W ostatnich latach, jak i w przeszłości, Polska doświadczyła wielu pożarów obiektów przemysłowych, w tym hutniczych. Analiza tych zdarzeń pozwala zrozumieć ich przyczyny, przebieg oraz konsekwencje społeczne i gospodarcze.
Pożary hal przemysłowych w czerwcu
Pożar w Siemianowicach Śląskich (2024)
W poniedziałek, wczesnym popołudniem, w Siemianowicach Śląskich ogniem zajęła się hala przemysłowa. Pożar wybuchł tuż przed godziną 16:00 w hali magazynowo-produkcyjnej przy ul. Chemicznej. Pierwsze zastępy straży pożarnej pojawiły się na miejscu już po niespełna dziesięciu minutach od wezwania. Wstępne ustalenia sugerowały, że do pożaru mogło dojść podczas obsługi maszyny z laserem do cięcia. Jeden z pracowników stwierdził, że pożar prawdopodobnie został zauważony w części, gdzie odbywa się produkcja tworzyw sztucznych. Przez cały okres akcji gaśniczej na miejscu obecne było mobilne laboratorium Państwowej Straży Pożarnej.
Pożar w Mińsku Mazowieckim (2024)
Dzień wcześniej, w niedzielę, pożar wybuchł w podobnym obiekcie w Mińsku Mazowieckim. Rzecznik MSWiA podkreślił, że służby specjalne, takie jak Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, bardzo wnikliwie i skrupulatnie przyglądają się takim dużym, wielkopowierzchniowym pożarom. Dodał również, że strażacy prowadzą badania statystyczne, z których wynika, że liczba pożarów z roku na rok jest mniejsza lub utrzymuje się na podobnym poziomie, co wskazuje na brak jakiegokolwiek zagrożenia.
Pożar zabytkowej hali w Gdańsku (2024)
Kilka minut po godzinie 13:00 wybuchł pożar na terenie dawnych Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego na Przeróbce przy ul. Siennickiej w Gdańsku. Z obiektu ewakuowano około 60 osób. Jeden z obiektów, należący do firmy GRUPA PROFIT 2000 - PROLIGHT, był wynajmowany przez CityBike Global, hiszpańskiego operatora systemu rowerów miejskich MEVO. W momencie wybuchu pożaru w hali znajdowało się około 1500 rowerów MEVO, w tym ponad 1300 rowerów ze wspomaganiem elektrycznym, 162 rowery standardowe oraz 1000 akumulatorów zasilających rowery elektryczne. Według informacji uzyskanych od CityBike Global, pożar nie wybuchł bezpośrednio w hali, w której przechowywano rowery MEVO, ale znajdowała się tam część floty wycofana z eksploatacji na zimę.
Miejskie Centrum Zarządzania Kryzysowego w Gdańsku apelowało do mieszkańców Przeróbki oraz okolicznych dzielnic o zamknięcie okien i unikanie przebywania na otwartej przestrzeni. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa wydało alert SMS-owy dla wszystkich mieszkańców Gdańska, informując o toksycznym dymie i zalecając zamknięcie okien oraz unikanie zbliżania się do miejsca pożaru w promieniu 1 km.

W hali swoje siedziby miało wiele firm (nawet kilkadziesiąt), posiadających tam biura i powierzchnie magazynowe. Na początku pożaru pracownicy rzucili się ratować majątek swoich firm, wynosząc m.in. drogi sprzęt do realizacji telewizyjnej i eventowej, nawet z narażeniem życia, gdy ogień już szalał. Pożar rozszerzał się błyskawicznie, m.in. z powodu drewnianego dachu krytego papą, opierającego się jedynie na stalowej konstrukcji. Strażaków walczących z ogniem wspierał m.in. robot gaśniczy z Gdyni oraz statek pożarniczy operujący z Martwej Wisły, wyposażony w armatkę wodną o zasięgu 150 metrów. Do działań zadysponowano pluton „POŻAR” z powiatu gdańskiego oraz cysternę z OSP Nowa Wieś Lęborska z powiatu lęborskiego. Po godzinie 15:00 na miejscu było już 45 zastępów i 150 strażaków.
