W 1907 roku, podczas uroczystości związanych z 400. rocznicą konsekracji kościoła pod wezwaniem św. Piotra i Pawła w Lembargu, doszło do dramatycznych wydarzeń. Burza z piorunami dwukrotnie uderzyła w kościelną wieżę, powodując pożar, raniąc setki osób i zabijając kilku parafian.

Przed uroczystościami: Przygotowania do 400. rocznicy konsekracji
Kościół pod wezwaniem św. Piotra i Pawła w Lembargu został konsekrowany w 15. niedzielę po świątkach 1507 roku przez biskupa chełmińskiego Mikołaja Krapitza. Proboszcz parafii w Lembargu, ksiądz Dzięgielewski, dziekan dekanatu brodnickiego, obliczył, że okrągła, 400. rocznica tego zdarzenia przypadała w niedzielę 1 września 1907 roku. Postanowiono hucznie uczcić tę chwilę, a do działań włączyli się niemal wszyscy parafianie.
Z pieniędzy zebranych od dobrodziejów, darczyńców oraz ze szkatuły kościelnej odrestaurowano niemal całą, okazałą wieżę kościelną, na której szczycie zatknięto krzyżyk. Podjęto się też powiększenia zakrystii, zdolnej pomieścić wielu znakomitych gości - księży do koncelebry, oraz doprowadzono do niej nowe, wygodniejsze wejście. Odświeżono również zewnętrzne ogrodzenie okalające kościół.
Na cmentarzu zbudowano chodnik z piasku i flizu. Dzięki mrówczej pracy parafian i księdza odnowiono otoczenie, a wieża pyszniła się nowym wyglądem, górując nad okolicą. W świątyni również pachniało nowością: odnowiono kazalnicę, zbudowano nowy ołtarz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, odświeżono mury wraz z malaturą. W końcu "zabrano się też do wzniesienia nowego ołtarza głównego, zaopatrując go w piękne tabernakulum z nowym tronetum o okazałych płytach marmurowych". Ten właśnie ołtarz miał być poświęcony przez księdza biskupa, który zgodził się przyjąć zaproszenie ks. Dzięgielewskiego na obchody rocznicowe.
Pod koniec sierpnia, wśród powszechnej radości, wzniesiono liczne bramy triumfalne na wszystkich traktach wiodących do wsi. Parafianie dekorowali swoje domy, prześcigając się w pomysłowości zdobień, chcąc, aby biskup wywiózł jak najlepsze wspomnienia.
Wizyta biskupa Augustyna Rosentretera
Długo oczekiwany dzień rocznicy wreszcie nadszedł. Biskup chełmiński Augustyn Rosentreter (sprawujący urząd w latach 1899-1926) przybył koleją do Jabłonowa już w sobotę po południu. Na dworcu zgromadziły się liczne wozy, wózki i kolasy w otoczeniu biskupiej eskorty, na którą wybrano 12 jeźdźców i 30 "kołowników". Biskup wraz ze swoim kapelanem i dziekanem Dzięgielewskim odjechali bogato udekorowanym kwiatami powozem księżnej Ogińskiej do oddalonego o milę Lembarga. Już z daleka dobiegało bicie dzwonów, a ciżba parafian ustawiona w szpaler witała arcypasterza, towarzysząc mu aż do samego "ślicznie udekorowanego kościoła". Wiwatom, oklaskom i pokłonom zdawało się nie być końca.
Duszpasterz powitał wszystkich z ambony, dziękując za przyjęcie i wygłaszając homilię "Dom Boży, dom pokoju". Zaprosił również wszystkich na główną mszę poranną. Zmęczony biskup udał się potem na posiłek do plebanii, gdzie spędził noc.

Tragiczne wydarzenia 1 września 1907 roku
Poranna msza i zmiana pogody
Ranek 1 września 1907 roku powitał wszystkich pogodą i słońcem, jednak nie na długo. Na poranną mszę o godzinie 8, na konsekrację ołtarza głównego, stawiła się większość parafian, tak że kościół wypełnił się szczelnie po brzegi. Uwagę wiernych od uroczystej celebry zaczęła jednak odwracać zmieniająca się aura. Najpierw zerwał się wiatr, a niebo szybko zasnuło się ołowiano-czarnymi chmurami. Zrobiło się tak ciemno, że czytającym księżom trzeba było przyświecać świecami. Oprócz mroku nagle zapanowała duchota, lecz wkrótce za oknami usłyszano poszum wielkiej, porywistej nawałnicy, która "roztoczyła swą niepodzielną władzę nad wsią i zebranymi w kościele ludźmi".
