Pożary stanowią jedno z najbardziej dewastujących zagrożeń dla gospodarstw rolnych i zakładów przetwórstwa rolnego. Niosą za sobą ogromne straty materialne, często niszcząc dorobek całego życia rolników, a także prowadząc do śmierci zwierząt. Poniżej przedstawiamy analizę kilku tragicznych zdarzeń, które dotknęły polski sektor rolny, ukazując skalę problemu, wyzwania związane z odbudową oraz niezwykłą solidarność społeczności lokalnych.
Pożar w Zakładzie Agro-Danmis w Bukowcu
Historia i profil firmy Agro-Danmis
Zakład mleczarski w Bukowcu (powiat Chodzież) w Wielkopolsce należy do firmy specjalizującej się w produkcji asortymentu koziego. Firma jest najbardziej rozpoznawalnym dostawcą produktów z mleka koziego w Polsce i posiada na rynku polskim bardzo silną pozycję.
Historia zakładu Agro Technik w Bukowcu sięga 1995 roku. Z czasem spółka została przekształcona w Agro Danmis. Wraz ze wzrostem popytu na produkty z mleka koziego rozszerzano produkcję. W czerwcu 2006 roku, dzięki pomocy finansowej z programu SAPARD, początkowa przetwórnia uległa modernizacji oraz rozbudowie. Budowa nowego zakładu mleczarni trwała 2 lata. Zespół DANMIS pozostaje wierny firmie i jest zaangażowany od lat. W 2011 roku firma jako druga w Polsce zakupiła maszynę do ultrafiltracji, która ułatwia produkcję bez zagęstników. Przeprowadzono również modernizację linii rozlewu mleka w kartoniki.
Rok 2018 był rokiem pracy nad nowościami produktowymi i udoskonalaniem produktów istniejących. Firma wprowadzała również nowe logo, które lepiej oddaje wartości firmy: naturalność, czystość, lekkość, ale i przywiązanie do tradycji.

Przebieg pożaru i akcja gaśnicza
4 lipca 2017 roku na terenie firmy Agro-Danmis w Bukowcu wybuchł pożar, przed godziną dziesiątą rano. W pierwszym rzucie do akcji zadysponowano 5 zastępów gaśniczych oraz grupę operacyjną z KP PSP w Chodzieży. Był to jednak dopiero początek bardzo długiej akcji.
Po przybyciu na miejsce zdarzenia pierwszych zastępów straży pożarnej okazało się, że z otworów wentylacyjnych pomieszczenia technicznego zlokalizowanego na drugiej kondygnacji oraz spod dachu budynku mleczarni wydobywają się gęste kłęby dymu. Na miejscu obecny był kierownik zakładu, który poinformował, że nikt nie ucierpiał, a wszyscy pracownicy (19 osób) opuścili zakład i znajdowali się w bezpiecznym miejscu. Z informacji od pracowników wynikało, że pożar powstał w rozdzielni energetycznej, gdzie znajdowały się transformatory. Poprzez SK poproszono dyżurnego pogotowia energetycznego o zdalne wyłączenie prądu w obiekcie oraz w przyległej linii napowietrznej.
Działania straży pożarnej w pierwszej kolejności polegały na zabezpieczeniu miejsca zdarzenia, sprawdzeniu detektorem odłączenia prądu, a następnie próbie szybkiego dotarcia do źródła pożaru. Ze względu na bardzo wysoką temperaturę panującą w pomieszczeniach, strażacy początkowo zmuszeni byli wycofać się z uwagi na brak otworów okiennych. Ogień szybko zaczął się rozprzestrzeniać i języki ognia wydobywały się na pokrycie dachowe. W związku z tym podano dwa prądy gaśnicze piany ciężkiej w natarciu przez otwory wentylacyjne do pomieszczenia objętego pożarem oraz na palący się dach.