Strajki w Hucie im. Lenina (1988)
Kryzys gospodarczy i podwyżki cen
W końcówce lat 80. XX wieku w kraju pogłębiał się kryzys gospodarczy. Próby reform, jakie przedsięwzięły władze, nie przyniosły efektu. Przeprowadzone 29 listopada 1987 r. referendum w sprawie tzw. drugiego etapu reform nie dało oczekiwanego przez komunistów poparcia. Mimo to zdecydowano się na wprowadzenie od 1 lutego 1988 r. drastycznych podwyżek cen, m.in. żywności o 40% i benzyny o 60%. Te podwyżki pogorszyły i tak już tragiczną sytuację robotniczych rodzin, wywołując oburzenie pracowników kombinatu Huta im. Lenina (HiL).
Początek strajku i postulaty
W lutym 1988 r., w związku z kryzysem, rozpoczęły się strajki. 25 kwietnia w Bydgoszczy i Inowrocławiu wybuchły strajki komunikacji publicznej, zakończone po spełnieniu postulatów ekonomicznych załogi. Dzień później, 26 kwietnia, o godzinie 9:00 na wydziale Walcownia Zgniatacz HiL nożycowy Andrzej Szewczuwianiec włączył czerwone światło, zatrzymując pracę suwnicy i unieruchamiając cały wydział, wezwał współpracowników do strajku. Do protestu dołączyli ludzie z sąsiedniego wydziału Walcownia Drobna i Drutu. Powołano pięcioosobowy komitet strajkowy z inicjatorem strajku na czele, a początkowo żądania strajkujących ograniczały się do postulatów ekonomicznych.
Około godziny 14:00 do strajku przyłączyli się działacze hutniczych struktur podziemnych NSZZ „Solidarność”. Z ich inicjatywy do postulatów strajkowych dodano postulaty solidarnościowe, w których żądano podwyżek rekompensat również dla pracowników oświaty, służby zdrowia, rencistów i emerytów. W drugim postulacie strajkujący domagali się przywrócenia do pracy w HiL osób zwolnionych wcześniej za działalność w „Solidarności”. Do strajku przyłączyli się pracownicy Walcowni Blach Karoseryjnych, Zakładu Mechaniczno-Odlewniczego i Walcowni Blach Zimnych. Przedstawiciele tych wydziałów wchodzący w skład Komitetu Strajkowego HiL sprawili, że podziemne struktury NSZZ „Solidarność” w praktyce przejęły kontrolę nad protestem. Jak wynikało z oświadczenia komitetu z 30 kwietnia, do strajku czynnego dołączyły także Walcownia Taśm, Odlewnia Żeliwa oraz Wydział Konstrukcji Stalowych. Natomiast w strajku wspomagającym brały udział Wielkie Piece, Stalownie Martenowska i Konwertorowa, Wydział Przygotowania i Obróbki Węgla, Wydział Chemiczny, Zakład Koksochemiczny, Tlenownia, Wydział Wodny, Wydział Gazowy i Siłownia. Strajkowano także poza Nową Hutą, w Zakładzie Przetwórstwa Hutniczego bocheńskiej filii HiL 29 kwietnia odbył się ośmiogodzinny strajk solidarnościowy. W dniach 29-30 kwietnia przerwano pracę w Hucie w Stalowej Woli, a od 2 do 10 maja strajkowali pracownicy Stoczni Gdańskiej.
Reakcja władz i wsparcie dla hutników
Prokurator wojewódzki w Krakowie stwierdził w wieczornym „Dzienniku TV”, że strajk w kombinacie HiL jest nielegalny i ma charakter przestępstwa. W nocy z 27 na 28 kwietnia kolportowane było „Polecenie służbowe nr 8” dyrektora naczelnego huty, w którym domagano się, by pracownicy składali pisemne oświadczenia, deklarując czy uczestniczą w strajku, czy podejmują pracę. Rosła liczba milicyjnych prowokacji. Dyrektor Pustówka, który po powrocie z Warszawy jeszcze wieczorem 26 kwietnia podjął rozmowy z komitetem strajkowym, trzy dni później zerwał je i o postulatach strajkujących rozmawiał z przedstawicielami NSZZ pracowników Kombinatu HiL, wchodzącymi w skład OPZZ. Działacze tego związku, odrzucając postulaty solidarnościowe, doszli do porozumienia z dyrekcją w części postulatów finansowych i zwrócili się do strajkujących z apelem o powrót do pracy. Strajkujący nie pozwolili jednak na storpedowanie protestu, uznając za jedynych swych przedstawicieli komitet strajkowy HiL.
