Amerykańscy strażacy w walce z żywiołem w regionach granicznych z Meksykiem

Walka z pożarami lasów w Stanach Zjednoczonych, szczególnie w stanach graniczących z Meksykiem takich jak Arizona i Kalifornia, to nieustanne wyzwanie dla amerykańskich strażaków. W obliczu rosnących temperatur, długotrwałych susz i zmieniających się warunków klimatycznych, ogień staje się coraz bardziej nieprzewidywalnym i niszczycielskim żywiołem. W akcjach gaśniczych biorą udział zarówno lokalne służby, jak i elitarne, wyspecjalizowane jednostki, a w niektórych przypadkach również wsparcie z Meksyku.

Thematic photo of American firefighters battling a large wildland fire in a dry, mountainous region

Elitarne jednostki strażackie w USA

Wśród wielu załóg strażackich, jednymi z najlepszych są załogi Hotshots. To specjalne, dwudziestoosobowe grupy strażaków, specjalizujące się w gaszeniu pożarów lasów i na bezdrożach (wildland fires). Ich zadaniem jest dotarcie na front pożaru drogą lądową lub przez desant z helikoptera, a następnie wykonanie pasa przeciwpożarowego - przecinka w drzewostanie, usunięcie traw, krzewów, pozbawienie wszelkiego palnego paliwa, czyli stworzenie bariery dla pożaru.

Ich ważący około 20 kg ekwipunek nie zawiera wody do gaszenia, lecz specjalne motyki, kilofy, łopaty i siekiery, którymi usuwają materiał palny z ziemi, a także pilarki do drewna wraz z osprzętem i paliwem. Ci strażacy maszerują z ważącymi po 20-30 kilogramów plecakami wiele kilometrów, aby wykonać swoją misję.

Obecnie jest około 110 takich ekip na terenie USA, większość zatrudnionych przez Służbę Leśną (US Forest Service). Drużyny takie jak Hotshots i Smokejumpers (inny elitarny oddział, który przemieszcza się samolotem i skacze ze spadochronem w pobliże pożaru) były odpowiedzią na konkretne potrzeby. Liczne wielkopowierzchniowe pożary lasów angażowały zbyt duże siły lokalnych departamentów straży pożarnej, które musiały przecież reagować na typowe wezwania, jak wypadki, zdarzenia medyczne i pożary budynków.

W najbardziej niebezpieczne miejsca, by operować w bezpośredniej bliskości frontu pożaru, mogą być rzucane tylko certyfikowane jednostki. Takie grupy muszą być gotowe do przemieszczania się wiele mil między odcinkami bojowymi, a także do prowadzenia kilkudniowych działań, z nocowaniem w lesie włącznie.

Infographic showing the equipment of a Hotshot firefighter

Tragedia na wzgórzach Yarnell: poświęcenie Granite Mountain Hotshots

30 czerwca 2013 roku zapisał się jako jeden z najtragiczniejszych dni w historii amerykańskich służb pożarniczych od czasu zamachów z 11 września 2001 roku. Podczas gaszenia pożaru lasów w okolicach Yarnell w Arizonie śmierć poniosło dziewiętnastu z dwudziestu członków elitarnej strażackiej załogi Granite Mountain Hotshots.

Historia i szkolenie elitarnej jednostki

Ekipa Granite Mountain z Prescott była uznawana za jedną z najlepszych. Grupa została założona w 2002 roku jako podstawowa jednostka leśna (Handcrew Type III). Dwa lata później byli już ekipą pomocniczą (Type II). W 2008 roku, po 4 latach intensywnych treningów i działań gaśniczych na poziomie podstawowym, ekipa z Prescott uzyskała najwyższą certyfikację i tytuł Hotshotsów.

Zespół tworzyli zarówno strażacy doświadczeni, jak i nowicjusze - tylko sześciu z nich było zawodowymi strażakami, resztę stanowili pracownicy zatrudniani sezonowo (jak większość tego typu strażaków-leśników w kraju). Tym, co ich wyróżniało, był hart ducha i ciała. Najstarszym z nich (43 lata) był kierownik i założyciel zespołu Eric Marsh. Człowiek ambitny, o trudnej przeszłości, który w całości poświęcił się swojej jednostce i sprawie. Rekrutował ludzi o silnym charakterze, szkolił, nieustannie ćwiczył i dbał o wytrzymałość fizyczną.