Z uwagi na bardzo silny wiatr oraz wysoką temperaturę, pożar szybko rozprzestrzeniał się na pozostałe pomieszczenia mleczarni. Zadysponowano kolejne siły i środki straży pożarnej, a działania skupiły się głównie na obronie pozostałej części zakładu. Podano kolejne prądy wody i piany gaśniczej w natarciu oraz obronie (od zewnątrz oraz od wewnątrz, pracując w sprzęcie OUO), skupiając się głównie na wykonywaniu otworów w połaci dachowej w celu ugaszenia lub zatrzymania rozprzestrzeniającego się pożaru w poszyciu dachowym. Dodatkowymi zagrożeniami i utrudnieniem był gęsty, toksyczny dym, zwarta zabudowa budynków mleczarni oraz skomplikowany układ pomieszczeń wewnątrz obiektu. W gaszeniu pożaru uczestniczyło łącznie ponad 20 zastępów PSP i OSP.
Po dojeździe kolejnych jednostek ochrony przeciwpożarowej, w tym Grupy Operacyjnej z Komendy Wojewódzkiej PSP Poznań oraz dwóch dodatkowych podnośników hydraulicznych z Obornik i Wągrowca, pożar udało się zatrzymać i rozpoczęło się długotrwałe dogaszanie. Z uwagi na bardzo duże zapotrzebowanie na sprzęt ochrony dróg oddechowych dla strażaków, na miejsce akcji zadysponowano specjalistyczny kontener OUO z KM PSP Poznań. Równolegle z działaniami dogaszania prowadzono ewakuację mienia wspólnie z pracownikami zakładu. Dodatkową wodę do picia dla strażaków dostarczył właściciel mleczarni, a ciepłe posiłki i napoje - wójt gminy Budzyń.
Skala strat i działania po pożarze
Pożar został sklasyfikowany jako bardzo duży. Według doniesień lokalnych mediów spłonęło około 1000 metrów dachu. Nie było ofiar ani poszkodowanych, ale straty były znaczne. W jego wyniku spaleniu i zniszczeniu uległy: hala produkcyjna, hala konfekcjonowania, hala opakowań, hala odbioru i pasteryzacji, urządzenia mleczarni, magazyny: opakowań i dodatków, opakowań zbiorczych, urządzenia i maszyny linii technologicznych. Pożar był dotkliwy tym bardziej, że liczący sobie 11 lat zakład uzyskał dofinansowanie z PROW i wyposażył zakład w nowe technologie. Teraz trwa szacowanie strat i sprawdzanie ocalałego, ale zalanego sprzętu.

Z uwagi na wagę wydarzenia, prowadzone były działania prokuratorskie. Na miejscu zdarzenia działały również inne służby i podmioty: prokurator, policja, pogotowie energetyczne, wójt gminy Budzyń.
Wsparcie i plany odbudowy
Z informacji uzyskanych po pożarze wynikało, że ocalała część produkująca wyroby ultrafiltracyjne oraz magazyn produktów gotowych. Dzięki temu mleczarnia mogła prowadzić dalej działalność produkcyjną i handlową. Część produkcji musiała być jednak przeniesiona do innych zakładów. Chęć pomocy zadeklarowały już mleczarnie w Gostyniu i Czarnkowie. Szczególnie istotna była deklaracja z Gostynia, zważywszy na kompatybilność linii technologicznych.
Grenfell: Prawda o pożarze (Zwiastun) | Zwiastun po polsku | Netflix
Pożar w Gospodarstwie Rolnym w Kamieńczyku
Tragedia w Kamieńczyku: pożar gospodarstwa Mariusza Przewoźnika
W poniedziałek 7 czerwca 2021 roku, tuż po godzinie 15.00, w gospodarstwie w Kamieńczyku pod Sokołowem Podlaskim (woj. mazowieckie) wybuchł pożar. Mariusz Przewoźnik, który razem z żoną i bratową prowadzi gospodarstwo, opowiada: „Straciliśmy niemal wszystko, na co pracowaliśmy całe życie”. W momencie, kiedy wybuchł pożar, rolnik razem z synem i córką bratowej pracował w oborze. Ogień bardzo szybko się rozprzestrzeniał i objął całą stodołę, w której przechowywano zboże i słomę.
Mariusz, jak tylko zauważył pożar, próbował ratować, co się da. Udało mu się wyprowadzić z wiaty ciągnik wraz z belarką, ale już nie był w stanie ewakuować krów. Dopiero strażacy, którzy przybyli na miejsce pożaru, rozpoczęli akcję ratunkową zwierząt. Zdołali wyprowadzić 11 sztuk bydła, ale kolejne osiem, w tym cielęta, byki i jałówki, nie przeżyło tragicznego pożaru. W pożarze spłonęły żywcem także króliki, które żyły w klatkach tuż obok obory. Ogień strawił również wiatę wraz z maszynami rolniczymi, które były tam przechowywane.

