Poniższa opowieść stanowi krótkie streszczenie dotyczące doświadczeń strażaka, który przeszedł poważny wypadek podczas akcji ratowniczej na jeziorze Hańcza, a także relację z międzynarodowej operacji ratunkowej w jaskini Tham Luang w Tajlandii, która obnażyła ekstremalne ryzyka związane z ratownictwem podwodnym.
Osobiste doświadczenia polskiego strażaka
Droga do elity ratowniczej
W Państwowej Straży Pożarnej służę od 1 sierpnia 2005 roku. Od początku służby, już w trakcie szkolenia podstawowego, zauważyłem, że wśród strażaków wyróżnia się pewna kasta ludzi, specjalistów, elita - specjalistyczne grupy. Miałem szczęście trafić do Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 1 w Opolu, gdzie funkcjonowały dwie specjalistyczne grupy: **SGRW-N** (Specjalistyczna Grupa Ratownictwa Wodno-Nurkowego) oraz **SGRW** (Specjalistyczna Grupa Ratownictwa Wysokościowego). Postawiłem sobie za cel, aby należeć do grona ratowników obydwu specjalizacji. Droga nie była łatwa, ale nie należę do osób, które poddają się łatwo i bez walki. Udało się. Dostałem się w szeregi **SGRW-N** w 2006 roku po ukończeniu kursu P1 CMAS oraz odbyciu szkolenia CMAS SS-1. Zostałem oddelegowany do Ośrodka Szkolenia PSP w Bornym Sulinowie, gdzie ukończyłem z wynikiem pozytywnym kurs Młodszego Nurka MSWiA. Do **SGRW** trafiłem rok później, w 2007 roku. Do 2013 roku, dzięki bardzo dużemu zaangażowaniu, zarówno w pracę Strażaka Ratownika, awansowałem na stanowisko Dowódcy Zastępu. Za czynny udział w specjalistycznych grupach ratowniczych osiągnąłem tytuł **Kierownika Prac Podwodnych MSWiA** oraz tytuł **Ratownika Wysokościowego MSWiA**. Kolejnym etapem rozwoju był Nurek Instruktor MSWiA. Aby ubiegać się o możliwość bycia oddelegowanym na taki kurs, musiałem zdobyć na własną rękę uprawnienia instruktora nurkowania cywilnego. Na przełomie maja i czerwca 2013 roku kończyłem kurs KDP CMAS P3, wykonując szereg nurkowań zaliczeniowych na jeziorze Hańcza.
Tragiczny wypadek na jeziorze Hańcza
Przebieg nurkowania i kryzys
1 czerwca 2013 roku, około godziny 11:00, odbywało się nurkowanie zaliczeniowe na 50 m na jeziorze Hańcza. Zgodnie z planem ustalonym oraz omówionym dzień wcześniej na odprawie wieczornej, moja grupa nurkowa składała się z trzech osób: instruktora, partnerki nurkowej oraz mnie. Zanurzanie przebiegało prawidłowo, przystanki sprawdzające co 10 m nie wykazywały nieprawidłowości i zanurzenie przebiegało zgodnie z planem. Zbliżając się do głębokości 50 m, partnerka doznała prawdopodobnie **narkozy azotowej**. Instruktor oraz ja podjęliśmy decyzję o natychmiastowym wynurzeniu w celu ustania objawów narkozy. Niestety, partnerka zużywała bardzo dużą ilość powietrza. Na głębokości około 36 m partnerka pokazała mi znak, który informuje o braku czynnika oddechowego. Natychmiast wyjąłem swój automat oraz przekazałem go bezpośrednio do ust partnerki i przytrzymałem ją za uprząż. Drugi automat wylądował w moich ustach. Sytuacja stała się tym bardziej dramatyczna, gdyż partnerka zaczęła rzęzić oraz tracić przytomność. Już wiedziałem, że będziemy musieli opuścić wszystkie przystanki dekompresyjne oraz wdrożyć procedurę alarmową. W głowie miałem tylko stan zdrowia partnerki oraz procedury. Istniała jeszcze szansa na wykonanie nurkowania po pominięciu przystanków dekompresyjnych (**rekompresja**) w celu zapobiegnięcia **chorobie dekompresyjnej**, zatem sytuacja była zła, ale nie bez wyjścia. Jedyne, co mogłem zrobić, to przekazać partnerkę nurkowi ratownikowi, który zabezpieczał nurkowanie z brzegu, gotowy do podjęcia akcji ratunkowej od momentu naszego wejścia do wody. Wynurzyliśmy się i okazało się, że do brzegu jest spory kawałek drogi. Razem z instruktorem wezwaliśmy pomocy. Natychmiast do wody wskoczył nurek ratownik i popłynął do nas. W tamtej chwili cieszyłem się, że jest to młody, wysportowany, świetnie pływający kolega. Rozpoczęliśmy wyścig z czasem. Jak najszybciej przekazać nieprzytomną, oddychającą partnerkę na brzeg i poddać się rekompresji.

