Służba w policji i straży pożarnej to zawody, które często wymagają niezwykłej odporności psychicznej i poświęcenia. Za mundurem kryją się trudne doświadczenia, ryzyko i osobiste dramaty, które wykraczają poza codzienne obowiązki. Poniższe historie ukazują mroczne oblicza tych profesji, od skomplikowanych operacji policyjnych pod przykryciem, przez traumatyczne przeżycia strażaków, po osobiste tragedie, w których interweniują obie służby.
Służba pod przykryciem: Historia policyjnego „Zwierzaka”
Infiltracja gangu „Krakowiaka”
Piotr Zwarycz, znany jako "Zwierzak", przez 13 lat pracował jako policjant pod przykryciem. Wcielał się w role płatnych zabójców, handlarzy narkotyków i gangsterów, przenikając do najgroźniejszych mafii w Polsce. Każdego dnia ryzykował życie i przebywał wśród niebezpiecznych bandytów, psychopatów i zwyrodnialców. Mieszkał z nimi, pił, przyjaźnił się, robił interesy, a na końcu posyłał ich za kratki.
W 1998 roku "Zwierzak" otrzymał zadanie przeniknięcia do gangu Janusza T. pseudonim „Krakowiak” - jednego z najbrutalniejszych i najbardziej niebezpiecznych gangsterów w tamtym czasie. "Krakowiak" zbudował na Śląsku i w Małopolsce prawdziwe przestępcze imperium na wzór mafii sycylijskiej. Jego grupa zajmowała się m.in. zbieraniem haraczy, napadami z bronią w ręku, handlem narkotykami, kradzieżą samochodów i zabójstwami. Uchodziła za najlepiej zorganizowany i bezwzględny gang w tej części kraju. Decyzja o rozpracowaniu grupy Janusza T. od środka zapadła po tym, gdy "Krakowiak" zlecił zabójstwo prokuratora i jednego z policjantów CBŚ-u. Tę misję powierzono "Zwierzakowi".
Jurek "Zwierzak" wiele razy zastanawiał się, jak to możliwe, że taki gość jak Jasiek („Krakowiak” - red.) trząsł całymi Katowicami. "Krakowiak" na początku był bardzo brutalny, wszyscy bali mu się podskoczyć. Jednocześnie miał tę umiejętność, że potrafił ludzi wokół siebie zgromadzić i sprawić, żeby zaczęli zarabiać pieniądze. Potem oni dojeżdżali innych i tak to rosło.
Charakteryzowała go zmienność nastrojów: od euforii do napadów gniewu. Był zapalonym hazardzistą, który w chu** pieniędzy przegrywał w kasynach. Drugie tyle wydawał na kolumbijski katar. Facet wciągał takie kreski, że konia by zabiły. Z drugiej strony nie był też głupi. "Miał swoje układy w policji i prokuraturze. Był też bardzo obrotny. Robił interesy z Pruszkowem, na Pomorzu, wszędzie tam, gdzie kasa mu się lepiła." Do czarnej roboty wysyłał odpowiednich ludzi, np. Zdziśka, swojego wiernego cyngla. Jasiek wskazywał mu palcem, kogo ma "zaje***", a ten szedł i to robił. Zdzisiek był "zapatrzony w »Krakowiaka« jak w żonę w czasach młodości. Zrobiłby dla niego wszystko."
"Przemoc, brutalność, brak skrupułów. To też na pewno miało znaczenie. Czy mieli jakieś opory psychiczne? Pewnie w każdym z nich jakoś to siedziało. Ale przemoc łatwo nakręca przemoc" - dodaje "Zwierzak". Nieraz jechali kogoś ograbić, a dopiero w praniu okazywało się, że zostawiali gościa z kulką w głowie. Widział to na co dzień, nawet w hotelu, gdzie wygrywający większe sumy byli bici i okradani. "Dla nich to była zabawa i jeszcze mieli z tego satysfakcję. Tacy bohaterowie."
Paradoksalnie "Krakowiak" nigdy nie zrobił na "Zwierzaku" złego wrażenia w bezpośrednim kontakcie. Był miłym, sympatycznym kolegą. Niespecjalnie dało się wyczuć, nawet w gadce, że to bezwzględny bandyta. Zlecenia na policjantów i prokuratorów, w tym na Bogusia z PZ-etów (policjanta CBŚ-u), były przegięciem, a "jak za bardzo się panoszysz, to zawsze ktoś się w końcu wkur***". Gdyby jadł mniejszą łyżeczką, "tak jak wielu innych, to być może jadłby sobie do dzisiaj."

Cena pracy pod przykryciem
Dla "Zwierzaka" osobiście to była po prostu jedna z wielu spraw. "Choć skłamałbym, gdybym powiedział, że nie odczuwałem żadnego strachu. Były we mnie obawy, przede wszystkim przed dekonspiracją." Jako bokser ścierał się w ringu z kilkoma pięściarzami ze Śląska, znał też wielu antyterrorystów z Katowic. "Brałem pod uwagę, że albo któryś z kolegów bokserów, albo policjantów przeszedł na drugą stronę mocy i mogę się na kogoś nadziać." Poprosił Romeo (policjanta nadzorującego operację), żeby w CBŚ wszystko dokładnie posprawdzali. Kiedy Romeo dał znać, że nikt z tych środowisk nie plącze się wokół Jaśka, "kamień spadł mu z serca".
