Ostatnie incydenty w polskich szpitalach, w których doszło do pożarów z udziałem pacjentów, wzbudziły poważne obawy dotyczące bezpieczeństwa. Zdarzenia te, często mające tragiczny finał, zmuszają do refleksji nad procedurami bezpieczeństwa i odpowiedzialnością placówek medycznych, zwłaszcza gdy dotyczą osób unieruchomionych lub przykutych do łóżka.
Tragiczne pożary z udziałem pacjentów unieruchomionych lub przykutych do łóżka
Pożar w Częstochowie: Śmierć dwóch pacjentów, jeden przywiązany pasami
W Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Częstochowie doszło do tragicznego pożaru, w którym zginęło dwóch pacjentów. Jedną z ofiar był 35-letni Arkadiusz M., który, jak wynika z ustaleń "Faktu", był przywiązany pasami do łóżka i nie mógł się ratować. Drugą ofiarą tragicznego pożaru jest 50-latek, który zmarł w Siemianowickim Centrum Leczenia Oparzeń, mając poparzone 85 procent ciała. Mieszkańcy sąsiedztwa Arkadiusza M. są w szoku, pytając: „Młody chłopak, miał przed sobą całe życie. Przecież w szpitalu powinni go leczyć i chronić, a on tam spłonął żywcem. To się w głowie nie mieści. Gdzie był personel, czy nie czuli, że ktoś pali papierosy w sali szpitalnej?”. Pożar wybuchł w środę po godzinie szesnastej na oddziale neurologii. Arkadiusz M. był w sali razem z 50-letnim pacjentem. Prawdopodobną przyczyną zdarzenia było zaprószenie ognia przez 50-latka, który zapalił papierosa, od którego zajęła się sala i łóżka. W tym czasie na oddziale, w sąsiednich salach, przebywało 23 pacjentów, dwie pielęgniarki, opiekun medyczny i dwóch lekarzy. Jednocześnie dyżurny straży pożarnej w Częstochowie odebrał sygnał z monitoringu, do którego podłączony jest szpital. Mł. bryg. Kamil Dzwonnik, rzecznik Komendy Miejskiej PSP w Częstochowie, opowiadał, że gdy strażacy przyjechali, sala była zajęta ogniem. Ogień opanowano w pół godziny, jednak na ratunek dla Arkadiusza M. było za późno - zginął na miejscu. Z kolei 50-latka w stanie krytycznym przewieziono śmigłowcem do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich, gdzie zmarł w czwartek. Szpital milczy w tej sprawie. Tuż po pożarze na miejscu pojawili się policjanci i prokuratorzy. Tomasz Ozimek, rzecznik prokuratury okręgowej w Częstochowie, poinformował, że „prowadzimy śledztwo dwutorowo. Pierwszy wątek dotyczy sprowadzenia pożaru, który zagrażał życiu i zdrowiu wielu osób oraz mieniu o wielkich rozmiarów. Drugi dotyczy narażenia pacjentów oddziału neurologii na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia przez personel placówki na skutek sprawowania niewłaściwej opieki nad pacjentami”. Rzecznik szpitala Dariusz Tworzydło, zapytany przez "Fakt", dlaczego Arkadiusz M. był przywiązany pasami do łóżka, odpowiedział, że nie może na razie ujawnić powodów. Śledztwo, z uwagi na skomplikowany charakter sprawy, będzie prowadziła Prokuratura Okręgowa w Częstochowie. Pożar wybuchł w dwułóżkowej sali na trzeciej kondygnacji. Prokurator na miejscu przeprowadził oględziny z udziałem biegłego w zakresie pożarnictwa. „Ze wstępnych ustaleń tych czynności wynika, że prawdopodobną przyczyną tego pożaru było zaprószenie ognia przez jednego z pacjentów, który przebywał na tym oddziale” - powiedział prok. Ozimek. Po pożarze oddział neurologii został wyłączony z użytkowania.