Skutki pożaru i potrzeby rodziny
W akcji ratunkowej brało udział łącznie aż 12 jednostek straży pożarnej, w tym JRG Sokołów Podlaski oraz jednostki OSP z gminy Sterdyń. Na szczęście w pożarze nie ucierpiał żaden z domowników, a płomienie nie zaatakowały domu rolników. Jednakże Mariusz przyznaje: „Nie wiem, czy się nie poddać i nic nie odbudowywać, może szukać pracy na etacie. Nie wiem, co mam robić.” Rolnicy wciąż czekają na wizytę rzeczoznawcy, ale już na pierwszy rzut oka widać, że szkody są ogromne.
Mariusz i jego rodzina mają na utrzymaniu siedmioro dzieci - czworo Mariusza i Agnieszki oraz troje bratowej, która przed 2 laty straciła męża. Dzieci również zostały dotknięte osobiście pożarem. Rodzina Przewoźników potrzebuje teraz wszelkiej pomocy, przede wszystkim pieniędzy, ponieważ stracili niemal cały swój majątek.
Solidarność lokalnej społeczności
Lokalna społeczność natychmiast ruszyła z pomocą. Część bel sianokiszonki na szczęście w trakcie pożaru była na polu i została zwieziona. Resztę przywozili ludzie i cały czas przywożą. Rolnicy z pobliskiej miejscowości Krzemień zaoferowali, że zdobędą drewno na krokwie na dach obory czy stodoły. Sołtys wsi Samolubie, Dariusz Gromuł, wystosował apel o pomoc poszkodowanej rodzinie, który zamieścił m.in. w mediach społecznościowych, wraz z informacjami dotyczącymi zbiórki funduszy na pomoc pogorzelcom zorganizowanej przez fundację „Opiekun”. Istniała również druga zbiórka, zainicjowana przez Dariusza Gromuła i zorganizowana przez Katarzynę Urbańską, która trwała znacznie dłużej. Obie zbiórki były bezprowizyjne, a zebrane środki w całości trafiły do poszkodowanych.
Pożar w Gospodarstwie Mateusza Zawady w Krekolach
Opis zdarzenia i straty
W nocy z 3 na 4 czerwca, młody hodowca Mateusz Zawada, w wyniku pożaru stracił warsztat pracy, jakim była obora. Obora, która spłonęła, miała wymiary 50x12 m, a przebywało w niej ponad 50 sztuk bydła, w tym 33 krowy. Ogień pochłonął także 7 jałówek, dojarkę przewodową, schładzalnik mleka, ładowarkę przegubową, śrutownik, paszę treściwą oraz instalację fotowoltaiczną zamontowaną na dachu obory. Całość strat oszacowano na 700 tys. zł.
Mateusz Zawada gospodaruje na 20 ha własnych i 30 ha dzierżawy we wsi Krekole (pow. lidzbarski). Uprawia kukurydzę i użytki zielone. Utrzymuje 50 sztuk bydła, w tym 33 krowy. Mleko dostarcza do SM Mlekpol Grajewo - oddział w Mrągowie w ilości 1300-1500 l na odbiór.

Przebieg akcji ratunkowej
Mateusz Zawada wspomina: „Pożar najprawdopodobniej rozpoczął się o 23:30, a nas około północy obudziła sąsiadka. Gdy wyszedłem na podwórko, cały budynek stał w ogniu. Byłem w szoku, ale próbowałem ratować to, co się dało.” Część bydła sama zdołała uciec z obory, a część po otwarciu drzwi i bramek. Rolnik zaznacza: „To cud, że uratowały się wszystkie krowy i większość jałówek. Gdybyśmy nie zmienili systemu z uwięziowego na wolnostanowiskowy, to nie byłoby szans na uratowanie bydła.” Następnie Mateusz jak najszybciej przeparkował ciągniki stojące w pobliżu obory. Chciał też ratować ładowarkę, ale było już za późno. Obawiano się również o zbiornik na paliwo znajdujący się w pobliżu obory, ale nic mu się nie stało. Ogień rozprzestrzeniał się momentalnie. Gdy strażacy przybyli na miejsce, dach był całkowicie spalony i częściowo zapadł się do środka.
