9 grudnia 1980 roku oczy całego świata zwróciły się w stronę Polski, gdy w niewielkim Karlinie na Pomorzu w niebo wzbił się słup naftowego ognia. Płomienie szalały, a media okrzyknęły PRL "nowym Kuwejtem". Jednak zainteresowanie polską ropą zgasło równie szybko, jak pożar w karlińskim szybie. Wydarzenie to, choć spektakularne, ostatecznie rozwiało nadzieje na wielkie bogactwo naftowe Polski, pozostawiając po sobie niezapomniane wspomnienia i lekcje.

Wybuch Złoża Daszewo-1: Początek Kryzysu
9 grudnia 1980 roku był typowym dniem pracy przy odwiertach w miejscowości Krzywopłoty, około 4,5 km od Karlina (ówczesne woj. koszalińskie, obecnie zachodniopomorskie). Poszukiwania ropy naftowej w regionie rozpoczęto w latach 70. przez Zjednoczenie Górnictwa Naftowego, a wiertnia Daszewo-1 była jednym z kluczowych przedsięwzięć. Szacowano, że podziemne jezioro „czarnego złota” znajduje się na głębokości około 3000 metrów.
Około godziny 17:00, na terenie wiertni, gdzie znajdowało się co najmniej kilkunastu pracowników, okazało się, że złoże faktycznie istnieje. W tym momencie jeden z pracowników zauważył, że płuczka - środek używany do wypłukiwania zwiercin i chłodzenia wiertła - zaczęła wydostawać się na powierzchnię. Oznaczało to, że coś wypychało ją w górę pod wysokim ciśnieniem. Ciśnienie ropy naftowej i gazu ziemnego niebezpiecznie wzrosło. Personel placówki w porę zorientował się, co za chwilę nastąpi, i zdążył się oddalić, zanim w niebo trysnął płonący strumień ropy.
Rozmiary Katastrofy
Pierwsze zgłoszenie o pożarze Ochotnicza Straż Pożarna w Karlinie otrzymała o 17:15. Dziesięć minut później st. kapral Alicja Bogatko z Państwowej Straży Pożarnej w Białogardzie odebrała telefon z informacją, że płonie wiertnia Daszewo-1, co spowodowało ogłoszenie alarmu. O 17:42 na miejsce pożaru dotarły trzy wozy bojowe z PSP Białogard. W kronice tamtejszej PSP tak opisano pierwsze chwile po wybuchu: „Płonie gaz, wieża wiertnicza przewrócona na skutek dużego promieniowania cieplnego. (...) Ogień jest tak duży, że tworzy nad pobliskim miastem Karlino ogromną łunę stając się widocznym na odległość 30 km.” Burmistrz Karlina Waldemar Miśko wspominał, że jako 19-letni uczeń technikum, widział z centrum Karlina wielką, jaskrawą zorzę na zapadającym zmierzchu.
Ciśnienie w szybie szacowano na około 560 atmosfer, a wysokość słupa ognia wynosiła od 30 do 100 metrów. Temperatura w miejscu erupcji sięgała 1000 stopni Celsjusza. Całkowicie spłonęły baraki pracowników, wieża wiertnicza oraz pozostałe urządzenia wiertni Daszewo-1. Mimo poświęcenia strażaków z Białogardu, potężnego pożaru nie byli w stanie opanować. W ciągu kilku godzin strażacy ewakuowali mieszkańców pobliskich gospodarstw oraz robotników wiertni.
Akcja Gaśnicza: Walka z Żywiołem
Informacja o skali pożaru dotarła do Warszawy późnym wieczorem 9 grudnia. Do akcji gaśniczo-ratowniczej w Karlinie włączyły się liczne służby: jednostki inżynieryjne z Pomorskiego Okręgu Wojskowego, Obrona Cywilna, strażacy z kilku jednostek z terenu woj. koszalińskiego oraz jednostki Milicji Obywatelskiej, a także specjalistyczna drużyna ratownictwa górniczego. Łącznie w gaszeniu brało udział ponad 1000 osób.