Śmierć pacjenta przywiązanego do łóżka w Kutnie
Prokuratura w Kutnie prowadzi śledztwo w sprawie śmierci 37-letniego pacjenta, który zmarł w wyniku poparzeń, po tym jak zapaliło się łóżko szpitalne, do którego był przywiązany. Mężczyzna trafił do kutnowskiego szpitala w minioną sobotę. Z relacji personelu medycznego wynika, że wdrożono właściwą terapię. Około godziny 24 mężczyzna zaczął się dziwnie zachowywać - nielogicznie się wypowiadał, chciał wyjść ze szpitala i był agresywny. Około godziny 1 w nocy w zajmowanej przez chorego sali doszło do pożaru. Personel zawiadomił drugi z pacjentów. Poszkodowany został przeniesiony na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej, a następnie do specjalistycznej placówki zajmującej się leczeniem poparzeń. Przeprowadzone z udziałem biegłego z zakresu pożarnictwa oględziny doprowadziły do ujawnienia na łóżku, które uległo spaleniu, papierosów i nadpalonej zapalniczki. Aktualnie prowadzone postępowanie dotyczy nieumyślnego spowodowania śmierci. Jak nieoficjalnie wiadomo, materac, na którym leżał chory, był wykonany z łatwopalnej gąbki, która przy zetknięciu z ogniem natychmiast się zapaliła. Zawieść miały także magnetyczne pasy bezpieczeństwa, którymi pacjent był przywiązany do łóżka. Śledczy zarządzili kontrolę w szpitalu pod kątem przestrzegania norm BHP.
Inne incydenty pożarowe spowodowane przez pacjentów
Pożar w szpitalu w Lesznie: Pijany pacjent podpala salę
W Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym przy ul. Jana Kiepury w Lesznie doszło do niecodziennej sytuacji, gdy pijany pacjent podpalił salę chorych na oddziale chirurgicznym. 53-latek został przywieziony karetką pogotowia ratunkowego w czwartek, 21 lutego, około godziny 19. Miał uraz głowy i był w stanie znacznego upojenia alkoholowego - ponad 3 promile alkoholu. Po niezbędnych badaniach lekarz uznał, że pacjent musi zostać na obserwacji, aby sprawdzić, czy uraz nie doprowadził do uszkodzenia struktur mózgowych. 53-latek został skierowany na oddział około godziny 22:00. Kilkanaście minut później zaprószył ogień w sali, w której został umieszczony, podpalając materac, a następnie wybiegł na korytarz i groził personelowi oraz innym pacjentom. Próbował też podpalić inne pomieszczenia. Na miejsce natychmiast pojawiła się straż pożarna; z uwagi na charakter obiektu zadysponowano 8 wozów strażackich. Rafał Wypych, rzecznik KP PSP w Lesznie, poinformował, że „na szczęście pożar nie rozprzestrzenił się poza obręb jednej sali”. Dodał, że „jednocześnie z ewakuacją pacjentów przez personel, drzwi do palącej się sali zostały zamknięte, dzięki czemu ogień nie przedostał się na korytarz i do innych pomieszczeń”. Spłonęło wyposażenie pokoju: łóżko, telewizor, stolik, a ściany są okopcone. Sprawcę zatrzymano i przewieziono na komendę; w chwili zatrzymania przez policjantów mężczyzna miał 1,8 promila alkoholu. Po tym zdarzeniu w audycji „Temat dla reportera” Radia Elka pojawiło się pytanie, czy pijany pacjent może zostać przyjęty na oddział szpitalny. Dyrektor szpitala, Tomasz Karmiński, odpowiedział: „Pacjent pijany jest nadal pacjentem. Pacjent pijany jest też człowiekiem. Nie możemy odmówić wykonania usług medycznych, diagnostyki i leczenia z tego powodu, że ktoś nadużył alkoholu.” Pojawiło się też pytanie, dlaczego pacjent miał przy sobie zapalniczkę. Dyrektor odpowiedział, że „personel nie może drobiazgowo kontrolować pacjentów szpitala, to mogłoby być odebrane jako restrykcje czy wręcz represje. Zakładamy, że osoba, która trafia do szpitala chce się leczyć, a nie demolować szpital”. 50-latek uciekł na drugą - damską część oddziału. Tam personel zamknął go w toalecie, gdzie próbował również podłożyć ogień. Spacyfikowali go dopiero policjanci. Ze szpitala musiano ewakuować 18 osób, w tym jedną w poważnym stanie.

