Sąd Okręgowy w Gliwicach wymierzył karę dożywotniego pozbawienia wolności Dariuszowi P., oskarżonemu o podpalenie domu w Jastrzębiu-Zdroju, w wyniku czego zginęła jego żona i czworo dzieci. Zgodnie z wyrokiem, Dariusz P. będzie mógł ubiegać się o warunkowe zwolnienie najwcześniej po 35 latach, co oznacza, że wyjdzie na wolność nie wcześniej niż w marcu 2049 roku. Wyrok ten został podtrzymany przez Sąd Najwyższy.

Tragiczny pożar w Jastrzębiu-Zdroju
Do pożaru w jednorodzinnym domu w Jastrzębiu-Zdroju (dzielnica Ruptawa) doszło nocą 10 maja 2013 roku. Ogień, choć niewielki - obejmujący około 15 m kw., zlokalizowany był na piętrze domu, gdzie paliły się część schodów i szafa. Mimo małej powierzchni, skala tragedii była ogromna.
- Na miejscu zginęła 18-letnia Justyna, najstarsza córka.
- Czterolatka Agnieszka zmarła w trakcie udzielania pomocy.
- W szpitalach w Jastrzębiu-Zdroju i Cieszynie zmarli kolejno: 10-letni Marcin, 40-letnia Joanna (matka dzieci) oraz 13-letnia Małgorzata.
Cała piątka spoczęła w jednym grobie na cmentarzu w Jastrzębiu-Zdroju. Z pożogi ocalał tylko najstarszy syn, Wojtek (wówczas 17-letni), który obudził się na poddaszu, otworzył okno dachowe i wezwał pomoc, dzwoniąc do ojca, a następnie do straży pożarnej.
Strażacy mieli trudności z dostaniem się do środka, ponieważ drzwi i okna były osłonięte antywłamaniowymi żaluzjami, zablokowanymi w taki sposób, by nie można ich było otworzyć. To uniemożliwiło ofiarom ucieczkę.
Mowy końcowe w procesie Dariusza P.
Dochodzenie i aresztowanie Dariusza P.
Dariusz P. został zatrzymany i aresztowany pod koniec marca 2014 roku, blisko rok po tragedii. Gliwicka prokuratura postawiła mu zarzut zabójstwa pięciu osób oraz usiłowania zabójstwa szóstej - najstarszego syna, który ocalał z pożaru. Początkowo prokuratorzy odmawiali podawania motywów i dowodów, jednak z czasem śledztwo ujawniło kluczowe szczegóły.
Oskarżony konsekwentnie nie przyznawał się do zabójstwa. Twierdził, że w jego domu doszło do przypadkowego pożaru, a on sam w tym czasie przebywał w innym miejscu - w oddalonym o około 10 km zakładzie w Pawłowicach, gdzie montował meble. Przyznał natomiast, że próbował skierować śledztwo na fałszywe tory, wysyłając do siebie SMS-y, które miały sugerować istnienie rzekomego podpalacza.
Jednak opinie biegłych z zakresu pożarnictwa wskazały, że zarzewia ognia w domu znajdowały się w sześciu miejscach, co wyklucza przypadkowe zaprószenie. Co więcej, aby ogień mógł się łatwo rozprzestrzeniać, Dariusz P. miał ułożyć rząd poduszek z mebli ogrodowych. Sąd stwierdził również, że aby zasugerować przypadkowy pożar, przeciął kabel zasilający i obok przewodu ułożył truchło myszy.
Z opinii biegłych, którzy badali logowania telefonu podejrzanego, wynikało, że Dariusz P. w czasie wybuchu pożaru znajdował się w pobliżu domu, co stało w sprzeczności z jego alibi.
Motywy zbrodni i profil psychologiczny
Według prokuratury i sądu, motywacja Dariusza P. była złożona i wynikała z chęci uzyskania pieniędzy z ubezpieczenia oraz „swoistej wolności” od rodziny. Oskarżony miał poważne długi i zawarł szereg umów ubezpieczeń majątkowych i osobistych na wypadek śmierci żony i dzieci. Pieniądze z odszkodowań miały być środkiem do realizacji i korzystania z tej wolności.
Kluczowe dla sprawy okazały się opinie biegłych psychiatrów i psychologów, którzy rozpoznali u Dariusza P. osobowość psychopatyczną. Wskazali na takie cechy jak:
- Płytkość uczuć i wymuszony płacz.
- Łatwość wysławiania się i powierzchowny urok.
- Egocentryzm i brak wyrzutów sumienia.
