Krótkometrażowa komedia zatytułowana „Charlie Strażakiem” (ang. The Fireman) opowiada historię niezbyt rozgarniętego strażaka, w roli którego wcielił się niezapomniany Charlie Chaplin (1889-1977). Ten wszechstronny artysta był również scenarzystą i reżyserem filmu, którego premiera odbyła się w Stanach Zjednoczonych 12 czerwca 1916 roku. To jeden z niewielu czarno-białych filmów z fabułą, który nawiązuje do pracy strażaków - gaszenia ognia i ratowania ludzi. Charlie Chaplin, będąc mistrzem komedii, zadbał o to, by scenariusz i gra aktorów miały na celu przede wszystkim rozbawienie widowni. W tamtych czasach kino dopiero stawało się miejscem nie tylko do odtwarzania filmów i przeżywania historii ukazanych w obrazie, geście, ruchu, a potem i w dźwięku, ale także atrakcją do spotkań towarzyskich i budowania wizji nowoczesnego świata.
Potencjał komiczny zawodu strażaka, wynikający z wyłączenia współczucia dla poszkodowanych w filmach slapstickowych, został doceniony u zarania sztuki filmowej przez samego mistrza - Charliego Chaplina.

Kontekst Kinematografii Niemego Kina
Charlie Chaplin nie był pierwszym twórcą, który zwrócił uwagę na strażaków. Zanim „Charlie Strażakiem” wziął się do dzieła, powstały co najmniej dwa inne filmy o tej tematyce. Już w 1901 roku (choć w filmie wspomina się 1900 r.) wyświetlano brytyjski, króciutki (4 minuty 40 sekund) film pt. „Fire!”. Drugi, „Life of an American Fireman” z 1903 roku, trwał niewiele dłużej. Zatem film Chaplina nie był pionierski w kategorii ogólnej.
Wówczas powstawały różne filmy, również o wymowie poważnej, ale największą oglądalnością cieszyły się zbitki akrobacji, błazenady i występów mimicznych. Kręcono tego dużo, tanio i w nader pospolitym guście. Kino było nieme, więc przemawiało do widza przesadzonym gestem, grymasem, wydarzeniami i niesamowitym tempem akcji, zawsze zresztą przyspieszonym. Co nieco wyjaśniano planszami tekstowymi, których rolę można porównać do dzisiejszych memów. Całość podkręcała grana na żywo muzyka, na ogół skoczna, choć tu już niewiele zależało od filmu, więcej od muzyka. Były to czasy, gdy nie uznawano żadnych świętości, ani panujących wówczas, ani tym bardziej dzisiejszych, niejako wskrzeszając tradycje średniowiecznych kuglarzy, co mogli bezkarnie dworować nawet z suwerena, a kpili też z ludzi biednych, ułomnych czy odmiennych. Zatem nie uniknęli ekranowej śmieszności władcy ani poddani, duchowni ani wierni (i niewierni), biali, czarni, żółci ani czerwoni, mężczyźni ani kobiety, dzieci ani starcy. Śmieszni byli chudzi i grubi, bogaci i biedni, bandyci i stróże prawa - ośmieszano zwłaszcza tych ostatnich, stadnie i z osobna.
Można odnieść wrażenie, że ponad 100 lat temu normą był większy dystans do siebie. W amerykańskich filmach niemych przez jeszcze kilka lat panowała pełna wolność, granicząca z dowolnością. Nie pachniało to rewolucją, tylko psikusami. Policjant ze srogim wąsem, co wywrócił się na rozlanym oleju; dostojna matrona w kapeluszu, co dostała tortem w twarz; czarny służący wystraszony do białości; przełożony z rozmachem wymierzający cios niewinnemu, bo winny się uchylił; mnóstwo - zwłaszcza w filmach Chaplina - kopniaków, duszeń i pomiatania człowiekiem jak szmacianą kukłą. Wiele znaczyła sztuka uników i ogólna giętkość: wyskakiwanie przez okna, prześlizgiwanie się między nogami pogoni, gonitwy po dachach lub sprzętach domowych, wpadanie do wody. Wielu te sceny śmieszą i dziś, a osiągano to wszystko bez używania brzydkich słów, wszak film był niemy.
