Kościół św. Elżbiety we Wrocławiu, jedna z największych świątyń w mieście i historycznie górująca nad nim, doświadczył wielu kataklizmów w ciągu swoich dziejów. Od pożarów i katastrof budowlanych po gradobicia, jego historia obfituje w dramatyczne wydarzenia. Dwa z nich, które miały miejsce w 1975 i 1976 roku, wstrząsnęły mieszkańcami Wrocławia najbardziej, zwłaszcza tragiczny pożar z 9 czerwca 1976 roku, który okazał się największym w powojennej historii miasta.
Historia i Symbolika Wrocławskiej Fary
Rywalizacja i budowa wieży
W średniowieczu kościół św. Elżbiety był świadkiem rywalizacji pomiędzy wrocławskimi mieszczanami a duchownymi z Ostrowa Tumskiego. Bogaci wrocławianie pragnęli, aby ich najważniejszy kościół parafialny był wyższy od katedry, co miało świadczyć o ich potędze i prestiżu. Im wyższa wieża, tym ważniejsza świątynia - ta symbolika, porównywana nawet do biblijnej Wieży Babel, napędzała ambicje mieszkańców.
W połowie XV stulecia wieża kościoła osiągnęła imponującą wysokość 130 metrów, z czego 50 metrów stanowił smukły hełm, będący wybitnym dziełem średniowiecznych cieśli. Bartłomiej Stein, śląski geograf i kronikarz, z satysfakcją pisał w 1512 roku: „Od razu wpada w oczy gmach kościoła św. Elżbiety o dachu z glazurowanych dachówek. Jego wieża jest wyższa od wszystkich innych. Jej zwężający się ku górze szpic zdaje się sięgać nieba”. W tamtym czasie elżbietańska wieża plasowała Wrocław w pierwszej dziesiątce miast europejskich, a nawet światowych, z najwyższymi budynkami. Był to prawdziwy drapacz chmur, którego wysokości dorównały dopiero budowle z XX wieku.
Przejęcie przez ewangelików i upadek hełmu
W 1525 roku katolicki kościół parafialny został przejęty przez ewangelików. Choć krążyła legenda o przegranej świątyni w kości przez mistrza krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą, Erharda Scultetusa, z wrocławskim patrycjuszem Heinrichem Rybischem, najprawdopodobniej była to jedynie skuteczna kampania piarowa. W każdym razie, był to pierwszy kościół we Wrocławiu, który przeszedł w ręce protestantów.
Cztery lata później, 24 lutego 1529 roku, potężny iglicowy hełm runął na cmentarz po południowej stronie kościoła, po wichurze, która szalała całą noc. Zniszczenia były ogromne, ale w katastrofie zginął tylko jeden kot. Zarówno katolicy, jak i ewangelicy interpretowali to wydarzenie na swój sposób: pierwsi jako karę bożą za przejęcie kościoła przez protestantów, drudzy jako widomy znak opieki Boga i interwencję aniołów. Wydarzenie to upamiętnia tablica z płaskorzeźbioną sceną od strony wschodniej wieży, przedstawiająca anioły asekurujące hełm podczas upadku, oraz łaciński napis dziękczynny. Wieża została szybko odbudowana w latach 1531-1535, choć w zmienionej, renesansowej formie, która przetrwała aż do tragicznych wydarzeń XX wieku.

Pożar Wieży w 1975 Roku
Niecały rok przed wielkim pożarem, 20 września 1975 roku, kościół św. Elżbiety już raz stanął w płomieniach. Tuż po godzinie trzeciej nad ranem patrolujący Rynek milicjant powiadomił straż pożarną o ogniu, który pojawił się u podstawy hełmu wieży.
Początek i przebieg akcji
Kiedy strażacy dotarli na miejsce, zaspany stróż tłumaczył, że nie ma kluczy do wieży - zabrali je robotnicy prowadzący naprawy lub znajdują się u proboszcza. Cenne minuty mijały na dobijaniu się do proboszcza, podczas gdy na wysokości 90 metrów pożar szalał coraz mocniej. W końcu drzwi do wieży udało się otworzyć.