- Skłonność do ryzyka, manipulacji i kłamstw.
Biegli, którzy obserwowali Dariusza P. w Szpitalu Psychiatrycznym przy Areszcie Śledczym we Wrocławiu, uznali go za poczytalnego. Sędzia Grażyna Suchecka podkreśliła w ustnym uzasadnieniu wyroku, że P. był osobą poczytalną i wiedział, że podkładając ogień, skazuje rodzinę na śmierć. Wcześniejsze dwa postępowania przeciwko P. zostały umorzone, ponieważ biegli uznali go za niepoczytalnego, jednak prokuratura podejrzewała, że P. symulował niepoczytalność.
Rodzina Dariusza P. - "wzór" w społeczności
Rodzina P. była stawiana za wzór w lokalnej społeczności, uważana za bardzo wierzącą i blisko związaną z Kościołem. Dariusz P. przez wiele lat był szafarzem w miejscowej parafii, mógł podawać wiernym komunię. Synowie byli ministrantami, córki - w Różach Maryi, a żona Joanna przez pewien czas uczyła religii. Miejscowy ksiądz mówił o Dariuszu P., że to modelowy ojciec modelowej rodziny.
Mimo to, sąsiedzi zastanawiali się, jak to możliwe, że Dariusz P. tak mało pracuje, a tak dużo ma, biorąc pod uwagę, że żona była na bezrobociu, a rodzina miała pięcioro dzieci. Mieszkali w dużym domu i posiadali dwa samochody, co budziło pewne podejrzenia.
Warto również wspomnieć, że w domu rodziny P. doszło do pożaru już w 2011 roku. Wtedy nikomu nic się nie stało, a zniszczenia wymagały jedynie odmalowania ścian i zakupu nowych ubrań dla dzieci. Społeczność lokalna zorganizowała zbiórkę pieniędzy i pomoc w remoncie domu. Już wtedy pojawiły się nieoficjalne informacje, że ubezpieczyciel wypłacił Dariuszowi P. 200 tysięcy złotych odszkodowania za tamten pożar.

Wyrok, apelacja i reakcje
Wyrok I instancji, skazujący Dariusza P. na dożywocie, zapadł w grudniu 2016 roku. Sąd nie miał wątpliwości, że P. podłożył ogień umyślnie i z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia bliskich. Sędzia Grażyna Suchecka podkreśliła, że P. precyzyjnie zrealizował swój plan.
Obrońca Dariusza P., mec. Eugeniusz Krajcer, zapowiedział apelację, kwestionując ustalenia biegłych i argumentując, że przesłanki do skazania nie były tak mocne, jak wynikałoby z uzasadnienia wyroku. Twierdził, że prokuratura nie przedstawiła wystarczających dowodów. Pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych, mec. Jakub Przybyszewski, był natomiast przekonany o winie oskarżonego, podkreślając, że "z upływem czasu, jak długo ten proces trwa, utwierdzaliśmy się w coraz większym przekonaniu o sprawstwie".
Ostatecznie Sąd Apelacyjny w Katowicach podtrzymał wyrok dożywocia, a Sąd Najwyższy oddalił kasację obrony, potwierdzając prawomocność wyroku. Sędzia SN Małgorzata Gierszon podkreśliła, że sąd apelacyjny ocenił zarzuty w sprawie w sposób prawidłowy.
Prokurator Karina Spruś stwierdziła, że "pokrzywdzonym życia nie wrócimy, natomiast oddźwięk społeczny wskazuje na to, że tego rodzaju zbrodnie nigdy nie pozostaną bezkarne". Bartosza Sapota, pełnomocnik pokrzywdzonych, nazwał to "największą tego typu zbrodnią w powojennej historii Polski". Prof. Brunon Hołyst ocenił sprawę jako bezprecedensową, podkreślając, że ogień rzadko bywa narzędziem zbrodni, a jego użycie w celu zabijania jest ryzykowne, chyba że ofiarom odetnie się drogę ucieczki.
Rodzina zamordowanej Joanny P. przeżywa ogromny ból, który, jak mówi Krzysztof Chromy, jej brat, "jest otwartą, krwawiącą raną dla całej rodziny". Mimo to, utrzymują kontakt z ocalałym synem Wojtkiem. Matka Dariusza P. nadal wierzy w niewinność syna, odwiedzając go w więzieniu i przeżywając osobistą tragedię, podkreślając, że "mimo wyroku skazującego wciąż nie wierzę, że mój syn zamordował rodzinę. To niepojęte."
tags: #podpalenie #rodziny #waldyki