Katastrofa w elektrowni atomowej w Czarnobylu, która miała miejsce 26 kwietnia 1986 roku o godzinie 1:23, stanowiła jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w historii energetyki jądrowej. W czwartym reaktorze nastąpił wybuch wodoru, co w efekcie doprowadziło do uwolnienia blisko 50 ton paliwa jądrowego do atmosfery, a kolejne 70 ton zostało wyrzucone z peryferyjnych działek do Sali. Podczas eksplozji wysadziło w górę ważącą 3 tysiące ton pokrywę rdzenia reaktora, a powietrze, które dostało się do środka, spowodowało wybuch ogromnego, niemającego odpowiednika nigdzie na świecie pożaru. Jego gaszenie wymagało wysokich umiejętności, nadludzkich wręcz wysiłków, a przede wszystkim heroizmu.

Pierwsze Chwile Grozy: Alarm i Przybycie na Miejsce
Minęło zaledwie pięć minut od przegrzania się reaktora i wybuchu wodoru, gdy w zakładowej jednostce straży pożarnej elektrowni Czarnobylskiej włączyły się dzwonki alarmowe i komunikat o pożarze. Natychmiast do akcji ruszyła cała załoga jednostki. Jeszcze w trakcie dojazdu strażacy nie widzieli skali zniszczeń, płomieni oraz dymu, spowodowanych wysokimi budynkami zasłaniającymi miejsce katastrofy. Dopiero kiedy minęli budynek administracyjny, ich oczom ukazał się przerażający widok: dach czwartego bloku energetycznego zniknął, podobnie jak znaczna część jednej ściany budynku. Po pozostałych sunęły języki ognia.
Pierwszymi, którzy stawili czoło żywiołowi, byli operatorzy sali centralnej. Po eksplozji, w ciemnościach, wyłączyli prąd i przykryli kable, co zapobiegło porażeniu prądem strażaków. Jako pierwsza przybyła jednostka straży z kierownikiem Włodzimierzem Prawykiem na czele. Około godziny 1:40 w nocy 26 kwietnia 1986 roku byli już na miejscu. Lejtnant Kibenok dotarł siedem minut później, o godzinie 1:45, z ekipą SWPC-6 Prypeć - łącznie ośmiu osób i dwoma wozami strażackimi.

Walka na Dachach: Niewidzialny Wróg i Heroizm
Obraz Zniszczeń i Początek Akcji
Strażacy, przybywając na miejsce, byli świadkami niewyobrażalnych scen. Jeden ze strażaków wspominał: „Przyjechaliśmy za 10 czy 15 druga w nocy… Widzieliśmy porozrzucany wokoło grafit. ‘Czy to jest grafit?’ - zapytał Misza. Kopnąłem leżący na drodze kawałek, ale jeden ze strażaków podniósł go. ‘Jest gorący’ - powiedział. Kawałki grafitu były różnych rozmiarów. Jedne wielkie, inne tak małe, że dało się je podnieść…” Te „srebrzyste kawałki” to był promieniotwórczy grafit.
Wstrząśnięty dowodzący akcją lejtnant Wołodymyr Prawyk przesłał przez radiostację sygnał alarmowy numer trzy, najwyższego stopnia zagrożenia, co oznaczało, że wszystkie jednostki straży pożarnej w całym obwodzie kijowskim zostały natychmiast wezwane do akcji. Prawyk i jego drużyna, po dotarciu do budynku administracyjnego, pobiegli korytarzem transportowym przez blok trzeci, by zorientować się w sytuacji. Technicy, których spotkali, sugerowali, że płonąć może dach hali turbin. Prawyk zdał sobie sprawę, że trzeba działać szybko. Polecił Łeonidowi Szawrijowi wrócić do wozu i podjechać do ściany hali turbin, sam zaś pozostał w budynku, by ustalić plan dalszych działań.
Warunki Akcji i Brak Ochrony
Łeonid Szawrij i Wołodymyr Pryszczepa wspięli się na dach hali turbin, co było niezwykle trudnym zadaniem w pełnym rynsztunku. Na szczycie ujrzeli coś znacznie gorszego niż pożar. Bliżej krawędzi dachu na bloku czwartym spostrzeżono miejsce, gdzie strop zaczął się palić. Próbowano stłumić płomienie brezentowymi wężami pożarniczymi, wykorzystując rury z wodą do gaszenia pożarów i węże dostępne w pojemnikach na dachu. Jednak dach był podziurawiony, a użycie dużej ilości wody mogło spowodować zwarcia lub pogorszyć sytuację, ponieważ w stanie awaryjnym woda, zamiast chłodzić, zmienia się w mieszaninę wybuchową, zdolną uszkodzić wszelkie obudowy i instalacje.
Warunki, w jakich pracowali strażacy, były ekstremalne. Dach, wbrew przepisom bezpieczeństwa, był pokryty lepikiem bitumicznym, łatwopalnym produktem naftowym. Roztopiony bitum utrudniał chodzenie, zdzierał podeszwy z butów, a jego wysoka temperatura sprawiała, że każdy krok był wyzwaniem. „Temperatura była wysoka, to utrudniało oddychanie. Rozpięliśmy kombinezony, pościągaliśmy kaski i odłożyliśmy je” - wspominał Szawrij. Wędkarze, obserwujący scenę z pobliskiego stawu, byli pod wrażeniem, wołając: „Zdjął kask! To fantastyczne!” - nie zdając sobie sprawy z koszmaru, jaki rozgrywał się na dachu.