Punktem docelowym pomocy dla hutników, jaka przychodziła z kraju i zza granicy, stała się siedziba Duszpasterstwa Hutników w kościele Matki Bożej Częstochowskiej na os. Szklane Domy w Nowej Hucie. Członkowie duszpasterstwa koordynowali akcję zbierania i rozdzielania darów, zajmowali się także korespondentami zagranicznymi. Przedstawiciele prasowi strajkujących, Edward Nowak i Grzegorz Surdy, prowadzili swoje biuro w mieszkaniu na os. Na Stoku. Hutnicy zyskali również wsparcie duchowe, gdy w robotnicze święto 1 maja przybyli do kombinatu z posługą duszpasterską (przemyceni w karetce pogotowia) ks. Kazimierz Jancarz z ks. Józefem Orawczakiem, którzy o godzinie 10:30 odprawili mszę świętą w hali Walcowni Blach Karoseryjnych, pełną solidarnościowych akcentów. W Święto Konstytucji 3 maja z posługą duchową zjawił się z kolei inny ksiądz.
Pacyfikacja i strajk absencyjny
33 rocznica pacyfikacji kopalni Wujek
Mimo uzgodnień, o godzinie 2:00 w nocy z 4 na 5 maja nastąpił brutalny atak oddziałów ZOMO, poprzedzanych przez brygadę antyterrorystyczną. W operacji o kryptonimie „Poranek” uczestniczyły plutony specjalne ZOMO z Krakowa, Białegostoku, Katowic, Łodzi i Poznania oraz pododdział Wydziału Zabezpieczenia SUSW. Choć strajkujący stawiali jedynie bierny opór, byli bici i obrażani przez zomowców. Poszkodowani, wśród nich także kobiety, zostali przewiezieni do szpitala MSW, co ułatwiło przedstawienie propagandowego komunikatu Głównego Lekarza Wojewódzkiego w Krakowie z fałszywym przekazem, iż nie stwierdzono poszkodowanych w wyniku interwencji sił milicyjnych. W trakcie pacyfikacji zatrzymano 79 osób, w tym część członków komitetu strajkowego. Dyrektor wraz z prokuratorem wystosowali tymczasem kolejne ultimatum, w którym zagrozili strajkującym pracownikom konsekwencjami prawnymi i finansowymi, jeśli nie podejmą pracy do dnia 4 maja do godziny 4:00. W odpowiedzi na groźby kierowana przez Zbigniewa Romaszewskiego Komisja Interwencji i Praworządności NSZZ „Solidarność” wydała oświadczenie, w którym zadeklarowała wsparcie zwalnianych uczestników strajku w postaci wypłacania im nawet przez pół roku średniego wynagrodzenia oraz zrekompensowanie innych krzywd.
Strona rządowa poprzez swoich przedstawicieli zasugerowała możliwość podjęcia rozmów na najwyższym szczeblu, ale po wygaszeniu strajków w Nowej Hucie i Gdańsku. Z inicjatywy episkopatu udały się do Krakowa i do Gdańska dwie delegacje negocjatorów. Do HiL 4 maja 1988 r. przybyli prof. Andrzej Stelmachowski, mecenas Jan Olszewski i Halina Bortnowska. W trakcie rozmów z komitetem strajkowym i dyrekcją kombinatu wstępnie uzgodniono wznowienie zerwanych rozmów 5 maja o godzinie 8:00 w budynku administracyjnym HiL.
Hutnicy nie dali się zastraszyć i już o godzinie 6:00 obecny na miejscu działacz KPN i NSZZ „Solidarność”, Ryszard Majdzik, zorganizował wiec, w trakcie którego uczestnicy - żądając uwolnienia aresztowanych - pomaszerowali z wydziału Walcowni Zgniatacz w kierunku bramy głównej i Centrum Administracyjnego HiL. Zanim tam dotarli, zostali ponownie zaatakowani przez ZOMO i rozbici. Znaczna część pracowników Zakładu Walcowniczego i Zakładu Mechaniczno-Odlewniczego, zgodnie ze strategią ustaloną wcześniej przez komitet strajkowy, odmówiła pracy. O godzinie 7:00 ludzie wyszli z kombinatu, a protest przekształcił się w strajk absencyjny.