Uwięzieni strażacy
W tamtych czasach drabiny strażackie sięgały maksymalnie 30 metrów, co uniemożliwiało gaszenie płomieni z dołu. Ratownicy wbiegli na klatkę schodową, próbując wnieść po krętych, wąskich kamiennych schodach motopompę. W tym samym czasie drewniana konstrukcja renesansowego zwieńczenia wieży zaczęła się zapadać, a elementy hełmu runęły do środka. 12 strażaków zostało uwięzionych w ciasnej klatce schodowej. Akcja gaśnicza szybko zamieniła się w akcję ratowniczą. Dopiero po półtorej godzinie udało się uwolnić zagrożonych strażaków i wyprowadzić ich przez strych kościoła.
Skutki pożaru i kontrowersje wokół przyczyn
Płomienie zniszczyły belki, na których zawieszone były trzy dzwony - dwa z nich runęły w dół, a średni pękł podczas upadku. Zapłonęły drewniane rusztowania oplatające wieżę od kilku lat, a iskry i płonące deski lądowały na dachach sąsiednich domów.
Specjaliści wykluczyli wady instalacji elektrycznej jako przyczynę pożaru. Rozważano hipotezę, że przyczyną mogły być iskry z komina zakładów Intermoda, sąsiadujących z kościołem, gdzie palono poprodukcyjne resztki tkanin. Śledczy uznali jednak, że nie było to źródłem ognia. Tymczasem w mieście krążyły plotki o podpaleniu.
Milicjanci dotarli do trzech chłopców w wieku 14-15 lat, którzy zeznali, że wieczorem poprzedzającym pożar wspięli się po rusztowaniu na taras widokowy, weszli do wnętrza wieży i wypalili papierosy. Twierdzili, że niedopałki pstrykali w stronę ulicy Kiełbaśniczej, a zapałki starannie schowali. Działo się to około godziny 20. Czy zarzewie ognia mogło tlić się przez kilka godzin, prowadząc do pożaru zauważonego o trzeciej w nocy? Postępowanie wobec chłopców zostało umorzone, co utwierdziło wrocławian w podejrzeniach, że jeden z nich był synem ważnej osoby. Straty były ogromne, a pożar wieży był zaledwie preludium do jeszcze większej tragedii.

Kataklizm 9 Czerwca 1976 Roku
Nie minął rok, a jeden z najpiękniejszych kościołów Wrocławia ponownie ogarnęły płomienie. Tym razem był to najgroźniejszy kataklizm, jaki dotknął elżbietańską farę, uznany za największy pożar w dotychczasowych dziejach powojennego Wrocławia.
Początek tragedii
Był pogodny wieczór 9 czerwca 1976 roku. W kościelnej bibliotece trwała próba chóru, skończyło się nabożeństwo, a kościelny wygaszał światła i zamykał drzwi do wnętrza świątyni. Około godziny 20:00 chórzyści, a niemal jednocześnie właścicielka pobliskiego zakładu rzemieślniczego, zauważyli płomienie w oknach kościoła. To ona natychmiast wezwała straż pożarną. Podpułkownik Feliks Kostecki, wracający z pracy służbowym fiatem, widząc łunę zawrócił, mówiąc: „Czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłem.”
Akcja gaśnicza i jej dramatyzm
Pierwsi strażacy zjawili się na miejscu już po trzech minutach od zgłoszenia. Tym razem nie czekali na klucze, lecz szybko wyważyli drzwi, rozpoczynając akcję ratowania ruchomych przedmiotów - obrazów i rzeźb. Inni natychmiast przystąpili do gaszenia płonących organów. W królewskim instrumencie ogień topił piszczałki i wywoływał eksplozje miechów, a nadpalone fragmenty rzeźb spadały na kościelną posadzkę.
