Odszkodowanie dla PKN Orlen za pożary w czeskich rafineriach i kwestie bezpieczeństwa

Koncern PKN Orlen, będący właścicielem większości udziałów w czeskiej grupie Unipetrol, mierzył się z konsekwencjami dwóch poważnych incydentów w swoich czeskich rafineriach: awarii w Chempark Zaluzi w 2015 roku oraz tragicznego pożaru w Kralupach nad Wełtawą w 2018 roku. Obydwa zdarzenia wywołały znaczące straty finansowe i podniosły kwestie bezpieczeństwa pracy oraz odpowiedzialności w skomplikowanych łańcuchach podwykonawców.

Odszkodowanie dla PKN Orlen za awarię w Chempark Zaluzi (2015)

Unipetrol RPA, spółka z czeskiej grupy Unipetrolu, w której PKN Orlen posiada większość udziałów, otrzymał potwierdzenie prawa do odszkodowania w związku z awarią w zakładach Chempark Zaluzi w 2015 roku. Chempark Zaluzi w Litvinowie jest największym czeskim podmiotem chemicznym.

Przebieg awarii i jej skutki

Do poważnej awarii - wybuchu, a następnie pożaru - doszło tam 13 sierpnia 2015 roku. Zniszczeniu uległa instalacja do produkcji etylenu (Steam Cracker), co istotnie ograniczyło produkcję grupy PKN Orlen. Koncern oszacował, że sam koszt odbudowy instalacji po pożarze wyniósł około 600 milionów złotych, a utracone korzyści do końca 2015 roku sięgnęły 400 milionów złotych. Awaria ta miała istotny wpływ na wyniki PKN Orlen.

schemat uszkodzonej instalacji etylenu (Steam Cracker) w Chempark Zaluzi po pożarze

Wysokość odszkodowania i proces negocjacji

Pożar, który spowodował awarię, wiązał się dla ubezpieczyciela z koniecznością wypłacenia 1,28 miliarda złotych w 2016 roku. Biuro prasowe PKN Orlen informowało „Parkiet”: „Nasz szacunek roszczenia, przeliczony kursem z 31 marca 2017 r., wynosił 2,2 mld zł. Negocjacje trwają. Ostatnia transza ubezpieczenia powinna wpłynąć do końca tego roku.” Oznacza to, że koncern oczekiwał jeszcze zwrotu około 0,5 miliarda złotych. Wiceprezes PKN Orlen ds. finansowych Sławomir Jędrzejczyk zaznaczał, że proces ten jest trudny i rozłożony w czasie. Firma liczy na pełne usunięcie skutków tego pożaru do końca pierwszego półrocza, a PKN Orlen będzie zabiegał u ubezpieczyciela o wyrównanie wszystkich poniesionych strat, które łącznie prawdopodobnie sięgną 1,8 miliarda złotych. Niewielką część płatności grupa już otrzymała, a większość miała przypaść na 2017 rok.

Odbudowa instalacji i nowe inwestycje

W grudniu 2015 roku Unipetrol informował, że dwie spółki, Linde Engineering i Technip, odbudują zniszczoną pożarem instalację etylenu w Chempark Zaluzi. Wcześniej Unipetrol podawał, że uruchomienie w części zniszczonej pożarem instalacji powinno być możliwe w lipcu 2016 roku, obejmując do 65 procent mocy. W kwietniu 2017 roku wiceprezes PKN Orlen Sławomir Jędrzejczyk informował, że odbudowywana instalacja miała ruszyć w trzecim kwartale tego roku, wykorzystując 70 procent mocy, by w kolejnym kwartale osiągnąć pełną moc. Zaznaczył przy tym, że inwestycja ta miała kosztować około 600 milionów złotych.

Niezależnie od odbudowy, Unipetrol i PKN Orlen podały, że w zakładach Chempark Zaluzi rozpoczęto, zapowiadaną od 2015 roku, budowę nowej instalacji polietylenu PE3 o zdolności produkcyjnej 270 tysięcy ton rocznie, która zastąpi jednostkę PE1. Łączny koszt tej inwestycji, której wykonawcą jest Technip, szacowany jest na 8,5 miliarda CZK. Według Unipetrolu, nowa instalacja polietylenu PE3, jedna z najnowocześniejszych tego typu w Europie, miała być gotowa w połowie 2018 roku.