Wiosną 2013 roku Eric Marsh wygłosił manifest do mieszkańców o pracy swojego zespołu: „Dlaczego chcemy być tak bardzo poza domem, pracować wiele godzin, ryzykować życie i spać na gołej ziemi przez 100 nocy w roku? Po prostu jest to najbardziej satysfakcjonująca rzecz, którą kiedykolwiek robiliśmy w życiu”.

Rozwój pożaru Yarnell Hill Fire

Lato 2013 roku nie oszczędzało mieszkańców Arizony. Temperatura powietrza w ciągu dnia sięgała 40°C. Długotrwała susza i piekące słońce przygotowały mnóstwo wyschniętego, organicznego paliwa, wyciskając wilgoć z drzew, krzaków i gałęzi. Co gorsza, materiał ten gromadził się od prawie 45 lat, kiedy wystąpił tu ostatni wielki pożar. Rokrocznie strażacy obserwowali też, jak wydłuża się sezon pożarowy - susza zaczynała się wcześniej i była coraz bardziej uciążliwa. Okolice nawiedzały często letnie burze z piorunami i to właśnie jedna z nich była przyczyną pożaru.

W piątek 28 czerwca około 17:40 piorun uderzył w szczyt wzgórza w pobliżu Yarnell, małego pogórniczego miasteczka na południowy zachód od Prescott. Gdy pierwsze zgłoszenie o słupie dymu dotarło do władz, wysłano samolot zwiadowczy w celu potwierdzenia zdarzenia. Pilot zauważył jednak wytwarzający niewielkie ilości dymu, dopalający się pożar o powierzchni mniejszej niż pół hektara. Z uwagi na niedostępność terenu, niewielkie rozmiary, brak obiektów zagrożonych i nadchodzącą noc odstąpiono od działań.

Nad ranem następnego dnia ogień obejmował już prawie hektar. Dowodzący ze służby leśnej opracowywali plan natarcia na pożar - szybko wysłali załogi strażaków z okolicznych miejscowości oraz małe samoloty gaśnicze. Ogień zajmował wysuszone tereny pełne organicznego paliwa i szybko rozrósł się do powierzchni 40 ha. Władze zdecydowały się wysłać duże samoloty gaśnicze i zmobilizować kolejne zespoły. Dokonano również serii zrzutów wody ze środkiem inhibicyjnym (retardant drop) w celu odgrodzenia pożaru od miasta.

Ponadto ustalono trzy punkty krytyczne: jeśli ogień osiągnie pierwszy punkt - należy ewakuować Yarnell; drugi - wszystkie ekipy strażackie ze wzgórza; trzeci (najgorszy wariant) - ogień strawi Yarnell i konieczne będzie wycofanie wszystkich sił również stamtąd. Lokalna policja przygotowywała mieszkańców do ewakuacji, ale działania gaśnicze szły dobrze i ogień został opanowany. Do czasu. Popołudniu, około 16:00, wzmógł się wiatr. Ogień przeskoczył przez linie obrony i zaczął się gwałtownie rozszerzać, podpalając kolejne powierzchnie. W okolicach miejscowości Yarnell ogień strawił około 2500 hektarów.

Ostatnia misja Granite Mountain Hotshots

Załoga Granite Mountain dotarła na miejsce 30 czerwca o 8:00 z zadaniem przygotowania tzw. punktu zakotwiczenia na wzgórzu po południowo-zachodniej stronie pożaru i wykonania pasa bezpieczeństwa na wschód. Ekipa wystawiła osobę, która miała monitorować pogodę i zachowanie pożaru, a w razie niebezpieczeństwa ostrzec pracujące zespoły. Jako obserwatora wyznaczono Brendona McDonougha - najmłodszego członka zespołu, a jako punkt skałę około kilometra na wschód od ich pozycji.