Zakończenie strajku
W parafii św. Maksymiliana Marii Kolbego w Mistrzejowicach powołano Wikariat Solidarności z Potrzebującymi, z zadaniem organizacji i koordynacji pomocy dla osób represjonowanych za udział w strajku. W procesach hutników uczestniczyli, jako obserwatorzy, wolontariusze wikariatu oraz znani krakowscy adwokaci. Choć dyrekcja kombinatu próbowała na wszelkie sposoby zapełnić niedobory pracownicze poprzez łączenie zmian lub przywożąc pracowników z Huty Katowice i Huty Baildon, nic to nie pomogło. Sprowadzeni z zewnątrz suwnicowi nie potrafili sobie poradzić z przestarzałymi suwnicami w starszych wydziałach kombinatu ani z nowoczesnymi w Walcowni Karoseryjnej. Większość wydziałów kombinatu pracowała na jałowym biegu. Ze względu na dużą liczbę zwolnień lekarskich dyrekcja zleciła przeprowadzenie ich kontroli, co jednak nie wystraszyło lekarzy solidaryzujących się ze strajkującymi. Ukrywający się członkowie komitetu strajkowego HiL we wspólnym oświadczeniu z 11 maja jako podstawowy warunek powrotu do pracy podali uwolnienie aresztowanych i przyjęcie zwolnionych. Nieugięta postawa hutników sprawiła, że w kolejnych dniach wypuszczano z aresztu kolejne osoby. Dzięki poręczeniu, jakiego udzieliła rada pracownicza HiL, ostatnich sześciu uczestników strajku opuściło mury więzienia 16 maja 1988 r. Dzień później w Mistrzejowicach odbyło się zebranie komitetu strajkowego HiL w pełnym składzie. Zdecydowano o zakończeniu strajku absencyjnego i wezwaniu pracowników do powrotu do pracy 18 maja.
Katastrofa w Kopalni Węgla Kamiennego „Reden” w Dąbrowie (1923)
Historia kopalni i tło katastrofy
Kopalnia „Reden” w Dąbrowie uruchomiono w 1785 roku, a nazwę „Reden” nadano jej w październiku 1796 roku - od nazwiska dyrektora Wyższego Urzędu Górniczego we Wrocławiu, po objęciu jej przez Urząd Górniczo-Hutniczy w Tarnowskich Górach. O ile wcześniej działała sezonowo, to od wejścia „pod ziemię” - fedrowała całą dobę i cały rok. Warunki były bardzo trudne, a pracownicy często uciekali, przez co kopalnia nie mogła pracować. Do całkowitego jej zamknięcia w 1935 roku, po 150 latach działalności, przyczyniły się najbardziej notorycznie występujące pożary. Najgroźniejszy z nich wybuchł w nocy z czwartku na piątek (20-21 września 1923 roku).
Przebieg katastrofy

Katastrofa na kopalni „Reden” wstrząsnęła Zagłębiem Dąbrowskim i całym krajem. Wczesnym rankiem 21 września 1923 roku rozległ się przeraźliwy jęk syreny kopalnianej, a z głównego szybu redenowskiego wydobywał się gęsty, czarny dym. O godzinie 16:30 20 września górnik Sobieraj, pracujący na 6. chodniku IV pochylni, wystrzelił dwie dziury miedziankitem. Natychmiast po wystrzale z otworów zaczął wydobywać się dym, który utrudniał dalszą pracę. Po dwóch godzinach niepewności sztygar Adolf zbadał przyczynę dymu, za którym krył się zdradliwy płomień. Okazało się, że Sobieraj natrafił na pustą komorę, która niedostatecznie zamulona była wypełniona gazami. Gazy te w zetknięciu z wybuchającym miedziankitem zapaliły się. Sztygar Adolf natychmiast zawiadomił zarząd kopalni, usunął robotników z sąsiednich chodników i umieścił ich na chodniku 7., najbliższym wentylacji. Kazał znosić fele, gwoździe i płótno w celu stawiania tam, wreszcie wysłał ludzi po aparaty ratownicze, a przede wszystkim zasypał wystrzelone otwory piaskiem i ziemią.