Ryzyko było wciąż duże. Równie dobrze mógł zginąć nie jako policjant, ale jako gangster, w porachunkach między miastowymi. Mogła go odpalić konkurencja, ale też ekipa "Krakowiaka", jeśli w pewnym momencie doszliby do wniosku, że chcą go "wydymać na kasę". Dlatego zawsze w tej robocie sobie powtarzano: "bądź pewny siebie, ale nikogo nie lekceważ. Zawsze porządnie przygotowuj się do operacji. Największym zagrożeniem jesteś sam dla siebie."
"Krakowiak" i jego ekipa o tym zapomnieli i skończyli w pierdlu. Jasiek "wpier*** na dożywocie nawet Zdzicha, swojego wiernego cyngla. A sam udawał wariata i w celi gównem się smarował, żeby wyhaczyć niższy wyrok."
W tej pracy działa zasada, którą "Zwierzak" usłyszał kiedyś w "Wielkim Szu": "Ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem, graliśmy uczciwie. Wygrał lepszy." Dlatego "żadnego z nich mi nie żal."
19 maja ukazała się książka "Zwierzak. Spowiedź policyjnego przykrywkowca" autorstwa dziennikarzy Onetu Janusza Schwertnera i Mateusza Baczyńskiego.
Służba strażaka a wyzwania psychiczne
Piotrek, strażak z 20-letnim stażem, opowiada o specyfice swojej pracy, która z czasem prowadzi do emocjonalnego znieczulenia. "Przychodzi moment, że się znieczulasz. Żona ci mówi, że ciocia nie żyje, a ciebie to nie rusza." W głowie ma obrazki z akcji, nazbierane przez lata.
Wczoraj znów jechał na sygnale do wypadku, na miejscu okazało się, że "już nie po to, by ratować. Rozciąłeś samochód, by wyjąć cztery zakleszczone ciała." Śmierć cioci spływa po nim "jak woda po kaczce."
To się musi odbić na rodzinie. Ta w domu nie zrozumie cię tak, jak ta w jednostce - mówi Piotrek. Jednocześnie podkreśla, że "nas ludzie lubią, bo choć mundurowi, to ratujemy, a nie karzemy mandatami, jak policja i straż miejska. Do pożaru, wypadku zwykle przyjeżdżamy szybciej niż karetka" - opowiada Piotrek.

Tragiczny finał walki z nałogiem: Historia Sławomira Wałęsy
Historia Sławomira Wałęsy, syna Lecha Wałęsy, jest tragiczna. Mówił, że zabije go nałóg. Niestety, nie pomylił się. Przez lata pił w samotności, odciął się od swojej rodziny. Zmarł w swojej kawalerce w Toruniu. Nikt nawet nie wie, kiedy dokładnie to miało miejsce.
Do jego mieszkania weszli strażacy i policjanci, bo w bloku czuć było odór. To historia bardzo inteligentnego człowieka, nie ma w niej jednak szczęśliwego zakończenia.
Sławomir Wałęsa był niesamowicie inteligentnym człowiekiem. Gdy był na swoim pierwszym odwyku, uwiódł na nim jedną z terapeutek, a potem wziął z nią ślub. "Nie piłem przez rok" - mówił.
Dziennikarze "Super Expressu" stali się świadkami prób walki Sławomira Wałęsy z nałogiem i zaprzestania wysiłków. Po rozwodzie zamieszkał w niewielkiej kawalerce w Toruniu. Rodzina próbowała go ratować, skierowała wniosek o jego przymusowe leczenie odwykowe. "Na dwóch odwykach byłem. Na trzeci nie pójdę" - przekonywał.
Gdy policjanci przyszli wczesnym rankiem, by odwieźć go na odwyk, powiedział paniom pielęgniarkom, że z niego wychodzi, bo "nie ma takiej siły, żeby w Polsce kogokolwiek zmusić do odwykowego leczenia." "Ja umrę przez alkohol. Cukrzyca, zawał lub udar. To będzie oficjalny powód."
Czuł się tak samotny, że potrafił zadzwonić do dziennikarza "Super Expressu" o różnych porach dnia i nocy i rozmawiać nawet godzinę. Zawsze bronił ojca, mimo to podkreślał, że stracił go z chwilą, gdy rozpoczęły się strajki w sierpniu 1980 roku. Ostatni raz był widziany przez swoich sąsiadów 21 kwietnia ubiegłego roku. Jego zwłoki ujawniono 31 kwietnia. Nie udało mu się pokonać nałogu. Ten go zabił. Sławomir Wałęsa, syn Lecha Wałęsy, nie żyje.