W tym czasie ogień rozprzestrzeniał się głównie na północny wschód, zagrażając miejscowościom Model Creek i Peeples Valley. Załoga miała ustalone ścieżki ewakuacyjne, a także dwie strefy bezpieczne - jedną na ranczu Boulder Springs (wokoło tego miejsca wykarczowano zawczasu wszystkie drzewa i trawę). Drugą zaś stanowił obszar na zachodnim wzgórzu, gdzie pożar już się wcześniej wypalił.

New videos show chaos around Yarnell Hill Fire deaths

Około 15:50 warunki metrologiczne gwałtownie się pogorszyły. Nad las naciągnęła silna burza - wiatr znacznie wezbrał na sile i zmienił kierunek na południowy wschód - prosto na Yarnell. Pożar szybko osiągnął pierwszy punkt krytyczny. Większość sił wycofywano już do ochrony miast. Jedynie Granite Mountain zostali na swojej pozycji. McDonough zameldował gwałtowną zmianę i konieczność swojej ewakuacji - ogień w szybkim tempie zmierzał w jego stronę. Nie było mowy, żeby dołączył do zespołu. Brendan uciekał pieszo w kierunku miasta. Szczęśliwie dla niego został znaleziony przez kierownika innego zespołu Hotshots, który nasłuchiwał korespondencji i wyruszył mu samochodem na ratunek. Wraz ze swoją grupą Blue Ridge Hotshots chciał jeszcze dotrzeć samochodami do zespołu Marsha, ale warunki pożarowe zmusiły ich do odwrotu do miasta.

Pierwotnym zadaniem Granite Mountain było przeciągnięcie pasa bezpieczeństwa od zachodu. Gdy pożar zmienił kierunek i obszedł ich pozycję, nie miało to już sensu. Byli też obecnie jedyną ekipą pracującą w pobliżu frontu. O 15:55 jeden z członków załogi GM wysłał wiadomość do rodziny: „Ogień kieruje się w stronę Yarnell!”.

Krótko po tym, jak kierownik Blue Ridge zabrał McDonougha, Marsh zgłosił przez radio do dowodzącego służby leśnej: „... zamierzamy dotrzeć do naszej ścieżki ewakuacyjnej”. W odpowiedzi usłyszał: „Jesteście na czarnym, tak?”, „Tak… przedzieramy się przez czarne. Idziemy prosto do rancza”. Dowodzący dopytywał, starał się upewnić, gdzie dokładnie są. Później Marsh jeszcze potwierdził: „Schodzimy ścieżką ewakuacyjną do strefy bezpiecznej”. „Czy wszystko dobrze?”.

Około 16:20 dotarli do miejsca, gdzie zaczynał się kanion. Od tego momentu kolejne decyzje GM miały kluczowe znaczenie. Mogli pozostać w bezpiecznej strefie na wzgórzu, wycofać się do autostrady na południowym zachodzie albo wędrować na północ na czarne. Z pewnością jednak zobaczyli skrót prowadzący do rancza przez kanion, bo ostatecznie zdecydowali się zejść nim w jego kierunku. Ścieżkę otaczały wysokie skaliste ściany porośnięte krzakami.

Po około 10 minutach schodzenia doszło do kolejnej gwałtownej zmiany pogody. Nadchodząca od północy burza wywołała silne podmuchy wiatru, do 80 km/h, które spotęgowały rozwój pożaru i raptownie pchnęły masy powietrza na południe. Wysokość płomieni podwoiła się, prędkość rozprzestrzeniania na froncie potroiła. Ogień sięgnął trzeciego punktu krytycznego. Kolejne 10 minut później pożar pochłaniał budynki wspólnoty religijnej Glean Ilah i docierał do bezpiecznej strefy na ranczu.

Ludzie z załogi Marsha zorientowali się, że są w pułapce. Zza północnego zbocza kanionu i przed nimi zaczął wydobywać się gęsty dym przesuwający się w ich kierunku. Chwilę później z tych samych miejsc wyłoniły się płomienie, a silny wiatr spychał je w dół wąwozu, podpalając wszystko na swej drodze. Nie mając żadnej drogi ucieczki, Marsh wydał rozkaz przygotowania się do rozłożenia osłon przeciwogniowych (fire shelters).