Wpływ na produkcję i udziały PKN Orlen w Unipetrolu

W ubiegłym roku (w kontekście tekstu - 2016) wszystkie rafinerie PKN Orlen przerobiły ponad 30,9 miliona ton ropy, co oznaczało wzrost o 13 procent w stosunku do 2014 roku. Instalacje koncernu zlokalizowane w Polsce przerobiły 15,7 miliona ton ropy, w Czechach 6,5 miliona ton, a resztę litewska rafineria w Możejkach. Stosunkowo duży przerób ropy zanotowany w tym okresie był przede wszystkim efektem wyjątkowo wysokich marż uzyskiwanych na produkcji paliw płynnych oraz innych wyrobów ropopochodnych. Jednakże, z uwagi na planowane przestoje remontowe, szczególnie długie w Litvinowie, przewidywano, że ten rok nie będzie już tak udany. PKN Orlen posiada 62,99 procent udziałów w czeskim Unipetrolu od 2005 roku. Dalsze 23,7 procent akcji ma tam J&T Group, a pozostali akcjonariusze mają 13,31 procent akcji.

Tragiczny pożar w rafinerii Unipetrol w Kralupach nad Wełtawą (2018)

W 2018 roku doszło do kolejnej tragedii - pożaru w rafinerii Unipetrol w Kralupach nad Wełtawą, która pochłonęła sześć ofiar. Incydent ten ponownie skierował uwagę na kwestie bezpieczeństwa i warunków pracy w sektorze petrochemicznym.

Rafineria Unipetrol w Kralupach nad Wełtawą, widok z zewnątrz

Okoliczności wypadku i wstępne ustalenia

Koło dziewiątej rano zaczęło piszczeć urządzenie mierzące stężenie gazu w powietrzu. Na zbiorniku paliwa w terminalu dystrybucyjnym rafinerii Unipetrol było wtedy dwunastu robotników z czterech różnych firm. Jeden z bardziej doświadczonych Rumunów kilkukrotnie zwracał przełożonemu uwagę na sygnał analizatora. Mimo to kierownik chciał, żeby robotnicy dalej demontowali zawory bezpieczeństwa, dążąc do szybkiego dokończenia pracy. Według świadków wypadku, eksplozję spowodowało urządzenie aeroterm, używane do suszenia i utwardzania powłoki wierzchniej zbiorników. W wyniku podłączenia go do prądu mogła powstać iskra, przez którą nagromadzone opary mogły ulec samozapłonowi. Dyrektor Instytutu Badawczego Ochrony Pracy (Výzkumný ústav bezpečnosti práce) Stanislav Malý powiedział czeskiemu portalowi „MF DNES”, że na miejscu znaleziono spawarkę i szlifierkę. Przyczynę katastrofy ustali dopiero dochodzenie. Jiří Hájek, dyrektor ds. komunikacji spółki Unipetrol, stwierdził, że "Dopiero śledztwo pokaże, co eksplodowało, ja nie mogę tego stwierdzić", dodając, że "Podczas szkolenia jako jeden z powodów, dla których trzeba natychmiast skończyć pracę i odejść, podaje się właśnie piszczenie detektora gazu."

Wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa pracy i ofiary

Z wypadkiem wiąże się cały szereg wątpliwości: czy robotnikom Unipetrolu pozwolono pracować za pomocą urządzeń elektrycznych w miejscu, gdzie groziła kumulacja gazów wybuchowych? Dlaczego kontynuowali pracę, mimo że analizator sygnalizował niebezpieczeństwo? Czy robotnicy byli wystarczająco dobrze wyszkoleni do pracy w środowisku o zwiększonym ryzyku? Czy w ogóle mieli ważne umowy o pracę?

Wśród ofiar znaleźli się Ion Pandele (47 lat), pochodzący z Tinosu w Rumunii, który dla podwykonawców firmy Envir-invest pracował od ponad dziesięciu lat i był najbardziej doświadczony z całej grupy robotników. Jego kolega Constantin Brânzaru (55 lat) pracował w Czechach od 2011 roku, planując powrót do Rumunii, aby dokończyć budowę domu dla syna. Pozostałe ofiary to Marian Iulian Mihăilescu (31 lat) i Georgian Cătălin Ştefan (24 lata). Tożsamości jednego z sześciu tragicznie zmarłych robotników nie udało się zidentyfikować nawet miesiąc po eksplozji, a lokalna policja czekała na wyniki analizy DNA. Na miejscu wybuchu pracował co najmniej jeden człowiek bez umowy o pracę, a jego tożsamości najprawdopodobniej nie znała nawet firma, dla której pracował.