Do godziny 21:00 nikt z zarządu nie interesował się tym, co zaszło, chociaż o godzinie 19:00 wysłano po aparaty na powierzchnię, a zjawisko było pierwszym na „Redenie”. Inżynier Zbyszewski, zawiadowca, był nieobecny i do godziny 23:00 nie można go było odnaleźć. Zastępcy zawiadowcy, inż. Skrebowskiego, również nie było, a nadsztygar Roguski był od południa na urlopie. Dopiero o godzinie 21:00 zdołano ściągnąć nadsztygara Roguskiego, a o godzinie 22:00 na dole znaleźli się inż. Skrebowski z naczelnym inżynierem Janotą. Roguski przedstawił im swój plan działania, który został zaakceptowany. Roguski przejął kierownictwo akcji, podczas gdy Skrebowski po krótkim obserwowaniu ognia odszedł i nie wrócił. Wszyscy biegli stwierdzili, że każde zarządzenie Roguskiego było nie tylko błędne, ale powiększało ogień i przyspieszało katastrofę. O godzinie 22:00 stan był już groźny, a szybem głównym wydobywał się tak silny dym, że trzecia zmiana górników i dozorcy wahali się, czy mają zjeżdżać na dół. Wtedy Roguski wydał zarządzenia, aby ludzie zjechali na zwykłe roboty. Po zjeździe trzeciej zmiany sformował dwie drużyny ratownicze z ludzi, którzy byli zupełnie nieobeznani z akcją gaszenia ognia; wśród nich znajdowało się nawet dwóch 17-letnich chłopców. Roguski, wbrew wszelkim elementarnym zasadom techniki, kazał rozkopać ogień, a potem szukać wody i gasić ogień wiaderkami, bo węży nie było pod ręką. Stawiał tamy w miejscach zupełnie źle wybranych, niedostosowanych do sposobu opowietrzenia kopalni „Reden”, zapomniał usunąć ludzi z miejsc zagrożonych, a ludziom nie zajętym przy ogniu kazał najspokojniej pracować na drugim polu koło wydobywania węgla. Górnicy bez szemrania słuchali tych nierozumnych rozkazów, nie przeczuwając, że szykują sobie śmierć.
Inżynier Zbyszewski, poinformowany o wszystkim, zamiast zjechać natychmiast na dół i objąć kierownictwo akcji ratowniczej, zwlekał, poszedł do hali maszyn, przebrał się i tracił niepotrzebnie czas, zanim zjechał na dół około godziny 24:00. Sprawdziwszy stan rzeczy na miejscu, bez żadnej znajomości zaakceptował zarządzenia Roguskiego, pozostawiając mu kierowanie akcją gaszenia ognia. Od tego momentu wszystko dalsze zbliżało katastrofę. Sztygar Pronobis próbował zalewać ogień wodą z węża pożarniczego, ale stary wąż pękł, a do czasu naprawy znów musiano używać kubełków. Około godziny 01:30 w nocy rozległ się alarm: „gazy na rurowym”. Górnicy w szalonej panice rzucili się do ucieczki, a fatalizm nieszczęścia popchnął ich właśnie na rurowy. Zostali ściśnięci obręczą gazów z obu stron w ciasnym korytarzu kopalnianym, wpadając wprost w oblicze śmierci. W tych „czarnych podziemnych Termopilach” kopalni „Reden” poległ Pronobis i 36 jego towarzyszy górników. Gdy w krótki czas potem zdołano dotrzeć do ognia, a dymy opadły, oczom żyjących ukazał się okropny widok: trupy leżały twarzą do podstawy chodnika, niektórzy mieli ręce przy ustach i nosie, inni trzymali się szpał. Skóra była popalona, twarze impregnowane koksem i osmolone. Katastrofa nie ograniczyła się do tego, ponieważ gazy rozchodziły się na dalsze pole wschodnie, gdzie reszta górników z trzeciej zmiany, niepomna grożącej śmierci, pracowała z rozkazu Roguskiego nad wyrobiskiem i ładowaniem węgla. Na podszybiu, które już od godziny 22:00 było zadymione, stali w czadach sygnaliści, bez respiratorów, pełniący niebezpieczną służbę. Sygnalista Banasik, pełniący służbę między 00:01 a 02:00 w nocy, mimo że inżynier Skrebowski radził mu opuścić to miejsce, odmówił, twierdząc, że mu nie wolno. Wyniesiono go zaczadzonego po spełnieniu służby, ale już na marach. Sygnalista Banasik padł jak żołnierz, nie opuszczając do końca swojego posterunku.