Około 16:40 nadał swój ostatni dramatyczny komunikat radiowy do jednostek powietrznych: „Uwaga Arizona 16, tu Granite Mountain Hotshots, jesteśmy przed frontem pożaru”. A później: „Nasza ścieżka ewakuacyjna została odcięta”. W trakcie nadawania komunikatu w tle słychać było pracujące pilarki. Załoga w ciągu kilkudziesięciu sekund musiała wykonać to, co ćwiczyli przez lata: oczyścić teren z palnych materiałów, odrzucić daleko plecaki, piły, zbiorniki z paliwem - wszystko, co może się przy nich zapalić, a następnie schować się pod niepalnymi płachtami.

Mając przed sobą płomienie o temperaturze 1000°C, wysokości kilkunastu metrów i na prawie kilometr wysoką kolumnę dymu, do końca trzymali się razem, rozkładając osłony - ich ostatnią deskę ratunku. To ostatnia deska ratunku, gdy sytuacja jest absolutnie najgorsza z możliwych. I tylko w określonych warunkach szansa przeżycia w takim namiocie to tylko 50 proc.

Kierownicy załóg nawoływali Marsha i jego ludzi przez radio. Na próżno. Piloci samolotów próbowali zrobić zrzut wody na ich pozycję, ale nie udało się to z powodu gęstego dymu i słabej widoczności. Do odnalezienia zaginionych Hotshotsów została wyznaczona załoga helikoptera z medykiem na pokładzie. Gdy front pożaru przesunął się dalej na południe, załodze udało się dostrzec to miejsce. Ratownik zastał kompletnie wypalony wąwóz, spalony porozrzucany sprzęt i kilkanaście zniszczonych osłon przeciwogniowych. Śmierć 19 strażaków to największa taka tragedia w USA od 1933 roku, kiedy to w pożarze lasów w Kalifornii zginęło 25 strażaków.

W akcji gaszenia pożaru na wzgórzach przy Yarnell brało udział ponad 400 strażaków. W jego wyniku spłonęło ponad 200 domów w kilku miejscowościach i szacunkowo 3400 ha lasów. Łącznie ewakuowano około 1000 mieszkańców. Pożar, który pierwotnie „miał małe szanse na rozprzestrzenianie się”, został ugaszony ostatecznie dopiero 10 lipca, po prawie dwóch tygodniach. Gubernator Arizony Jan Brewer oświadczyła, że to najtragiczniejszy dzień, jaki pamiętała.

Illustration of a fire shelter (fire retardant tent) deployed by a firefighter

Dochodzenie i wnioski po tragedii

Po tragedii sprawą zajął się specjalny zespół, który po kilku dniach od tragedii powołany został zespół złożony ze specjalistów ds. bezpieczeństwa oraz ekspertów w dziedzinie pożarów lasów. Ich zadaniem było zrozumieć, co zaszło na miejscu zdarzenia, tak by móc zapobiec podobnym incydentom w przyszłości. Po trzech miesiącach śledztwa Departament Lasów w Arizonie upublicznił raport, w którym nie stwierdzono, aby do tragedii przyczyniły się niedbałość lub brawura strażaków.

Przyznano za to, że podczas akcji pojawiły się liczne problemy z łącznością i precyzyjnym określaniem lokalizacji pracujących ekip. Sąd w USA ukarał za to Służbę Leśną wypłatą odszkodowań dla rodzin strażaków. Odtworzono krok po kroku prawdopodobny przebieg zdarzeń. Granite Mountain komunikowali przez radio, że wycofują się wzdłuż szlaku, jednak nie były to precyzyjne informacje. Pozostałe ekipy i dowodzący spodziewali się, że GM cały czas poruszają się wzdłuż wzgórza, przy drodze. Jedno z nagrań korespondencji ujawniło rozmowę między nimi: „Słyszałem o załodze w strefie bezpiecznej, czy mam zrobić przerwę w nalotach?”, „Nie, oni są w dobrym miejscu. Są bezpieczni i to przecież Granite Mountain”.