Największym problemem był jednak brak wiedzy o promieniowaniu. „O promieniowaniu nie wiedzieliśmy prawie nic. Nawet ci, co pracowali tu wcześniej, nie mieli pojęcia” - mówił jeden ze strażaków. Nikt z nich, działających w pierwszych minutach katastrofy, nie miał pojęcia, jakie zagrożenie znajdowało się wokół nich i że wkrótce doznają skutków choroby popromiennej. Nie mieli przyrządów do pomiaru promieniowania ani odpowiedniego sprzętu, żeby się przed nim zabezpieczyć. Ich jednostka była przygotowana do gaszenia zwyczajnych pożarów, a nie do awarii jądrowych. Pierwsi strażacy na miejscu katastrofy nie mieli żadnej odzieży ochronnej zapobiegającej napromieniowaniu, gasili pożar w zwyczajnych ubraniach, takich samych jak w całym Związku Sowieckim. Jedynie w miejscach występowania najwyższych temperatur zakładali lepiej chroniące ubrania żaroodporne.

Rozprzestrzenianie się Ognia i Dalsze Działania
Pożary nie ograniczyły się do jednego krateru. Płonące elementy rozrzucone zostały na sąsiednie obiekty, w tym na dach bloku nr 3, pod którym znajdował się czynny reaktor, taki sam jak zniszczony. To właśnie dach hali reaktora w trzecim bloku energetycznym stał się nowym priorytetem dla ekipy lejtnanta Kibenoka. Kibenok, Ignatienko i większość ich kolegów podłączyli węże pożarnicze do hydrantów i rur na ścianach budynku reaktora, po czym wspięli się po przymocowanych do niego drabinach na sam dach.
Major Łeonid Telatnikow, komendant remizy straży pożarnej numer dwa i dowódca Prawyka, spotkał Łeonida Szawrija schodzącego z dachu. Szawrij zgłaszał popękane kable elektroenergetyczne i zagrożenie porażeniem. Telatnikow, choć martwił się o Prawyku, otrzymał pokrzepiającą odpowiedź: „Gdy nastąpił wypadek, niezależnie od tarć w drużynie, bez względu na wszystko, cała drużyna bez wahania poszła za Prawykiem. I nikt się nie wzbraniał.”
Tragiczne Skutki i Pamięć o Bohaterach
Prawyk zameldował Telatnikowowi, że pożar na dachu został w zasadzie ugaszony. On sam był jednak w wyraźnie złej kondycji. „Razem z nim zeszło jeszcze siedem osób. Wszyscy źle się czuli: mdliło ich” - wspominał Telatnikow. Była godzina 2:25, spędzili na dachu niecałe pół godziny. Wszyscy zdawali sobie już sprawę, że to nie tylko skutek pożaru.
Kiedy Prawyk wsiadał do karetki, poprosił otaczających go ludzi, by powiedzieli jego żonie Nadijce, żeby pozamykała okna w ich mieszkaniu. Karetka odjechała pospiesznie do prypeckiego szpitala. Wszyscy pierwsi strażacy z drużyn Prawyku i Kibenoka zaczęli odczuwać mdłości. W szczególnie złym stanie był Wasyl Ignatienko, który leżał na brzegu dachu. Kibenok, w rozdartej koszuli, poruszał się powoli, trzymając się ściany.
Unblock #15: 35 rocznica katastrofy w Czarnobylu
Wszyscy strażacy, którzy pierwsi przybyli na miejsce katastrofy, zmarli w męczarniach w ciągu kilku tygodni lub miesięcy. Oficjalnie za ofiary śmiertelne katastrofy uznano zaledwie 31 osób, wśród nich siedmiu strażaków. Jednostka zakładowej straży pożarnej w Czarnobylu była zwykłą jednostką ochrony przeciwpożarowej, której pracownicy spędzali czas na rutynowych zajęciach, nigdy nie przygotowując się na sytuacje związane z awariami jądrowymi lub pożarami w obrębie zagrożeń promieniotwórczych. Padli ofiarami błędów, zaniechań, dezinformacji i chaosu.
W likwidacji katastrofy czarnobylskiej udział brał praktycznie cały kraj, ale podstawowy ciężar spoczął na barkach pracowników straży pożarnej. Strażacy wykonali swój obowiązek wzorowo, pokonując kolejne przeszkody. Musieli również rozwiązać problem z wodą, która wydostała się z systemu chłodzenia reaktora i zalała pomieszczenie pod nim. Ta brudna woda, oprócz tego, że przeszkadzała ludziom pracować, stanowiła zagrożenie, ponieważ w połączeniu z tysiącami ton piasku, gliny i dolomitu, zrzuconych na reaktor, mogła wywołać kolejną eksplozję. Pompowanie tej skażonej wody ponownie spadło na barki strażaków z Kijowa, Białej Cerkwi i Żytomierza, którzy pracowali przez 20 godzin. Następnie przystąpili do dezaktywacji terenu i budynków elektrowni.
Los strażaków na całym świecie jest jednakowy: kiedy trzeba, pierwsi śpieszą z pomocą. Taka jest ich praca, co pokazała awaria w czarnobylskiej elektrowni. Składamy ukłon i hołd ich pamięci, ich odwadze i ofiarności.