Charlie Chaplin: Mistrz Komedii i Innowacji
W 1916 roku biznes filmowy dynamicznie się rozwijał. Jednym z jego rosnących „rekinów” był Charlie Chaplin - emigrant z Anglii bez amerykańskiego obywatelstwa. Płacono mu krocie. Kręcił, jak inni w branży, szybko: 36 filmów w 1914 roku, 15 w 1915 roku i 12 w 1916 roku. Liczba filmów malała z roku na rok, ponieważ mógł sobie pozwolić na większą dbałość o jakość.
Angielski aktor, reżyser, scenarzysta i producent, przez całe niemal życie zawodowe był związany z USA. Na scenie zadebiutował mając 5 lat, a w 1907 roku otrzymał angaż do grupy Freda Karno, z którą wyjechał do Ameryki. Tam zwrócił na siebie uwagę Macka Sennetta, producenta komedii slapstickowych. Na ekranie zadebiutował w 1914 roku w filmie „Aby zarobić na życie”. W filmie następnym, „Charlie jest zadowolony z siebie” (1914), wykorzystał rekwizyty, które wkrótce stały się elementami jego charakterystycznego kostiumu: czarny melonik, za duże spodnie, laseczka i łatwo rozpoznawalny wąsik - parodia postaci stworzonej przez Maksa Lindera.
Szybko stał się ulubieńcem publiczności, na stałe wcielając się w postać Charliego Włóczęgi, wędrowca szukającego swego miejsca w społeczeństwie - bohatera wyreżyserowanego przez siebie filmu „Charlie Włóczęga” (1915). Kasowy sukces zapewnił mu niezależność artystyczną, która zaowocowała serią zabawnych komedii, w tym uznaną za arcydzieło „Charlie Emigrant” (1917), przynoszących wielomilionowe zyski.
Filmy robiono wówczas po taniości, zwykle z jednego ujęcia, z niewieloma zbliżeniami. Za miejsce akcji często wystarczała jedna dekoracja, namalowana na płótnie. Chaplina stać było na więcej. Nawet jego wczesne filmy to dobrze opowiedziane historyjki, mające wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Są jak dobre dowcipy, co w kilku słowach wytwarzają świat, opowieść i pointę, z tym, że u niego słowa zastępowane są obrazami. Chaplin był mistrzem opowieści, a przy tym człowiekiem bardzo wrażliwym. Taśmy filmowej nie żałował. Jego filmiki są więc kompletne: postaci mają zarysowane charaktery, fabuła trzyma się kupy, a na całość składa się kilka starannie dopracowanych scen z wieloma zbliżeniami.
Metoda twórcza Chaplina, przeniesiona później do filmów pełnometrażowych, polegała na umiejętnym łączeniu elementów komediowych z dramatycznymi przy jednoczesnym wpisywaniu swoich fabuł w scenerię, jeśli nie prawdziwą, to na pewno wysoce prawdopodobną. Obdarzony niezwykłą charyzmą, wywierał magiczny wpływ na publiczność.
Ta szczególna pozycja pozwoliła mu na uniezależnienie się od innych producentów filmowych i założenie, jeszcze w 1919 roku, wraz z Mary Pickford, Douglasem Fairbanksem i Dawidem W. Griffithem wytwórni United Artists. Tam powstały jego najważniejsze filmy, z „Gorączką złota” (1925) i antyhitlerowskim „Dyktatorem” (1940) na czele.
Chaplin był jednym z niewielu artystów, którym udało się ominąć barierę dźwięku. W momencie udźwiękowienia kina, zdecydował się na realizację filmu niemego „Światła wielkiego miasta” (1931), gdzie dialogi zastąpił dźwiękami ulicy i muzyką. Jedynym odstępstwem od przyjętej konwencji była wykonywana przez niego piosenka (zresztą, jego kompozycji). Film odniósł sukces komercyjny, jednak z czasem Chaplin zdecydował się udźwiękowić wszystkie swoje filmy, łącznie z największymi wcześniejszymi dokonaniami - np. „Gorączkę złota” opatrzył własną muzyką i autorskim komentarzem.