Na miejsce przybyły wszystkie jednostki straży pożarnej z Wrocławia, a także posiłki z zakładów pracy, Oleśnicy, Oławy i Trzebnicy. Z płomieniami walczyło blisko 200 strażaków z 21 cywilnych i 9 wojskowych jednostek. Początkowo akcja prowadzona była we wnętrzu, lecz gdy belki dźwigające dach załamały się i na sklepienia nawy głównej oraz naw bocznych zwaliły się tony drewna i dachówek, zespoły gaśnicze przeniosły się na zewnątrz. Podpułkownik Kostecki wspominał: „Wpadłem do kościoła: ogień zajął już całą konstrukcję dachu.”
Bazylika św. Elżbiety kilkanaście lat po pożarze - Retro TVP Wrocław
Rozprzestrzenianie się ognia
Wybuch wyrzucił w powietrze płonące żagwie. Rozżarzone deski spadały na dachy domów wokół Rynku, przenosząc płomienie na budynki przy ulicach św. Mikołaja, Rzeźniczej i Kiełbaśniczej. Niektóre z nich przelatywały nawet na przeciwną stronę placu, aż do budynku poczty. Janusz Szymański, mieszkający na Jatkach, 100 metrów od kościoła, wspominał: „Nie zdążył jeszcze dobrze złożyć mankietów, kiedy okno zasłoniły siwe kłęby. Podszedł bliżej - nie mógł dotknąć metalowych ram, tak były nagrzane. Podwójne szyby rozkleiły się, a rośliny na balkonie - zupełnie zwęgliły. […] Gdyby wiatr wiał w naszą stronę, Jatki, gdzie mieszkam, chyba poszłyby z dymem. Takiego ognia jeszcze nie widziałem.” Pułkownik Ryszard Królicki dodał: „Piany nie można było wyrzucić na taką odległość. Zalewaliśmy ogień, bez większego sensu, bo woda w dużej części spływała na zewnątrz po dachówkach. […] Dachu nie można było ugasić, za wysoko.”
Zaangażowanie służb i mieszkańców
Mieszkańcy kamienic wokół płonącego kościoła wspinali się na dachy z wiadrami wody, wspomagani przez strażaków, broniąc domów przed żywiołem. Trwała ewakuacja dokumentów i wyposażenia z kamieniczek „Jaś” i „Małgosia”. Akcja przebiegała bardzo sprawnie. Miejsce zabezpieczały milicja i wojsko, zamykając pobliskie uliczki i utrzymując mieszkańców w bezpiecznej odległości. Energetycy dla bezpieczeństwa odcięli prąd w trakcjach tramwajowych. Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji wyłączyło wodę w wodociągach miejskich, aby zwiększyć ciśnienie dla ratowników, którzy dodatkowo rozwinęli węże wzdłuż ulic Odrzańskiej i Kiełbaśniczej, pompując wodę z Odry. Tysiące litrów wody zalewały zabytkowe wnętrza, rzeźby i obrazy, wsiąkając w mury i wbrew intencjom strażaków powiększając szkody.
Zakończenie akcji i spekulacje
Ogień wciąż się rozprzestrzeniał - około godziny 22:00 dosięgnął rusztowań wieży, remontowanej po pożarze sprzed kilku miesięcy. Po godzinie 23:00 pożar wreszcie został ustabilizowany, ale dogaszanie spalonego obiektu trwało aż do godziny 4:30 następnego dnia. Po północy oficer dyżurny straży pożarnej stwierdził: „Rzuciliśmy wszystkie siły, cały najnowocześniejszy sprzęt gaśniczy. Nic więcej już nie możemy.”
W tłumie otaczającym miejsce tragedii szybko zaczęły krążyć plotki o podpaleniu. Nie mogło być przecież przypadkiem, że w niecały rok po pożarze wieży, ten sam obiekt ponownie stanął w płomieniach. Pojawiła się opowieść o niemieckiej wycieczce, którą pilnujący obiektu miał wpuścić za 100 marek. Niemcy rzekomo wykradli zabytkowe nuty ze zbiorów na chórze obok organów, a następnie podpalili gmach, aby zatrzeć ślady. Pożar, jak widać, rozpalił również wyobraźnię.

