Katastrofalne pożary, obok epidemii, przez wieki stanowiły jedno z największych zagrożeń dla Sokołowa Małopolskiego, miasta o dominującej drewnianej zabudowie. Jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w historii miasteczka miało miejsce 25 lipca 1904 roku, kiedy to w ciągu zaledwie trzech godzin centrum Sokołowa Małopolskiego obróciło się w perzynę.
Wielki Pożar Sokołowa Małopolskiego w 1904 roku
Pożary, obok zaraz, przez wieki były plagą miasta, w którym dominowała drewniana zabudowa. Poprzedni wielki kataklizm miał miejsce jesienią 1863 roku, trawiąc sporą część zabudowy. Według szacunków spłonęło wówczas 150-170 domów, głównie tych zamieszkałych przez ludność żydowską stanowiącą ok. Przełom XIX i XX wieku był jednak dla miasteczka okresem rozwoju. W 1900 roku zamieszkiwało tu 4844 osoby. Liczba ta w 1904 roku wzrosła do 4930.
Szczęśliwy okres w życiu sokołowian został brutalnie przerwany 25 lipca 1904 roku. Kroniki milczą na temat szczegółowych przyczyn dramatu, który rozpoczął się około godziny ósmej. W przeciągu zaledwie paru godzin ogień pochłonął - jak skrupulatnie wyliczono - 581 domostw. Około siedmiuset rodzin straciło dach nad głową i często cały dorobek życia.
Spłonęły najważniejsze budynki w miasteczku: drewniany kościół farny i synagoga, urzędy gminny i skarbowy, apteka, parafialny szpital, żydowska szkoła i nieukończony jeszcze dom ludowy. Pożar okazał się nie tylko jednorazową katastrofą. Wstrzymał rozwój miasteczka na długi czas. Zgliszcza opuściło wielu mieszkańców, zwłaszcza narodowości żydowskiej. Nasiliła się emigracja, szczególnie tych zamożniejszych obywateli, do Stanów Zjednoczonych. Wraz ze spadkiem liczby mieszkańców następował spadek znaczenia miejscowości. Tego procesu nie powstrzymało ani szczęśliwe wyjście Sokołowa z I wojny światowej bez większych zniszczeń, ani odzyskanie niepodległości.
Kolejno wyprowadzano stąd urzędy, m.in. urząd podatkowy. Mimo, że miasteczko znalazło się na terenie Centralnego Okręgu Przemysłowego i w stosunkowo niedużej odległości od rozwijających się centrów przemysłowych, jak chociażby Rzeszów, Stalowa Wola czy Mielec, nie powstały tu żadne liczące się zakłady przemysłowe. Zrezygnowano nawet z planów przeprowadzenia przez miasteczko linii kolejowej. Efekt był taki, że w przededniu wybuchu II wojny światowej mieszkało tu ponad tysiąc osób mniej niż przed pożarem. W 1938 roku przebywało tu 3864 osób, w tym 2370 chrześcijan i 1485 izraelitów.
Po pożarze usiłowano wprowadzić obowiązek stawiania w miasteczku budynków murowanych, życie jednak zweryfikowało te plany, mimo, iż faktem jest, że liczba ceglanych budów znacznie wzrosła, pojawiło się więcej gmachów piętrowych. Spadku znaczenia nie wstrzymały nawet próby odbudowy i nowe inwestycje: w 1907 roku rozpoczęto budowę ratusza, zaczęto układać trotuary. W 1908 roku przystąpiono do budowy nowej świątyni katolickiej. Co ciekawe, finansowo pomogła w niej, ocalała w Sokołowie, ludność żydowska.

Ogień pojawił się ok. godz. 8:00. W ciągu trzech godzin pożar zniszczył ponad 500 domów. Nie oszczędził kościoła farnego, synagogi, apteki czy szpitala parafialnego. Większość bogatszych mieszkańców, głównie Żydów, po pożarze wyemigrowało do Stanów Zjednoczonych. Miasto po strawieniu przez pożar długo nie mogło powstać z kolan, nawet w okresie międzywojennym, na terytorium miasta nie została wybudowana żadna fabryka, tak jak ma to miejsce w ościennych miastach. Przez wielki pożar i upadek miasta, przepadła też szansa na linie kolejową w mieście.