Rola podwykonawców i warunki pracy

Pytania prowokuje również fakt, że w pracy uczestniczyli pracownicy powiązani z Unipetrolem długim łańcuchem firm podwykonawczych. Unipetrol wynajął do prac konserwacyjnych firmę Bilfinger Euromont, która działa w tym sektorze od połowy lat 90. i należy do największych dostawców prac inżynierskich w przemyśle petrochemicznym. Firma ta była odpowiedzialna za prace przeprowadzane na zbiorniku i miała na miejscu pracownika - Ondřeja M. Przy pracy na zbiorniku szczególnie widoczne było nagromadzenie firm podwykonawczych. Firma Bilfinger Euromont, która miała przeprowadzić renowację, prawdopodobnie z powodu niewystarczającej liczby własnych pracowników oraz redukcji kosztów, wynajęła firmę Envir-Invest. Ten łańcuch nieprzejrzystych relacji handlowych i stosunków pracy między podmiotem zamawiającym a wykonawcą zamówienia umożliwia firmom nie tylko obniżenie kosztów płac i wykorzystywanie podległej pozycji obcokrajowców, lecz również pomaga im uniknąć odpowiedzialności w przypadku problemów.

Rumunski robotnik Nicolae, pracujący dla Envir-invest, opisał swoje doświadczenia. Szkolenie BHP było stosunkowo długie, dwie-trzy godziny, ale odbywało się wyłącznie po czesku. „Starałem się podejść do kogoś, kto lepiej rozumiał, żeby coś załapać. Coś można zrozumieć z rysunków, coś innego wytłumaczy ktoś, kto lepiej zna język. Niestety, to taka improwizacja” - wyjaśnił Nicolae. Według niego szkolenie było raczej formalnością, ponieważ nawet potwierdzenie, które podpisywali robotnicy, było tylko po czesku. Po wypadku, dyrektor firmy Euromont zwołał pracowników spółki podwykonawczej Envir-invest i oznajmił, że nie mają rozmawiać o wydarzeniu z dziennikarzami. Nicolae ma umowę na czas nieokreślony, ale zaznaczył, że dla firmy pracują też ludzie na umowach krótkoterminowych albo zupełnie na czarno. Często pracują pod presją i w niektórych dniach ponad dwanaście godzin. Nicolae potwierdza, że do Czech przyjeżdżają najczęściej niewykwalifikowani pracownicy z rumuńskich wsi, wielu z nich jest niepiśmiennych, co utrudnia wyjaśnianie im zagrożeń. „Kiedy powie się im, że mają tłuc pięćdziesięciokilogramowym młotem, będą to robić.” Firma Envir-invest wysyła obcokrajowców do pracy w warunkach zwiększonego ryzyka, gdzie występują materiały łatwopalne. Pracownicy znajdują się często pod presją nieludzkich terminów i sami przyjmują nadgodziny, żeby osiągnąć wyższe zarobki. W Kralupach, odpowiedzialny za nadzór był niedoświadczony pracownik Euromontu, wykwalifikowany tylko na papierze, co budziło wątpliwości wśród kolegów. „Na każde zadanie musi wydać odpowiednie pozwolenie zarządca, w tym przypadku Unipetrol.”

Związkowiec Martin Machačný podkreślał, że wszyscy zatrudnieni wchodząc na teren rafinerii muszą mieć kartę potwierdzającą przeszkolenie BHP, a bez niej nikt nie może się tam dostać. Dodał również: „Jeśli nie można przeprowadzić szkolenia w języku ojczystym, musi być na nim obecna osoba, która tłumaczy.”

Reakcje społeczne i kwestie informowania

Teren dystrybucyjny w Kralupach jest widoczny z Veltrus, a miejscowi wyraźnie słyszeli wybuch i obawiali się rozprzestrzenienia pożaru czy przedostania się chemikaliów do atmosfery. Burmistrz Veltrus, Filip Volák, wyraził swoje zaniepokojenie: „Pierwsze informacje miałem z mediów, a Unipetrol zawiadomił mnie dopiero jakieś trzy godziny po wydarzeniu, bardzo późno.” Dyrektor ds. komunikacji Unipetrolu Jiří Hájek nie widział problemu w informowaniu burmistrzów, określając to jako „kwestia techniczna”. Burmistrz Volák dodał: „Mam wrażenie, że inwestycje w infrastrukturę są niewystarczające, przy czym w ubiegłych latach Unipetrol wykazał spory zysk. Wypadek w rafinerii jest dla mnie potwierdzeniem, że firmie brakuje wiarygodności. Nie mówię już o wspieraniu ekologii czy edukacji w gminie, które jest raczej symboliczne, rzędu dziesiątek tysięcy koron. Korzyści ekonomiczne, które dzięki firmie ma nasz region, zamieniłbym za to, żeby było tu bezpiecznie i żeby choć trochę poprawić stan środowiska naturalnego.”