Jak podają strażacy, 4 czerwca br. o godzinie 00:24 dyżurny stanowiska kierowania Komendanta Powiatowego PSP w Lidzbarku Warmińskim otrzymał zgłoszenie o pożarze obory w miejscowości Krekole w gminie Kiwity. Do zdarzenia zadysponowano dwa zastępy z lidzbarskiej jednostki ratowniczo-gaśniczej wraz z jednostkami ochrony przeciwpożarowej z Kiwit, Żegot oraz Rogóża. Działania strażaków polegały przede wszystkim na zabezpieczeniu miejsca zdarzenia oraz jego oświetleniu, podaniu 4 prądów wody w natarciu na palący się obiekt, zapewnieniu ciągłości podawania środka gaśniczego zasilając się z naturalnych zbiorników zewnętrznych oraz rozbiórki elementów konstrukcyjnych budynku stwarzających zagrożenie. Po ponad 6 godzinnych działaniach, w których brało udział 25 strażaków, udało się uratować m.in. większość bydła.
Grenfell: Prawda o pożarze (Zwiastun) | Zwiastun po polsku | Netflix
Wyzwania finansowe i społeczne wsparcie
To ogromne nieszczęście stawiło w niezwykle trudnej sytuacji Mateusza Zawadę wraz z partnerką Wiolettą i ich czwórką dzieci: 11-letnią Leną, 4-letnią Laurą, 2-letnim Igorem i najmłodszą, zaledwie półroczną Lilianną.
Niestety, ubezpieczony był sam budynek inwentarski, bez wyposażenia, maszyn i fotowoltaiki. Instalacja fotowoltaiczna o mocy 15 kW była najnowszą inwestycją rolników oddaną do użytku w marcu br. Mateusz Zawada stwierdza: „Z fotowoltaiki, która kosztowała nas 72 tys. zł, korzystaliśmy zaledwie 3 miesiące. Niby miała być gwarancja w wypadku pożaru od pioruna itp., a jak się spaliło, to nic nam nie przysługuje. Bank po prostu nie ubezpieczył kredytu i zostaliśmy z niczym.” Firma, która założyła instalację, zaoferowała jedynie możliwość założenia drugiej, co wiązałoby się ze spłacaniem podwójnego kredytu. W przeciwnym razie rolnicy i tak musieli spłacać pierwszy kredyt za instalację, której nie ma, a prąd musieli ponownie kupować. Póki co przyczyna pożaru nie jest znana, ale raczej nie była to instalacja fotowoltaiczna, gdyż pożar pojawiłby się w dzień, a nie w nocy.
Uratowane bydło, prawie 90% stada, wymagało natychmiastowego schronienia i możliwości doju. Poszkodowani hodowcy zadawali sobie pytania: „Gdzie je utrzymywać? Jak przeprowadzić dój?”.
W obliczu tej tragedii, społeczność lokalna wykazała się niezwykłą pomocą i życzliwością. Jerzy Winiarek, dowiedziawszy się o nieszczęściu, od razu zaproponował, aby Mateusz Zawada przeniósł swoje krowy do jego starszej obory, która stała niemal pusta po zasiedleniu nowego obiektu. Mateusz Zawada dziękuje: „Spotkaliśmy się z dużą pomocą i życzliwością okolicznych rolników, którzy własnymi maszynami pomagają dowieźć kiszonkę i inne pasze. Użyczenie obory przez Jerzego Winiarka umożliwiło nam dalszą produkcję mleka. Nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby nie ta pomoc, za co bardzo dziękujemy.”
Sołtys wsi Samolubie, Dariusz Gromuł, zainicjował zbiórkę funduszy na pomoc pogorzelcom, zorganizowaną przez fundację „Opiekun” oraz drugą, dłuższą zbiórkę zorganizowaną przez Katarzynę Urbańską. Obie zbiórki były bezprowizyjne, a zebrane środki w całości trafiły do poszkodowanych.