Pożary kościołów w Sokołowie Małopolskim i okolicach
Duży, trójnawowy kościół z sobotami, zawierający 7 ołtarzy spłonął doszczętnie. 2 lipca 1678 roku spłonęła pierwsza dobrzańska świątynia, stojąca tu od erygowania parafii w 1361 roku. Dziś nie wiemy, niestety, jak wyglądała, jednakże wiemy, jak wyglądał ów tragiczny pożar.
W archiwum parafialnym, w najstarszej księdze metrykalnej, zaprowadzonej w tym samym roku po spaleniu, ówczesny proboszcz w osobie księdza Martinusa Franciscusa Dąbrowskiego (Marcina Franciszka Dąbrowskiego) odnotował opis tego zdarzenia, przetłumaczony później z łaciny przez ks. Edwarda Wojtusiaka, proboszcza w latach 1939 - 1980. W opisie tym przeczytać można:
Zaczyna się księgę metrykalną po spaleniu kościoła, które miało miejsce w Roku Pańskim 1678-mym, dnia 2 lipca, tj. w święto Nawiedzenia Najświętszej Maryji Panny, o godzinie 2-giej w nocy. Pożar ten spowodował w starym kościele rektor szkoły wraz z organistą, a to przez nieostrożne i wadliwe zawieszenie kadzielnicy z ogniem. Po drugie, ponieważ ogień naprzód pokazał się w kościele. A palić się zaczęło w ten sposób, że spłonęły wszelkie urządzenia kościelne, t.j. organy, dzwony, ornaty, kielichy w liczbie trzy, puszka srebrna, druga puszka do chorych, monstrancja - srebro jednak nie roztopiło się - i wszelkie sprzęty kościelne. Dwa srebrne krzyże obróciły się w proch. A stało się to w mojej nieobecności, gdy mnie zastępował Wielebny Ojciec Józef Suchocki, profes z zakonu Cystersów, z klasztoru szczyrzyckiego. Jak zatem widać, pożar był dość tragiczny.
Wraz z kościołem spłonęła także plebania, a wraz z nią również archiwum parafialne. Jednakże płomienie nie strawiły kultu Matki Bożej Szkaplerznej, czczonej tu od wieków, ani nie przerwał działalności Bractwa Najświętszej Maryi Dziewicy Szkaplerznej (Bractwa Szkaplerza Świętego), działającego w parafii od roku 1509 (prawdopodobnie). Dziś, gdyby nie ten opis w księdze metrykalnej, prawdopodobnie o pożarze wiedzielibyśmy tylko tyle, że miał miejsce. Jednakże ówczesny, zapobiegawczy proboszcz wpisał to zdarzenie, ku informacji dla potomnych. Wiadomo natomiast, że na fundamencie i zgliszczach wybudowano w latach 1678 - 1684 nową świątynię, która pod wezwaniem św. Ziemia Strzelecka.
Inne przypadki pożarów świątyń w regionie
Do jednego z najpoważniejszych pożarów świątyni doszło w 1989 r. Był 1982 rok, kiedy mieszkańcy Błotnicy Strzeleckiej rozpoczęli budowę kościoła św. Jadwigi w swojej wsi. Choć w tych latach trudno było o materiały budowlane, to osoby odpowiedzialne za inwestycje, zdobyły je, by móc postawić świątynię. Po 6 latach pracy główna bryła była już gotowa, a prace przeniosły się do środka obiektu. 19 sierpnia 1988 r. doszło jednak do poważnego pożaru, który wywołali pracownicy podczas spawania metalowych elementów. Ogień poważnie strawił niemal cały budynek. Z niedokończonego kościoła udało się uratować m.in. W 1989 roku mieszkańcy wspólnie z proboszczem Janem Czekańskim zdecydowali się rozebrać nadpaloną konstrukcję, którą budowali przez tyle lat. Niedługo po tym budowa ruszyła na nowo według nowego projektu. Autorem dokumentacji był opolski architekt Wilhelm Kik. Uroczystość konsekracji zorganizowana została 18 czerwca 1995 roku z udziałem arcybiskupa Alfonsa Nossola. Kościół stanął dzięki funduszom zebranym przez mieszkańców wsi, natomiast dzwony kościelne są darem parafii w Rokitnicy.