Pierwsze objawy i walka o życie
Dopłynęliśmy do brzegu i zacząłem odczuwać skutki **choroby dekompresyjnej**. Na początku poczułem mocne osłabienie, nie byłem w stanie samodzielnie rozebrać się ze sprzętu. Zawroty głowy nie pozwalały mi przyjąć innej pozycji niż leżąca. Na twarzy wylądowała maseczka z tlenem i poczułem ulgę. Wydaje mi się, że nie straciłem przytomności, ale przez dłuższą chwilę miałem mgłę przed oczami. Poczułem, że nie jestem w stanie poruszać prawą stroną ciała. Paraliż trwał chwilę. W momencie, kiedy zaczynałem odzyskiwać władzę w prawej ręce, byłem pewien, że będzie dobrze i być może obędzie się bez poważniejszych konsekwencji. Radość nie trwała zbyt długo, gdyż paraliż ostatecznie zatrzymał się na wysokości pępka i zajął również lewą nogę. Oczekiwanie na przylot śmigłowca LPR wydawało się wiecznością, a wymiana butli tlenowych (przerwa w dostarczaniu tlenu do maseczki) dawała wrażenie duszenia się, jakby w powietrzu nie było tlenu. Na szczęście doczekałem się na przylot LPR. Szybkie badanie i przelot do szpitala. Tak zaczęła się walka o życie. Pierwsza diagnoza potwierdziła się: **Choroba Dekompresyjna DCS 2º postać mieszana mózgowo-rdzeniowa**.
Długa droga do powrotu do zdrowia
Rehabilitacja i psychiczne zmagania
W szpitalu w Gdyni przeszedłem przez szereg sesji w komorach dekompresyjnych oraz byłem poddany leczeniu farmakologicznemu. Paraliż utrzymywał się. Po tygodniu, w związku z brakiem wyraźnej poprawy, dostałem skierowanie do szpitala rehabilitacyjnego w celu kontynuacji leczenia. W trakcie przygotowania pokoju do opuszczenia stwierdziłem, że muszę pościelić łóżko oraz otworzyć okno, aby przewietrzyć. Niestety, nie miałem do dyspozycji wózka inwalidzkiego, który pomagał mi się poruszać, więc wstałem, pościeliłem łóżko i otworzyłem okno. Mimo iż szpital był sporo oddalony od brzegu morza, to po zamknięciu oczu czułem się jak na plaży. Nagle w drzwiach stanął dr Siczko, który zdziwił się moją aktywnością. Ta sytuacja spowodowała przedłużenie leczenia hiperbarycznego o kolejny tydzień, co przyczyniło się do dalszej poprawy mojego stanu zdrowia. Dzięki temu szpital opuściłem po „zremisowanym meczu korytarzowej piłki nożnej z pielęgniarkami”, którym obiecałem, że wyjdę ze szpitala na nogach o własnych siłach. Co prawda, nie można mówić, że chodziłem bez problemów, ale przynajmniej bez chodzika. Szybka wizyta w domu i następnie Szpital Rehabilitacyjny w Goczałkowicach. Tam, dzięki porozumieniu z rehabilitantami, mogłem korzystać codziennie ze zwiększonej ilości godzin na salach rehabilitacyjnych. Osiem godzin dziennie zabiegi, potem basen, spacery, książka, a gdy mój stan się poprawił, rozpocząłem podróżowanie rowerem. Dzięki uporowi i bardzo wytężonej pracy po prawie trzech miesiącach wróciłem do domu z niedowładem kończyn dolnych w stopniu IV w skali Lovette’a. Kontynuowałem leczenie neurologiczne w Opolu oraz w Szpitalu na Oddziale Rehabilitacji w Ozimku. Niedowład się utrzymał, natomiast pojawiła się niedoczulica nóg. Wówczas lekarz neurolog stwierdził, że skończyły się możliwości medycyny na chwilę obecną, aby stan zdrowia się poprawił. Pozwolił mi wrócić do pracy.