Uderzenie pioruna w wieżę i kościół
W kulminacyjnym momencie, "właśnie najprzewielebniejszy ks. Biskup zakończał konsekrecyę, gdy nagle rozległ się głuchy, stłumiony huk, raz i drugi, a z hukiem posypały się błyskawice". Z razu zapanowało wśród zebranych w kościele jakby zatrwożenie, lecz w tej chwili "odezwał się ogólny ryk, hałas i wołania". Oto grom uderzył dwukrotnie w czubek wieży kościelnej, spuścił się po niej na dach, a stamtąd po posowie na główny pająk i z jego ramion rozprysnął się po kościele, szukając sobie wyjścia różnymi drogami.
Piorun strzelił w posadzkę tuż obok stojącego biskupa, roztrzaskując ją w drobne kawałki. Szaty zdumionego i wystraszonego arcypasterza zaczęły mienić się iskrami z wyładowania elektrycznego. Kilka kobiet z pierwszych rzędów, w przekonaniu, że biskup płonie, rzuciło się, by gasić płomienie i ratować dostojnego gościa.

Ofiary i ranni
Duchowny ocalał, nie doznając żadnych obrażeń. Gorzej rzecz się miała z ciżbą parafian, których grom dosięgnął. Cztery rażone osoby zginęły natychmiast: murarz Górtowski, który był w wieży, syn stelmacha z Kamienia - Murawski, Kukielski z Mileszew oraz chłopiec z Łasina. Grom, który wdarł się do kościoła, ciężko poraził i poranił 12 osób, z których do poniedziałku wieczorem zmarły kolejne dwie. Lekko rannych należało liczyć w setkach.
Chaos i trudności w ewakuacji
Z powodu rannych i ciał leżących na posadzce, w kościele zapanował nieopisany harmider, zgiełk i chaos. W zatęchłym powietrzu unosił się piekielny zapach siarki i dymu oraz swąd z nadpalonych ludzkich ciał. Tłum zaczął napierać w kierunku wyjścia, krzycząc i hałasując, chcąc jak najszybciej opuścić świątynię. Jednak manewr ten nie powiódł się, ponieważ rzesze parafian stojących na zewnątrz, myśląc, że pioruny palą już cmentarz i drzewa, uznały wnętrze kościoła za jedyne bezpieczne miejsce. Napierano więc od zewnątrz do środka. Dwa tłumy zdezorientowanych parafian ruszyły naprzeciw siebie z impetem, wzajemnie się tratując i blokując sobie wyjście. Nawoływania księży nie pomagały.
W ogólnym rozgardiaszu udało się wreszcie ustawić kilku dzielnych mężczyzn w drzwiach, którzy zdołali udrożnić wyjścia z kościoła, co nieco uspokoiło nastroje. Wkrótce potem wyniesiono ciała zabitych do nowej kostnicy na cmentarzu. Ciężko rannych i okaleczonych przeniesiono do plebanii, gdzie znaleźli pierwszą pomoc duchownych, którzy namaszczali ich świętymi olejami i podtrzymywali na duchu. Szybko sprowadzono lekarzy z pobliskiego Jabłonowa, którzy udzielali im pomocy.
Reakcje i następstwa
Niepokój parafian i pytania o boską wolę
Pod kościołem tłum ludzi kotłował się, a niepokój wkradł się w serca parafian, rodząc pytanie, dlaczego Bóg tak ich doświadcza, i to w tak uroczystej i wyjątkowej chwili. Zastanawiano się, czy zamiast gruntownego remontu kościoła, nie powinni byli raczej odmienić swoich dusz. Inni ruszali na przełaj, by sprawdzić, czy ich chałupy z dobytkiem stoją całe. Księża zaapelowali, by pozostać na sumę, którą zaplanowano jeszcze przed południem.
Szacowanie strat i dalsze nabożeństwa
Gdy emocje zaczęły opadać, a niebo nieco się przetarło, zaczęto szacować powstałe straty. Zerkano na odnowioną wieżę, w którą trafiły gromy, i na powstałe od uderzeń spękania. Widać był jeszcze dym unoszący się z osmalonych belek. Utyskiwano, że trzeba będzie ją w części rozebrać i pobudować od nowa. Inni pokazywali metrową wyrwę w połaci dachu, którą wyszarpał piorun. Te rozważania przerwał dzwonek na mszę.