Generalnie pożary kościołów zdarzają się rzadko - zapewne dlatego, że są one często pod szczególnym nadzorem parafian. 3 stycznia 1992 w kościele św. Jadwigi w Zalesiu Śląskim ogień pojawił się w zakrystii. Choć straty po nim okazały się ogromne, to strażakom udało się wtedy zatrzymać żywioł i uratować resztę kościoła. Z kolei 30 lipca 1974 r. podczas spawania kołnierza krzyża na dachu nowo budowanego kościoła św. Joachima i św. Anny w Dziewkowicach zapaliła się łatwopalna żywica. Pracownicy używali jej do uszczelnienia podstawy krzyża. Poważny w skutkach był także pożar kościoła pątniczego, który znajduje się w Studzionce pod Ujazdem. W 1953 r. od uderzenia pioruna zapaliła się tam wieża świątyni.

Sokolec [drugi raz w ciągu 3 dni] i Jugów - to miejscowości, w których w nocy z 2 na 3 sierpnia musieli interweniować strażacy. I nie było to gaszenie suchej trawy... Paliły się pustostany, a w akcjach w sumie brało udział 35 pojazdów! Na szczęście nikomu nic się nie stało. O godz. 21:30 w sobotę, 2 sierpnia, do Stanowiska Kierowania Komendanta Powiatowego PSP w Kłodzku, dotarła informacja o pożarze dawnego schroniska w Sokolcu. Na miejsce, w trudno dostępny teren leśny, zadysponowano 11 wozów straży pożarnej. Gdy strażacy dojechali na miejsce, zastali dopalające się elementy konstrukcyjne budynku. O godz. 22:40 przyszedł kolejny sygnał: pali się dawny dom wczasowy przy ulicy Sikorskiego w Jugowie! Tam pojechały aż 24 wozy. Ogień objął trzecią kondygnację budynku i dach. Tu też warunki były bardzo trudne. Od hydrantu strażaków dzieliło 1,5 kilometra. Czy to przypadek, że to już trzeci podobny pożar w okolicy? O pierwszym pisaliśmy TUTAJ. * We wszystkich akcjach brali udział druhowie z OSP Nowa Ruda-Słupiec, którym dziękujemy za wysiłek. Wykorzystujemy ich zdjęcia.
18 sierpnia na terenie kościoła w Sokolanach przeprowadzono ćwiczenia dla strażaków. Scenariusz ćwiczeń zakładał, że na wieży kościoła wybuchł pożar, który rozprzestrzeniając się stwarzał zagrożenie dla pozostałej części obiektu. Strażacy musieli m.in. ugasić pożar, przeszukać obiekt, odnaleźć i ewakuować osobę poszkodowaną oraz udzielić jej kwalifikowanej pierwszej pomocy. Sposób realizacji zadań obserwował i oceniał Zespół Inspekcyjny Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Białymstoku. Ponadto ćwiczenia wizytował Podlaski Komendant Wojewódzki Państwowej Straży Pożarnej - st. bryg. Sebastian Zdanowicz wraz ze swoim zastępcą - st. bryg. Robertem Dzierżkiem oraz Komendantem Powiatowym PSP w Sokółce - st. bryg. gov.pl/kppsp-sokolkaopr.
