artur Łukasiewicz, redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" w Zielonej Górze, opisywał niesamowite sceny: pielęgniarki ze szpitala roznosiły bandaże, kobiety przynosiły kanapki, wodę, jabłka, a nyski z megafonami koordynowały działania. Zauważył, że podczas powodzi "pijanych się nie widziało", jakby ludzie w tym czasie wstydzili się pić, chcąc być "szlachetniejsi, lepsi". W roku 2006 powstał film fabularny pt. „Odra”, a powódź stała się cezurą w lokalnej świadomości, działała jak "przed wojną" i "po wojnie".
Spojrzenie Historyka
Dr Tomasz Andrzejewski, historyk i szef nowosolskiego muzeum, wspomina panikę, która przerodziła się w apel "wszystkie ręce na pokład". Setki, może tysiąc osób zjechało z różnych części miasta, by ratować dzielnicę Pleszówek i oczyszczalnię ścieków. Andrzejewskiemu urzekła ówczesna mobilizacja, podkreślając, że Nowa Sól, pokaleczona transformacją i zmagająca się z bezrobociem, "jako pierwsza, na tyle, na ile się dało, odparła atak rzeki". To był heroizm, który zrobił duże wrażenie i znalazł się na czołówkach gazet, budząc dumę mieszkańców. W 2013 r., w kalendarium Nowej Soli, muzeum umieściło powódź wśród dwunastu najważniejszych wydarzeń w dziejach miasta.
Stara Wieś: Trudne Decyzje i Odbudowa Winnicy
Niewielka Stara Wieś, licząca około 150 mieszkańców, położona koło Nowej Soli, została całkowicie zalana. Niektórzy mieszkańcy do dziś sądzą, że tamtejszy wał celowo wysadzono, by ratować miasto. Kinga Kowalewska-Koziarska, właścicielka winnicy w Starej Wsi, mówi, że "ludzie mówili, że żołnierze wysadzili wał na końcu wsi", aby uratować Nową Sól. Miała poczucie, że to mniejsze zło, choć bolało ją, że rodzina nie dostała odszkodowania, bo woda zalała winnicę, ale nie weszła do domu.
Jerzy Bińkowski, sołtys Starej Wsi, który został na miejscu, gdy Odra wylała, zaprzecza: "Niczego nie wysadzili. Przecież słyszelibyśmy z chłopakami wybuch". Krzysztof Gonet, ówczesny prezydent Nowej Soli, oraz Józef Suszyński, wiceprezydent, również stanowczo zapewniają, że celowego przerwania wału nie było, wskazując na osłabienie wału przez rosnące drzewo.
Odrodzenie po Potopie: Historia Winnicy
Po potopie w Starej Wsi przyszło odrodzenie. Powódź zmusiła rodziców Kingi Kowalewskiej-Koziarskiej do trudnej decyzji: zastawili dom pod hipotekę. Jej ojciec pojechał do Mołdawii, do Kiszyniowa, busem, aby zdobyć materiał i odtworzyć winnicę. Wybrał wschodnie szczepy, "nie do zdarcia", aby winnica mogła owocować od sierpnia do października-listopada. Podróż była pełna trudności i perypetii na granicach, gdzie celnicy, mimo braku aktualnych dokumentów, ostatecznie pozwolili mu przejechać. Gdy ojciec wrócił, "pierwszy i ostatni raz w życiu" mama myła mu nogi w misce i położyła go spać na dobę. Tamta podróż dała mu jednak siłę i determinację do odbudowy. Śladowe owocowanie winorośli pojawiło się po trzech latach, a po siedmiu krzewy w pełni dojrzały, stając się symbolem odrodzenia po kataklizmie.