Był kwadrans przed dwunastą, gdy przed ołtarz wyszedł ksiądz kanonik Hundsdorf z Pelplina. Osowiały biskup ograniczył swój udział w mszy do asysty, siedząc na tronie. Na koniec znakiem krzyża pobłogosławił wiernych. Kazanie wygłosił ksiądz Doering z Brodnicy. Gdy odwołał się do porannego zdarzenia, "powstał płacz, który niebawem przeszedł w ryk, nie dający się utulić". Ksiądz uspokajał więc wiernych, zmieniając temat na historię kościoła i jego zadania oraz stan parafii lembarskiej. Podziękował też wszystkim za tak wspaniałe przyjęcie.
Żałoba i powrót biskupa
Po kazaniu - nie wstając z tronu - krótko zabrał głos biskup, oznajmiając zduszonym głosem, że zamiast zwyczajowego "Te Deum laudamus" odbędzie się procesja żałobna w intencji rażonych piorunem. Po mszy księża udali się na skromny obiad do plebanii. Wieczór upłynął wszystkim w żałobnej ciszy; zrezygnowano bowiem z przygotowanego wcześniej barwnego korowodu na cześć biskupa z iluminacją wsi, który miał zakończyć pokaz sztucznych ogni.
W poniedziałek, 2 września, już o godzinie 6 rano biskup odprawił mszę w intencji ofiar wypadku - za spokój dusz zabitych i za rannych. O godzinie 8 rozpoczęła się kolejna msza, celebrowana przez księdza dziekana Wojtaszewskiego z Radzynia, podczas której kazanie wygłosił ksiądz Dembiński z Pokrzydowa. Po nabożeństwie arcypasterz udzielił sakramentu bierzmowania aż 600 wiernym.
Po ceremoniach, w asyście księży, biskup jeszcze raz obejrzał "blizny po piorunie", którymi poznaczony był lembarski kościół, i około godziny 15 wybrał się w drogę powrotną do Pelplina. Karoca księżnej Ogińskiej wlokła się już samotnie w kierunku dworca w Jabłonowie pośród udekorowanych bram triumfalnych, ale bez entuzjazmu i owacji, bo bez towarzystwa tutejszego ludu. Biskup siedział zasępiony i nieskory do rozmów. Dopiero na dworcu, podczas pożegnania, ostatni raz przemówił do księdza Dzięgielewskiego, starając się go pocieszyć.
Inne zdarzenia związane z burzą w okolicy
Tymczasem w Lembargu ludziska roztrząsali różne wieści. Ktoś dał znać, że dwie rażone gromem dziewczyny, które wywieziono wozami do domu chorych w Brodnicy, podobno już też nie żyją. Żałowano też Kukielskich z Mileszew, bo jeden z ich synów zginął rażony piorunem w kościele, a drugiego, w tym samym czasie, uśmiercił grom gdzieś w okolicy, przy jakimś wiatraku. W taki to sposób rodzina Kukielskich jednego dnia straciła obu potomków. Dochodzący z okolicy ludzie donosili też o tym, że gromy uparły się na tę okolicę. W sąsiednich Kruszynach piorun spalił stodołę ze zbiorami gospodarza Stawskiego (był to pradziadek autora tekstu), w Jabłonowie raz trafił w zbór protestancki, a dwukrotnie w zbór ewangelików w Grzywnie. Na szczęście nikt nie zginął, a to dzięki gromochronom zainstalowanym na tych gmachach.
Uroczystości parafialne sprzed 106 lat dobiegły końca. Wśród parafian jednak wrzało jak w ulu. Odwiedzano się liczniej, pytając i wyjaśniając szczegóły zdarzenia. Rozpytywano staruszków, czy słyszeli o takim zdarzeniu i cóż może ono oznaczać. Jedni wskazywali, że to symbol sądu, inni, że zwiastun nadchodzącej kary bożej za grzechy i występki, a jeszcze inni widzieli w tym początek nadchodzących zmian i powstawanie czegoś nowego. Póki co domagano się już od księży zamontowania na kościołach instalacji odgromowych i przygotowywano się wspólnie do pogrzebu ofiar lembarskiej katastrofy.