Prowadzący burzliwe życie osobiste i angażujący się w sprawy polityczne, Chaplin musiał w 1952 roku opuścić USA, których obywatelem nigdy nie został. Swoje ostatnie filmy, wymierzonego przeciwko maccartyzmowi „Króla w Nowym Jorku” (1957) i melodramatyczną „Hrabinę z Hongkongu” (1966), nakręcił w Wielkiej Brytanii, niestety - bez sukcesu. W 1972 roku Chaplin otrzymał drugiego honorowego Oscara - za całokształt twórczości (pierwszego przyznano mu za „Cyrk” w 1928), zaś rok później przyznano mu Oscara za muzykę do „Świateł rampy” (1952), nigdy wcześniej niepokazywanych w Kalifornii.
Charlie Chaplin – Strażak. Wysoka jakość
"Charlie Strażakiem" - Analiza Filmu
Film „Charlie Strażakiem” to przykład sporych, jak na owe czasy, nakładów na opowieść. Jest scena w sypialni strażackiej, w garażu, scena wyjazdu alarmowego i drogi do pożaru (lubowano się wówczas w kręceniu pościgów z perypetiami), wreszcie akcji gaśniczej. Wszystko to śmieszne, ale jednocześnie, mimo wyraźnej przesady, bardzo rzeczywiste, ponieważ Chaplin, jako mistrz karykatury, oddał wiernie wszelkie cechy charakterystyczne przedmiotu, podkręcając je tylko „co nieco”. Oczywiście przeniósł na strażacki grunt kilka uniwersalnych gagów, wszak kinem rządziły gusta pospolitej większości. Przecież strażacy, choć elita, to też ludzie. Charlie jest strażakiem, któremu nic nigdy się nie udaje.
Poranna pobudka i musztra
Postawny, wąsaty i przy tuszy dowódca zmiany zarządza pobudkę, czyli wszczyna alarm. Dzwon, podobny do tych szkolnych, co przerwy i lekcje ogłaszają, zmarłego by obudził. Wszyscy szparko wpadli na ześlizg, tylko Charlie spał jak niemowlę. Nie od razu zauważono jego nieobecność, bo dowódca po to przecież zarządził alarm, żeby załogą komenderować, a nie żeby od razu do akcji jechać. Zatem najpierw była zbiórka, połączona z musztrą. A ta, jak wiadomo, ma znaczny potencjał komediowy i Chaplin skrzętnie go wykorzystał. Musztra filmowa jest więc wyjątkowo bezsensowna, zwłaszcza że podkomendni wiele maszerują w miejscu, posuwając się do galopu, co dzieje się frontem do kamery. Jest też swego rodzaju balet pożarniczy - niektórzy strażacy łapią elementy uzbrojenia samochodowego i okrążają z nim maszerujący w miejscu pododdział.
Wreszcie, gdy wódz nasycił się rozkazodawstwem, strażacy zajęli miejsca regulaminowe na sikawce konnej. I tu skucha - bo ani koni, ani woźnicy. Nic nie pomogły zbiorowe nawoływania, gwizdki, dzwonek alarmowy - Charlie spał dalej. Aż szef zmiany poszedł go obudzić. Po czym dostajemy zestawienie działań typowych dla rekruta. W panice pomieszały się chłopinie wszystkie szkolenia, ześlizg służył w obydwie strony, acz konie grzecznie maszerowały do tyłu. Wreszcie Charlie zaciął je z bata i wyjechał konną sikawką parową, zostawiając wszystkich w strażnicy. Kawał ujechał, nim zawrócił. Liczba duszeń tłumaczących, jaką świętością jest dzwonek alarmowy, tudzież kopniaków korygujących, które zainkasował w cztery litery nowicjusz Charlie od szefa, przeszła wszelkie granice jego filmów (krytyka miała mu to za złe, publika nie). Ale gdy inni też próbowali go kopniakami ustawiać, oddał z nawiązką.