Powrót do służby i codzienne wyzwania
Po dopuszczeniu mnie do służby przez lekarza medycyny pracy wróciłem do obowiązków. Na pierwszej służbie po powrocie do straży czułem się wyjątkowo dziwnie, nie potrafiłem się odnaleźć. Mój przełożony zabrał mnie na nurkowanie sprawdzające, aby ocenić, czy dam sobie radę w czasie działań pod wodą. Przeżyłem. Po pierwszej służbie, pomimo „kilku mankamentów” w moim ciele, nie mając żadnej alternatywy finansowej, byłem przekonany, że dam sobie radę. Niedoczulica miała swoje plusy i minusy. Jednego razu po ośmiu godzinach chodzenia w butach bojowych, zdejmując je, zauważyłem wypadający długopis. Okazało się, że zguba się znalazła, tylko że ja nie wiedziałem, że leży pod stopą. Mijały miesiące. Niedoczulica przerodziła się w postać mieszaną: naprzemiennie niedoczulica z przeczulicą. Około pół roku po wypadku pojawiło się pieczenie w stopach. Czasami mam wrażenie, jakbym stąpał po rozżarzonych węglach, a czasem stopy dotykają płyty lodowiska. Mogłem się do tego albo przyzwyczaić, albo zwariować. Wybrałem to pierwsze. Nie było łatwo, ale wizyty u kolejnych neurologów tylko potwierdzały słuszność mojej decyzji. Jeden ze znanych nazwisk po wysłuchaniu mojej historii choroby opowiedział mi, że do bólu muszę się przyzwyczaić. Wysłuchałem również jego opowieści, jak to kiedyś miał wypadek i do dzisiaj czasem odzywa się u niego boleść nogi, ale do tego musiał się przyzwyczaić. Nakazał jeść wątróbkę i pić piwo, aby uzupełniać witaminy z grupy B, skasował 200 zł i... To miał być ostatni lekarz, do którego się udałem. Niestety, stan zdrowia nie poprawiał się, a wręcz było coraz gorzej. Udawało mi się zdawać testy sprawnościowe w pracy i przechodzić przez komisje lekarskie. Wstawać rano i iść do pracy, dając z siebie wszystko. Na przełomie roku 2018/2019 moja córka doznała poważnych komplikacji po operacji drenażu uszu. Byłem świadkiem, jak wyła z bólu, a ja, nie mając możliwości jej pomóc, pierwszy raz stanąłem w sytuacji bez wyjścia. Odczuwam ból i pieczenie na powierzchni całego ciała oprócz prawej ręki. Pieczenie stóp pozostało na tym samym poziomie, pojawiły się bóle w stawach - przeszywający ból, który dla obserwatora z zewnątrz czasem wygląda, jakby ktoś poraził mnie prądem. Stałe uczucie zbyt małej skóry na głowie, osłabienie siły mięśniowej, problemy z mikcją. Pogłębił się niedowład lewej nogi i zaczęło występować drżenie. Od lutego jestem również pod kontrolą lekarza psychiatry, która leczy mnie na depresję oraz stwierdziła również **Zespół Stresu Pourazowego (PTSD)**. Dzięki wielu latom pomocy, wsparcia, determinacji oraz wielkiej miłości mojej żony Bogusi znajduję się w tym miejscu. Dzięki niej jestem w tak dobrym stanie już ponad sześć lat po wypadku! A statystyki i lekarze nie dawali mi szans na wyjście ze szpitala inaczej niż w najlepszym wypadku na wózku inwalidzkim (i to na zawsze). To Bogusia cały czas szukała rozwiązania. Gdy ja mówiłem, że już nie pójdę do żadnego specjalisty od „piwa i wątróbki”, ona zawsze potrafiła przekonać, aby się nie poddawać i szukać. Sama, aby zrozumieć problem, postanowiła skończyć studia podyplomowe o specjalizacji psychotraumatologia. Dzięki jej upartości trafiliśmy do wspaniałego lekarza, który za pomocą słów oraz igieł do akupunktury pozwalał przetrwać ból miesiąc po miesiącu. Niestety, ból wzmagał na sile. I znów Bogusia znalazła Poradnię Leczenia Bólu w Warszawie, gdzie umówiła mnie na wizytę. I znowu strzał w dziesiątkę - trafiliśmy do pani profesor, która okazała się sławą wśród lekarzy od bólu. Dzięki niej poznaliśmy równie kompetentną i niesamowicie ciekawą tematu pomocy pacjentom bólowym panią doktor w przychodni Leczenia Bólu w Opolu przy Szpitalu Wojskowym. Teraz czeka nas walka na arenie międzynarodowej. Koszty leczenia, które pozwalają mi zejść w 10-stopniowej skali bólu z 8 na 5 oraz przetrwać z **PTSD** oraz depresją, zdecydowanie przekraczają moje możliwości finansowe. Do 2019 roku prowadziłem działalność gospodarczą, która pozwalała generować dochody trzykrotnie przekraczające dochody ze straży. Niestety, stan zdrowia nie pozwala mi i praktycznie już nigdy nie pozwoli na prowadzenie tej działalności.