Śledztwo i Kontrowersje wokół Przyczyn Pożaru (1976)
Dwa ogniska pożaru
Pole do snucia domysłów było ogromne, tym bardziej, że strażacy, którzy jako pierwsi wpadli do płonącego wnętrza fary, dostrzegli dwa ogniska pożaru. Z wstępnych oględzin i wypowiedzi świadków wynikało, że „duże zarzewia ognia powstały równocześnie: jedno wewnątrz kościoła w miejscu usytuowania organów; drugie na zewnątrz, w górnych partiach strychu nad nawą główną od strony zachodniej. Źródła pożaru były niezależne od siebie, bo w miejscu, gdzie znajdowały się organy, nie było żadnych otworów, aby pożar mógł przerzucić się na palne części konstrukcji górnych partii kościoła i odwrotnie... Pożar został spowodowany przez podpalenie i nosi znamiona sabotażu.” To oświadczenie, zawarte w notatce podpisanej przez wojskowych inspektorów ochrony przeciwpożarowej, sugerowało celowe działanie.
Oficjalna wersja
Jednak w bardzo krótkim, zaledwie czteromiesięcznym śledztwie, hipotezę o podpaleniu odrzucono. Wykluczono także ewentualne zwarcie w instalacji elektrycznej, stwierdzając, że zabezpieczenia przeciwpożarowe świątyni były w należytym porządku. Ostatecznie, specjaliści z Politechniki Wrocławskiej jako przyczynę pożaru wskazali zatarcie się wirnika silnika w dmuchawie podającej powietrze do organów. Miało to wywołać snop iskier, które padły na pokrytą kurzem flanelową wykładzinę dmuchawy, powodując jej żarzenie, a następnie przeniesienie się ognia na drewniane elementy organów. Według prokuratora, nie było żadnych zaniedbań w konserwacji urządzeń, a żarzenie mogło powstać w końcowej fazie grania na organach przez księdza Michniaka.
Wersja podpalenia
Zwolennicy wersji o podpaleniu przypominali jednak, że silnik, który miał spowodować samozapalenie, przechodził kapitalny remont niespełna pół roku wcześniej, podczas którego wymieniono kanał nawiewu, usunięto zabrudzenia i osuszono całe organy. Podpułkownik Feliks Kostecki stanowczo sprzeciwiał się oficjalnej wersji: „Prokuratura dała mi do podpisania kwit, że pożar powstał od iskry, którą wywołała dmuchawa. Nie zgodziłem się, bo to bzdura, technicznie niemożliwe. […] Jestem przekonany, że ktoś maczał w tym palce. […] Były dwa źródła ognia: organy i dach. Gdyby nawet zapaliło się coś przy organach, to skąd wziął się ogień na dachu? Płomienie z organów nie mogły tam dosięgnąć, jest zbyt wysoko.” Architekt Andrzej Kamiński również uważał, że było to podpalenie. Podpułkownik Kostecki dodawał: „Wszystko wskazuje na mieszankę fosforanu i tlenków metali: błyskawiczne rozprzestrzenianie się pożaru i temperatura. Na cały kościół potrzeba było nie więcej niż pół kilo proszku. Fosfor można dostać w aptekach, o tlenki metali trudniej. Ma je wojsko, można je zeskrobać ze starych bomb lotniczych. Półtorej godziny przed pożarem w kościele była niemiecka wycieczka.”
Z kolei pułkownik Ryszard Królicki, jeden z dowodzących akcją, zaprzeczał wersji o podpaleniu, twierdząc: „Organy były napędzane elektrycznie, pokrywały je warstwy kurzu. Wystarczyło zwarcie i jedna iskra, która mogła błyskawicznie pójść po kurzu. Było tylko jedno źródło ognia, organy.” Mimo to, pułkownik Władysław Bronz, autor książki o kościele, powoływał się na dokumenty z pieczątkami „Tajne” i „Poufne”, potwierdzające istnienie dwóch niezależnych ognisk. Jeden z urzędników MON stwierdził, że „ze względu na niekontrolowany dostęp do wieży, drewniane schody i konstrukcję hełmu wieży nie było trudno w zaplanowany sposób wzniecić tam pożar.”