Alarm i akcja gaśnicza
Pożar w filmie Chaplina wyglądał absolutnie niefilmowo, co dobrze o nim świadczy. Widz tego nie musiał odróżniać, ale fachowcy wiedzą, że jeśli dym wydobywa się przez szpary drzwi wejściowych, to w środku sytuacja jest bardzo poważna. Tak było i teraz. Przy okazji obejrzeliśmy nowoczesny sposób alarmowania, bo w rosnącym Los Angeles budowało się zasobne dzielnice w sposób planowy i przeciwpożarowy. Właściciel domu zobaczył dym wychodzący zza drzwi. Dobiegł do ulicy i po prostu włączył przycisk obok budki telefonicznej. Uruchomił tym samym dzwonek alarmowy w strażnicy.
Niestety - strażacy zajęci byli grą w warcaby. Charlie tak się skoncentrował na tym zajęciu, że podłożył szmatkę pod młoteczek dzwonka - tresura poszła w niepamięć. W międzyczasie pewien mężczyzna, któremu palił się dom, namawiał dowódcę strażaków do zignorowania pożaru, chcąc uzyskać pieniądze z ubezpieczenia. Dym się wzmógł, a potencjalny pogorzelec zadzwonił z budki do straży. Warto przypomnieć, że w tamtym czasie w Polsce zasadniczo dostrzegano pożary z wież obserwacyjnych, czyli już w stadiach zaawansowanych. Oczywiście były też telefony, jednak tylko nieliczni je posiadali; w Warszawie jeszcze długo w dwudziestoleciu międzywojennym wystarczały numery czterocyfrowe.
Charlie odebrał telefon i szybko zakończył rozmowę - partię trzeba było rozegrać do końca. Zdesperowany człowiek przybiegł do strażnicy, ale i to niewiele mu pomogło. Dopiero powrót szefa zmiany zmienił nastawienie i pojechali. Wyjazd alarmowy wygenerował własne przygody.
Na miejscu wszyscy po amatorsku rzucili się do ognia, zapominając o gadżetach. Powierzyli je nie temu człowiekowi, co trzeba. Nieduży Charlie dodał sobie wzrostu hełmem z charakterystycznym szyldem, po czym rozwinął wąż z prądownicą i sam sobie podał ciśnienie. Oczywiście nie ustał na nogach.
Nie wiadomo, jak by to wszystko się skończyło, gdyby nie informacja o nowym pożarze. A w nim zagrożona była dziewczyna, co szefowi zmiany za coś (nie powiedziano za co) została przez jej ojca przyobiecana, a wpadła w oko (ze wzajemnością) Charliemu. Na wieść o zagrożeniu ukochanej w naszym bohaterze coś się zmieniło. Dotychczas ustawicznie bito go w ciemię za postępki niedorajdy. Teraz wstąpił w niego zupełnie nowy duch…
Warto obejrzeć to dziełko. Może nie najwybitniejsze, ale strażackością nie rażące. Daje krzepiącą świadomość, że doskonałość osiąga się z czasem, bo nawet wielkie kino niedościgłego mistrza startowało od skromnych początków. Mimo całej sympatii do Charliemu Chaplina, jego postać nijak na strażaka się nie nadawała - podobnie jak do niczego, co byłoby jakimś ustalonym porządkiem.

Cechy Filmu i Realia Epoki
W pożarach przedstawionych w filmie przede wszystkim dużo jest dymu, zupełnie jak w rzeczywistości. Ciekawostką jest fakt, że w nowoczesnym mieście Zachodniego Wybrzeża, jakim było Los Angeles, jeszcze w 1916 roku pojazdy pożarnicze miały końską trakcję, co podkreśla ówczesne realia technologiczne w straży pożarnej.