Ekspertyzy i odpowiedzialność
Ekspertyzy dotyczące katastrofy podzielono na trzy grupy. Pierwszą stanowili profesorowie Akademii Górniczej Czeczot i Skoczylas, drugą naczelnik Urzędu Górniczego w Królewskiej Hucie, starszy radca górniczy inż. Buzek, a trzecią inżynierowie Swirtun, Raźniewski i Wojewódzki, powołani na prośbę zawiadowcy Zbyszewskiego. Inżynier Buzek stwierdził wyraźnie, że ofiary w ludziach spowodowane zostały nieudolną akcją ratunkową, pozbawioną fachowego kierownictwa ze strony zawiadowcy lub jego zastępcy. Zarządzenia Roguskiego co do gaszenia ognia były przeciwne wszelkim elementarnym zasadom pożarnictwa górniczego. Inż. Zbyszewski powinien był po sprawdzeniu stanu rzeczy natychmiast ująć kierownictwo, gdyż jako zawiadowca i technik powinien i musiał lepiej znać system opowietrzania swojej kopalni i do niego dostosować sposób gaszenia ognia, tymczasem on i Skrebowski akceptowali nieudolny plan Roguskiego. Choć katastrofa spowodowana została przez tzw. przekątnię wiatrów, to jednak według inżyniera Buzka, gdyby nawet na godzinę przed wybuchem gazów Zbyszewski, który już był na dole, usunął Roguskiego i sam prowadził akcję wedle techniki górniczej, katastrofa nie nastąpiłaby. Nie do pomyślenia była wielogodzinna nieobecność zawiadowcy i jego zastępcy na dole. Brak należycie wyszkolonej drużyny ratowniczej, niezaprowiantowanej w lampy elektryczne, i używanie lamp karbidowych w atmosferze gazów, a także karygodne niedbalstwo postawienia sygnalistów w czadach bez respiratorów, były jawnymi przekroczeniami instrukcji górniczej. Odpowiedzialność ponosił przede wszystkim inż. Zbyszewski, mniejszą już Skrebowski, zaś Roguski, który działał wprawdzie ze złym planem, ale na inny dzięki brakowi wykształcenia stać go nie było, a w każdym razie nie był obowiązany do kierownictwa akcją, gdy już na miejscu był Zbyszewski, ponosił najmniejszą odpowiedzialność.
Profesorowie Czeczot i Skoczylas zrzucali winę katastrofy na nieprzewidziane zjawisko elementarne, tj. zmianę wiatrów. Prof. Czeczot nie winił nikogo więcej poza Roguskim, a prof. Skoczylas stwierdził, że Zbyszewski nie może odpowiadać za to, że nie objął kierownictwa, gdyż do niego nie dorósł jako zbyt młody inżynier, który się dobrze jeszcze z kopalnią nie zdążył obeznać, a także nie posiadał wrodzonego nerwu kierowniczego. Co do Skrebowskiego, to nie odpowiadał on dlatego, ponieważ gdyby zabrał się do kierowania akcją, to liczba ofiar mogłaby się jeszcze zwiększyć, a więc dobrze się stało, że wyręczył się Roguskim. Profesorowie Czeczot i Skoczylas powołali się na to, że tzw. przekątnia wiatrów jest zjawiskiem nowym, którego teorię wyjaśnił dopiero prof. Czeczot i to dotychczas nie kategorycznie, a więc z tego powodu i Zbyszewski, i Skrebowski, chociaż ukończyli najwyższe uczelnie górnicze, o niej pojęcia mieć nie mogli i przewidzieć jej nie byli w stanie. Jednakże to właśnie plan Roguskiego, który obaj zaakceptowali, spowodował przez zastosowanie do akcji systemu wręcz przeciwnego do sposobu opowietrzania, owo obrócenie się wiatrów, a to już mogli i powinni byli przewidzieć, od tego kształcili się technicznie, aby stawiać tamy tak i tam, gdzie tego wymagał upadowy sposób opowietrzenia kopalni „Reden”. Zatem albo nie znali sposobu opowietrzenia, albo nie znali elementarnych wiadomości fizyki, których brakiem tłumaczyć im się nie wolno. Ekspertyza inżynierów Swirtuna, Raźniewskiego i Wojewódzkiego, wśród których pierwszy był dyrektorem Huty Bankowej, należącej do tego samego towarzystwa co „Reden”, zrzucała winę nieszczęścia na przyrodę i dodatkowo na nieboszczyka Pronobisa.