Brak dokumentacji
Co ciekawe, w kościelnych archiwach nie ma śladu pożaru. Jak tłumaczył proboszcz, ksiądz płk Józef Kubalewski: „Czasy były, jakie były. Księża bali się notować takie wydarzenia.”

Organy Englera - „Głos Śląska”
Historia powstania
Jedną z największych strat w pożarze było zniszczenie barokowych organów, arcydzieła organmistrza Michaela Englera Młodszego, nazywanych „głosem Śląska”. Pochodził on z rodziny, która przez około 200 lat zajmowała się budową organów na Śląsku. Ze względu na zdobyte uznanie, właśnie Michaelowi Englerowi powierzono stworzenie królewskiego instrumentu w elżbietańskiej farze. Budowa giganta trwała 11 lat, a mistrz nie dożył jej zakończenia - prace ukończono kilkanaście miesięcy po jego śmierci. W to ogromne przedsięwzięcie zaangażowani byli nie tylko specjaliści od instrumentu, ale również artyści, którzy sprawili, że wspaniały prospekt organowy cieszył zarówno ucho, jak i oko.
Opis instrumentu
Bogato rzeźbiony, polichromowany i obficie złocony instrument zachwycał wspaniałymi rzeźbami Johanna Albrechta Siegwitza, którego prace można podziwiać również we wrocławskim kościele uniwersyteckim. Wystrój prospektu obejmował postaci proroków starotestamentowych, personifikacje Harmonii i Dysonansu oraz całą anielską orkiestrę. W XVIII-wiecznych organach, największych i najpiękniejszych na Śląsku, mówiono, że dawały muzykę kosmiczną, przytłaczającą w gotyckim kościele.
Ostatni akord
Ten wspaniały instrument zagrał ostatni raz podczas pożaru. Ponoć płomienie wdmuchnęły gorące powietrze jednocześnie do wszystkich 3077 piszczałek, a król instrumentów wydał swoje ostatnie tchnienie. Kiedy ogień trawił już chór organowy, w pewnym momencie wszystkie piszczałki zagrały naraz.

Odbudowa i Przyszłość Kościoła
Lata powojenne i remont
Po tragedii w 1976 roku potężna budowla przez całe lata stała bez dachu, ogrodzona i prowizorycznie zabezpieczona. Nie było pewności, czy sklepienie nie runie. Remont kościoła trwał przez całe lata osiemdziesiąte. Użyto nowoczesnych materiałów: hełm na wieży ma dziś konstrukcję żelbetową, a drewnianą więźbę dachową zastąpiła stalowa kratownica. Dach pokryto kolorową glazurowaną dachówką typu „mnich-mniszka”, specjalnym rodzajem stosowanym w średniowieczu. Zaraz po pożarze usunięto rumowisko, a obrazy, świeczniki, żyrandole, ławy, epitafia i krucyfiksy trafiły na czas remontu do składnic muzealnych. Jak wspominała Katarzyna Hawrylak-Brzezowska, miejski konserwator zabytków: „Sama pakowałam je na samochody. […] To wspaniały, mroczny gotycki kościół z bardzo bogatym barokowym wyposażeniem. Było w nim mnóstwo cennych eksponatów, które musieliśmy zabezpieczyć. Obrazy, epitafia - ze wszystkiego spływała woda.”