Międzynarodowa operacja ratunkowa w Tajlandii
Uwięzieni w jaskini Tham Luang
W czerwcu i lipcu ubiegłego roku cały świat żył akcją ratunkową w Tajlandii, gdzie 12 chłopców wraz z trenerem zostało uwięzionych w jaskini **Tham Luang**. Chłopcy zostali uwięzieni w jaskini 23 czerwca, kiedy wybrali się ze swoim trenerem na wycieczkę rowerową, a w jaskini schronili się przed intensywnym deszczem. Na miejscu natychmiast została zorganizowana akcja ratunkowa, w której brało udział ponad tysiąc żołnierzy tajlandzkich, a także specjaliści z USA, Wielkiej Brytanii, Chin, Holandii czy Australii. Po 9 dniach poszukiwań odnaleziono zaginionych. Akcja ratunkowa, która była niesamowicie trudna, została podzielona na kilka etapów.

Przebieg akcji ratunkowej
Dzisiaj już więcej wiemy o szczegółach akcji ratunkowej, która zakończyła się pełnym sukcesem. Wbrew wcześniejszym doniesieniom, chłopcy podczas akcji ratunkowej nie nurkowali samodzielnie i nie byli uczeni tego, jak bezpiecznie wydostać się ze śmiertelnej pułapki. Akcję przeprowadziło dwóch doświadczonych nurków jaskiniowych: **dr Richard Harris**, lekarz i anestezjolog, oraz **Craig Challen**, emerytowany weterynarz. Przed wyprowadzaniem z jaskini, każdy chłopiec połknął tabletkę z silnym lekiem psychotropowym - **xanaxem**. Największym zagrożeniem było to, że chłopcy w trakcie przeprowadzania przez wodę wybudzą się i zerwą maskę tlenową, co mogłoby się skończyć utopieniem. Dlatego tuż po uśpieniu, każdemu chłopcu ratownicy mocno związali ręce na plecach i szczelnie założyli maskę ratunkową. Akcja rozpoczęła się o godzinie 10 rano 8 lipca. W trakcie pierwszego dnia pojawiły się problemy przy wyprowadzaniu chłopca o imieniu Night, który źle zareagował na podany mu lek. Jego oddech był nieregularny i przez pół godziny nie mógł się uspokoić. Drugiego dnia akcji ratunkowej jeden z chłopców zaczął wybudzać się w trakcie transportu. Wtedy nurek Jason Mallinson musiał wstrzyknąć chłopcu dodatkową dawkę ketaminy. Ostatni z jaskini został wyprowadzony najmniejszy z nich - Mark. Ratownicy mieli problem, żeby do jego twarzy dopasować odpowiednio małą maskę, która szczelnie przylegałaby do jamy ustnej.
Jaskinia tham luang -Szczęśliwa trzynastka" Wojciecha Bojanowskiego
Kluczowa rola dr. Richarda Harrisa
Jedną z osób, która odegrała kluczową rolę podczas ewakuacji, był australijski lekarz i nurek **Richard Harris**. To właśnie on nurkował w jaskini, w której utknęło 12 młodych piłkarzy z grupy "Dzikie Dziki" i ich trener, badał uwięzionych i opracował plan ewakuacji. Major Alex Rubin, członek Australijskich Sił Obrony, tłumaczył, że „jego wyjątkowe umiejętności wykwalifikowanego doktora oraz szerokie doświadczenie jako nurka jaskiniowego były wybitnie istotne dla finału akcji”. Harry postawił akcję ratunkową na pierwszym miejscu. We wtorek akcja w tajlandzkiej jaskini w **Tham Luang** została zakończona sukcesem. Radość z uratowania 13 osób szybko została przyćmiona przez tragiczną wieść z rodzinnego kraju Harrisa - w środę rano zmarł ojciec lekarza. Pearce, jego współpracownik, skomentował to słowami: „Dajesz z siebie wszystko, a potem dochodzi do ciebie smutna wiadomość o twoim ojcu, o twoim najlepszym przyjacielu. To naprawdę ciężkie”.
Wyzwania i sukces operacji
Krzysztof Starnawski, polski nurek jaskiniowy, wyraził uznanie dla akcji, mówiąc: „Oczywiście. Wraz z zespołem zgłosiliśmy też chęć pomocy, gdyby była taka potrzeba. Wszystko odbywa się bardzo profesjonalnie, choć warunki są trudne. Sytuacja podczas ratowania osób z zalanej jaskini nie może być w pełni przewidywalna, nikt do końca nie może być pewien, co się w trakcie takiej akcji wydarzy. Międzynarodowa grupa ratunkowa opracowała plan, który został zaakceptowany przez miejscowe władze. Jestem pełen uznania dla uczestników tej akcji. Zarówno dla ratujących, jak i dla ratowanych. Udaje im się dobrze współpracować. Jeszcze nigdy nigdzie na świecie nurkujący speleolodzy nie przeprowadzili takiej akcji”. Cały świat z zapartym tchem śledził akcję ratunkową w jaskini **Tham Luang** w Tajlandii, która zakończyła się sukcesem - wszyscy chłopcy i trener zostali wyprowadzeni z jaskini.