Pożarów kościoła, samej wieży oraz innych budynków przykościelnych było wiele. Zawsze jednak w krótkim czasie wszystkie zniszczenia były naprawiane i odbudowywane. W roku 1469 pożar zniszczył całe miasto, a wraz z nim kościół pw. św. Marcina i Małgorzaty. W wieku XVIII kościół palił się trzykrotnie w latach: 1728, 1743 i 1796. W roku 1743 odnowiono kościół po pożarze, w trakcie którego spłonęła wysoka wieża, wzniesiona przez Mikołaja Wolskiego przed rokiem 1623. W 1796 roku spłonął dach kościoła i odbudowana niedawno wieża z zegarem oraz część biblioteki klasztornej. W roku 1807 kolejny pożar niszczy częściowo kościół i prawie całkowicie budynki gospodarcze. W latach 1885-1899 ksiądz Adam Grzeliński remontuje plebanię oraz buduje nową wieżę, która w tym kształcie istnieje do dnia dzisiejszego.
Pożar kościoła w 2011 roku
10 lipca 2011 r. podczas niedzielnej Mszy Świętej o godzinie 7.30 (celebrował ją wówczas ówczesny ksiądz prefekt Paweł Marczewski) w czasie burzy, piorun uderzając w wieżę kościoła spowodował jej pożar i wielkie uszkodzenia: dzwonów, kurantów, zegara, instalacji elektrycznej, odgromowej, nagłaśniającej, telekomunikacyjnej i wiele innych mniejszych szkód. Ksiądz Proboszcz ewakuował wiernych w ok. 2 min. Wspaniale spisali się strażacy. W trakcie sprawnie prowadzonej akcji gaśniczej został zdemontowany krzyż. Już nazajutrz zostały rozpoczęte wszystkie niezbędne czynności mające na celu doprowadzenie wieży do pierwotnego wyglądu i do naprawy mediów. Cel zasadniczy był jeden - zamontować nowy krzyż na wieży do 14 września, na Uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego.
Kierując się poczuciem odpowiedzialności ratowania historycznie jednej z najstarszych świątyń w Polsce, a przede wszystkim słowami Pana Jezusa cytującego psalm 69: Gorliwość o dom Twój pożera Mnie, bez żadnej pomocy z zewnątrz tj. władz miejskich, powiatowych czy też wojewódzkich i innych (były tylko obietnice i zapewnienia), z remontem nie mogliśmy czekać do zimy lub przyszłego roku, przykrywając wieżę np. prowizoryczną plandeką. Uznaliśmy, że należy działać natychmiast. Wstrzymywały nas różnego rodzaju zabiegi biurokratyczne nielicznych - nieżyczliwych. Każda burza czy ulewa to lęk o dobro wspólne, dlatego z wielką odpowiedzialnością i starannością zostały rozpoczęte prace remontowe. Pomimo, że w Polsce dba się podobno o dobra kultury, a i w naszym środowisku na czele z Władzami jest to „sprawa priorytetowa”, było wielkie milczenie.
Od 08 sierpnia 2011 roku rozpoczęły się prace wysokościowe prowadzone przez ekipę fachowców-górali pod kierownictwem pana Józefa Stasiaka. Przygotowano dokumentację (opracował ją mgr inż. architekt Witold Dominik i inni Specjaliści). Wszystkie te czynności nie mogłyby być wykonane gdyby nie zaangażowanie części wiernych, przede wszystkim parafian, życzliwości niektórych osób oraz firm (pobierających oczywiście wynagrodzenie za wykonaną pracę). W sposób szczególny należą się w tym miejscu podziękowania ówczesnemu księdzu prefektowi Grzegorzowi Paszce, który zaangażował się w prace organizacyjne, fotograficzne (wspierany przez ks. Tomasza Chalusiaka). Całością kierował ksiądz Proboszcz Wiesław Korpeta.
Koszty związane z remontem wieży i innych uszkodzeń oszacowano, w przybliżeniu, na ponad 340 tysięcy złotych. Zwrot za szkody z ubezpieczenia wyniósł 73.463 zł 11 gr. i wpłynął na konto parafii po ośmiu miesiącach od pożaru.