Punktem zwrotnym było dotarcie do kanionu. Z tego miejsca strefa bezpieczna na ranczu w Boulder Springs wydawała się wręcz na wyciągnięcie ręki. Tak naprawdę była kilometr od nich, a trasa naokoło, którą mieli się pierwotnie udać, była dwukrotnie dłuższa. Mając na uwadze fakt, że ich dotychczasowe wysiłki na niewiele się zdały, prawdopodobne jest, że skoro ogień i tak przemieszczał się do Yarnell, chcieli stanąć na jego drodze i podjąć walkę od strony bezpiecznego rancza. Ponadto, kiedy ekipa Marsha zaczęła schodzić w dół kanionu, wiatr ciągle wiał w kierunku północno-wschodnim, a południowa linia pożaru była jeszcze daleko od kanionu.

Po tragedii pojawiło się jednak wiele głosów, że Marsh złamał podstawowe zasady bezpieczeństwa wpajane strażakom od pokoleń - szczególnie punkty mówiące o utracie pożaru z pola widzenia i braku obserwatorów. Na tamtą chwilę i w tamtych okolicznościach decyzje te wydawały mu się jednak słuszne. Być może była to jedyna szansa, by zatrzymać ogień i obronić Yarnell. Nagła zmiana warunków pogodowych i szalejący żywioł zaprzepaścił jednak ich starania.

Pożary w Kalifornii i międzynarodowa współpraca

Regiony graniczne z Meksykiem, takie jak Kalifornia, również regularnie zmagają się z potężnymi pożarami. W walce z żywiołem uczestniczą tysiące strażaków, często wspieranych przez samoloty i śmigłowce gaśnicze. Akcje te utrudnia trudny teren, brak dróg dojazdowych dla ciężkiego sprzętu i wiatr podsycający płomienie.

W Kalifornii, na przykład, w Parku Narodowym Yosemite, pożar, który wybuchł 17 sierpnia, najprawdopodobniej od uderzenia pioruna, zagrażał około 5 tysiącom domów. Władze zarządziły ewakuację mieszkańców zagrożonych terenów, w niektórych rejonach obowiązkową, a w innych dobrowolną. W walce z żywiołem uczestniczyło ponad 2700 strażaków. Pożar dotarł do bezpośredniego sąsiedztwa parku narodowego Yosemite, jednego z najbardziej malowniczych w USA. Płomienie objęły wybrzeża jeziora Eleanor, ale były oddalone o około 35 km od rejonów parku odwiedzanych przez turystów. Władze parku oświadczyły, że na razie nie zamierzają go zamykać dla zwiedzających, choć zamknięty został odcinek autostrady nr 120, jednej z dróg dojazdowych.

Poza zakłóceniem dostaw wody, żywioł mógł zniszczyć linie przesyłowe dostarczające miastu San Francisco energię elektryczną. Zagrożony był zbiornik Hetch Hetchy dostarczający San Francisco 85 procent wody oraz trzy elektrownie wodne, z których dwie trzeba było zamknąć. Płomienie znajdowały się w odległości około 6 km od zbiornika. Gubernator Kalifornii Jerry Brown zarządził stan wyjątkowy dla rejonu San Francisco.

W niektórych sytuacjach, gdy skala pożarów w stanach granicznych jest szczególnie duża, Amerykanie mogą liczyć na wsparcie zza południowej granicy. Gavin Newsom, gubernator Kalifornii, poinformował, że strażacy z Meksyku wzmocnili 14 tysięcy osób zaangażowanych w akcję gaszenia pożarów w Kalifornii. O meksykańskiej pomocy napisała również prezydent Meksyku Claudia Sheinbaum, opatrując informację zdjęciami strażaków i przedstawicieli służb ratunkowych z flagami Meksyku, USA i Kalifornii.

W kilku rejonach hrabstwa Los Angeles kilka pożarów spowodowało już śmierć co najmniej 16 osób, a zniszczeniu lub uszkodzeniu uległo co najmniej kilkanaście tysięcy budynków. Ponad 150 tysięcy mieszkańców musiało zostać ewakuowanych.

Map showing fire locations in California and Arizona, with an arrow pointing to the US-Mexico border

tags: #amerykanscy #strazacy #gasza #pozar #na #granicy