Incydent w Kaliszu: Pacjent podpala łóżko z powodu zdenerwowania
W Kaliszu, 6 grudnia po godzinie 15:00 na 10 piętrze budynku szpitala doszło do pożaru spowodowanego przez pacjenta. Mężczyzna był leczony na oddziale urazowo-ortopedycznym i miał opuścić szpital przy Poznańskiej we wtorek. Jak opisuje Paweł Gawroński, rzecznik kaliskiego szpitala, mężczyzna zdenerwował się czekaniem na rodzinę i zaczął rzucać w pielęgniarki taboretami. Kiedy zaczęły go uspokajać, na łóżku pojawił się ogień. Na szczęście pożar nie był poważny i szybko został ugaszony. Przed przyjazdem straży, ogień ugasiła pielęgniarka. Rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Kaliszu poinformował, że ze względu na charakter zdarzenia zadysponowano 7 zastępów straży pożarnej. W tym samym czasie personel pozamykał drzwi do pozostałych sal chorych. Na miejscu zdarzenia pracuje także policja. Sprawca pożaru zostanie przesłuchany, podobnie jak personel. Dochodzenie będzie prowadzone najprawdopodobniej w sprawie narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, za co grozi do 3 lat pozbawienia wolności.
Pożar w Beskidzkim Centrum Onkologii: Pacjentka z oparzeniami
W Beskidzkim Centrum Onkologii, na Oddziale Medycyny Paliatywnej, doszło do pożaru w sali szpitalnej. W sali, w której doszło do pożaru, przebywała 72-letnia pacjentka, która leżała wcześniej na łóżku, które uległo zapaleniu, doznając rozległych oparzeń ciała. Pożar został ugaszony przez personel medyczny za pomocą gaśnic proszkowych, który następnie udzielił pomocy medycznej poszkodowanej. Przed przybyciem jednostek straży pożarnej, 20 osób obecnych na oddziale zostało ewakuowanych przez pracowników szpitala. Strażacy sprawdzali pomieszczenia na obecność tlenku węgla we wszystkich pomieszczeniach na trzech kondygnacjach, nie stwierdzając zagrożenia. Dalsze czynności wyjaśniające prowadzi obecna na miejscu policja. W wyniku pożaru zniszczeniu uległo łóżko i inne wyposażenie sali.

Kwestie bezpieczeństwa i odpowiedzialności
Przyjmowanie pacjentów pod wpływem alkoholu i kontrola przedmiotów
Opisane przypadki, takie jak ten w Lesznie, rodzą ważne pytania dotyczące procedur przyjmowania pacjentów pod wpływem alkoholu oraz możliwości kontroli posiadanych przez nich przedmiotów. Dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Lesznie jasno podkreślił, że odmowa udzielenia usług medycznych z powodu nadużycia alkoholu jest niemożliwa, gdyż „pacjent pijany jest nadal pacjentem”. Odnośnie posiadania przez pacjentów zapalniczek czy zapałek, dyrektor wyjaśnił, że „personel nie może drobiazgowo kontrolować pacjentów szpitala, to mogłoby być odebrane jako restrykcje czy wręcz represje. Zakładamy, że osoba, która trafia do szpitala chce się leczyć, a nie demolować szpital”.
Dochodzenia prokuratorskie i konsekwencje prawne
Większość opisanych incydentów skutkowała wszczęciem dochodzeń prokuratorskich. W Częstochowie śledztwo dotyczy sprowadzenia pożaru oraz narażenia pacjentów na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia przez personel placówki na skutek niewłaściwej opieki. Podobnie w Kutnie, postępowanie dotyczy nieumyślnego spowodowania śmierci, a śledczy zarządzili kontrolę w szpitalu pod kątem przestrzegania norm BHP. W Kaliszu dochodzenie dotyczy narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, za co grozi do 3 lat pozbawienia wolności. Te działania podkreślają powagę sytuacji i dążenie do ustalenia odpowiedzialności za tragiczne zdarzenia.