Prace ślimaczyły się przez długi czas, a NIK dwukrotnie sprawdzał, dlaczego remont trwa tak długo i czy nie marnuje się pieniędzy. Początkowo trwały przepychanki, kto ma płacić za remont: Ministerstwo Kultury, miasto czy wojsko. Pułkownik Władysław Bronz podkreślał, że wojsko nie miało środków. Pieniądze zaczęły płynąć cienkim strumyczkiem po kilku latach. Finansowy strumyk poszerzył się, kiedy w 1990 roku powstał Ordynariat Polowy Wojska Polskiego, a biskup generał Leszek Sławoj Głódź wysupłał fundusze, które zamieniły się w prawdziwą rzekę przed Kongresem Eucharystycznym w 1997 roku. Andrzej Kamiński, główny projektant odbudowy, zaznaczył: „Ani miasto, ani Ministerstwo Kultury, ani Kościół nie chciały się angażować w odbudowę. To wojsko wzięło na siebie lwią część kosztów.” Pułkownik Władysław Bronz jest również jednym z założycieli Stowarzyszenia Odbudowy Kościoła Garnizonowego „Wieża”, które zrzesza wojskowych, historyków, księdza i konserwatorów zabytków, spotykających się co miesiąc.

Konsekracja i tytuł bazyliki
31 maja 1997 roku, podczas wizyty we Wrocławiu, papież Jan Paweł II poświęcił świątynię, a sześć lat później nadał jej rangę bazyliki mniejszej. To wydarzenie upamiętnia witraż z papieskim wizerunkiem w południowym oknie kościoła.
Wyzwania i bieżący stan
Kościół wciąż wydaje się przetrzebiony: wiele wywiezionych eksponatów nie wróciło jeszcze z muzealnych składnic. Jak mówi miejski konserwator zabytków, Katarzyna Hawrylak-Brzezowska: „Nie możemy ich wstawić, bo kościół nie ma przyzwoitego zabezpieczenia antywłamaniowego, nawet skarbonki są okradane. Pieniędzy brakuje także na dokończenie remontu, na ogrzewanie i na... całkowite zabezpieczenie przeciwpożarowe. Potrzebne są miliardy. Konserwacja jednego tylko epitafium kosztowała 20 tysięcy złotych. To jest studnia bez dna, stale coś trzeba tam robić.” Ostatnio na jednej ze ścian zaczął się dziwny proces: „coś się wysala i na tynku pojawia się kożuszek. Może to ślad po pożarze? Ogień się wypalił i już, a woda nasączyła mury i działa jak bomba z opóźnionym zapłonem.” Na szczęście podjęto decyzję o renowacji barokowego arcydzieła, konserwatorzy i organmistrzowie zapewniają, że organy zagrają ponownie.
Lekcje na przyszłość
„Uczestniczyłem w wielu pożarach, ale jak zobaczyłem tę płonącą nawę, a potem popatrzyłem na nasz sprzęt, poczułem się bezradny jak nigdy” - wspominał płk Ryszard Królicki. Pułkownik Michał Kurzątkowski, jeden z uczestników akcji, który w latach 80. kierował ogólnopolską grupą ratowników w Armenii, stwierdził, że pożar św. Elżbiety plasuje się zaraz za tamtymi doświadczeniami pod względem trudności. „We Wrocławiu nie brakuje starych, wielkich kościołów. Co będzie, jeśli dziś wybuchnie pożar?” - zastanawiał się płk Królicki. „Lepiej dmuchać na zimne: montować najlepsze zabezpieczenia, sprawdzać instalacje. Bo jak już się zapali... Wie pani, że na całym świecie nikt jeszcze nie ugasił płonącego kościoła? Za duże budowle, za dużo w nich drewna.”
Kościół św. Elżbiety płonął dwukrotnie w ciągu niespełna roku. Najpierw, w 1975 r., ogień zniszczył wieżę, a 9 czerwca 1976 r. - całą świątynię. Wrocławianie mogą jednak mówić o wielkim szczęściu, ponieważ gdyby wiał silny wiatr, pożar mógłby pochłonąć również sąsiednie kamienice. Żar był tak intensywny, że gorące powietrze odginało strumienie wody z sikawek, a budynki wokół świątyni były poważnie zagrożone.