Akcję protestacyjną przed wejściem do rafinerii zorganizowała niezależna inicjatywa „Praca nie może zabijać” (Práce nesmí zabíjet), która powstała w reakcji na katastrofę.

Kontekst historyczny i własnościowy Unipetrolu

PKN Orlen nabył Unipetrol w 2005 roku. Jednak historia prywatyzacji czeskiego koncernu jest złożona. W grudniu 2001 roku rząd ówczesnego premiera Zemana zdecydował o sprzedaży większości udziałów Unipetrolu firmie Agrofert należącej do Andreja Babiša, mimo że konkurencyjna brytyjska firma Rotch Energy oferowała 2,5 miliarda CZK więcej. Po tym niespodziewanym kroku wartość rynkowa Unipetrolu zaczęła dramatycznie spadać. Podczas drugiej próby prywatyzacji przedsiębiorstwa, rząd Stanislava Grossa ponownie współpracował z Andrejem Babišem. Umówił się on z polską spółką państwową PKN Orlen na sprzedaż Unipetrolu za korzystną cenę pod warunkiem, że będzie mógł potem kupić udziały w przedsiębiorstwie. Rząd wyeliminował z przetargu konkurentów PKN Orlen, którzy według tygodnika „Respekt” oferowali o 4 miliardy CZK więcej. W Polsce sprawę tę badał Trybunał Konstytucyjny.

Obecnie w rafinerii w Kralupach nad Wełtawą pracuje około trzystu stałych pracowników firmy Unipetrol, przede wszystkim operatorów produkcji lub pracowników laboratoriów. W rezultacie mniej osób wykonuje więcej pracy. Do wszystkich prac związanych z konserwacją spółka zatrudnia podwykonawców. Koncern przyniósł swojemu polskiemu właścicielowi PKN Orlen 8,7 miliarda CZK.

Bezpieczeństwo i warunki pracy w sektorze petrochemicznym

Łańcuch nieprzejrzystych relacji handlowych i stosunków pracy między podmiotem zamawiającym a wykonawcą zamówienia umożliwia firmom nie tylko obniżenie kosztów płac i wykorzystywanie podległej pozycji obcokrajowców, lecz również pomaga im uniknąć odpowiedzialności w przypadku problemów. Jak inspekcja pracy poradzi sobie ze skomplikowanymi związkami podwykonawstwa i kto zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za katastrofę? Przedstawiciele koncernu obstają przy tym, że wysokie standardy bezpieczeństwa pracy i ruchu na terenie zakładu są opracowane tak, że obowiązują zarówno osoby zatrudnione przez firmę, jak i pracowników spółek podwykonawczych.

Nicolae, rumuński pracownik, opisuje własne doświadczenia z poszukiwaniem pracy w Czechach: „Mnóstwo moich rodaków zamieszcza oferty pracy w gazetach albo w internecie. Dużo obiecują: góry pieniędzy, piękne mieszkanie, ale w rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej. To rodacy, którzy wyzyskują innych Rumunów, przede wszystkim tych z biedniejszych rejonów kraju, którzy często nie są zbyt wykształceni.” Jego słowa potwierdza pracownik socjalny Diakonii Ewangelickiego Kościoła Czeskobraterskiego Vít Prudil, który ma doświadczenia z pracowniczym wyzyskiwaniem obcokrajowców. Mimo szoku po tragedii w Kralupach, Nicolae pozostaje w Czechach, choć z rezygnacją stwierdza: „Umrzeć można gdziekolwiek.” Wyraża nadzieję, że „ujawniono prawdę. Ale zwykle na końcu to zmarli są uznani za winnych.”

infografika przedstawiająca złożony łańcuch podwykonawców w przemyśle

tags: #odszkodowanie #dla #orlenu #za #pozar #w