CZAR PRL - POŻAR ROPY W KARLINIE
Wsparcie Międzynarodowe i Innowacyjne Metody
Akcja gaśnicza ciągnęła się przez całe święta i później aż do Nowego Roku. Codziennie do Karlina przybywały liczne ekipy TVP oraz zagranicznych mediów, relacje z wydarzenia były stałym punktem głównych wydań „Dziennika TVP” i znalazły się na pierwszych stronach większości polskich gazet. Uczestników akcji odwiedzili prominentni politycy, tacy jak I sekretarz KC PZPR Stanisław Kania oraz przewodniczący NSZZ „Solidarność” Lech Wałęsa.
Z uwagi na ogrom wyzwania, 16 grudnia 1980 roku do Karlina przybyli specjaliści z Węgier i Związku Radzieckiego, doradzający polskiej ekipie. Jednym z największych problemów było usunięcie uszkodzonego prewentera, blokującego dostęp do płonącego szybu. Po próbach mechanicznego usunięcia, sięgnięto po drastyczne środki - oddział artylerii LWP zniszczył go pociskami z haubic 152 mm. Po usunięciu prewentera oczyszczono teren ze spalonych urządzeń i zbudowano drogi dojazdowe.
Z Połtawy (wówczas ZSRS) przybyła 10-osobowa ekipa inżyniera Leona Kałyny, która wykorzystała agregaty gaśnicze AGWT. Były to zmodyfikowane silniki turboodrzutowe Klimow WK-1F z myśliwców MIG-17, zamontowane na samochodach. Ich ciąg był na tyle silny, by w połączeniu z armatkami wodnymi i pianownicami stłumić płomień. Pierwszy raz ugaszono ogień 8 stycznia 1981 roku za pomocą działek wodnych. Jednak brak prewentera spowodował, że złoże ponownie się zapaliło. Ostateczne i właściwe ugaszenie pożaru szybu w Karlinie miało miejsce 10 stycznia 1981 roku, około godziny 8 rano, ponownie przy użyciu działek wodnych i agregatów AGWT. Następnie, za pomocą dźwigu, nałożono 11-tonowy prewenter sprowadzony z Rumunii.

Konsekwencje i Niespełnione Nadzieje
W ciągu 32 dni pożaru w Karlinie spłonęło około 30 tysięcy ton ropy naftowej i około 50 milionów metrów sześciennych gazu ziemnego. Całkowity koszt akcji gaśniczej, budowy dróg dojazdowych do szybu oraz innych prac inżynieryjnych wyniósł 300 milionów złotych.
Mimo ogromnych strat i wysiłków, erupcja, poza oczywistym zagrożeniem, przyniosła ze sobą również powiew nadziei. Mówiono o „nowym Kuwejcie”, wróżono komunistycznej Polsce świetlaną przyszłość i bogactwo naftowe. Mimo nasilającego się kryzysu społecznego i gospodarczego, płonący szyb w Karlinie wzbudzał w ogólnej świadomości nadzieję na odnalezienie ogromnych złóż ropy naftowej, które miały rozwiązać polskie problemy gospodarcze. Nie brakowało nawet plotek, że pożar był dziełem nieznanych dywersantów.
Jakość Złoża i Zakończenie Wydobycia
Niestety, euforia i nadzieja związane z odnalezieniem złoża okazały się przedwczesne. Według ocen Instytutu Technologii Nafty w Krakowie, ropa pochodząca ze szczelinowego złoża koło Karlina była średniej jakości. Ponadto, specjaliści stwierdzili, że złoże było bardzo małe - gdyby ogień palił się jeszcze parę dni, nie byłoby już czego wydobywać. Zainteresowanie tematem pękło niczym mydlana bańka.
16 stycznia 1981 roku z Karlina odjechał pierwszy pociąg wiozący 780 ton ropy naftowej do rafinerii w Trzebini. W latach 1981-1983 eksploatowano trzy otwory wiertnicze Daszewa-1, a w ciągu trzech lat spod Karlina wysłano 780 ton ropy. Ostatecznie, ze względu na niską wydajność złoża, w połowie 1983 roku oficjalnie zakończono wydobycie.
Śledztwo i Pamięć o Wydarzeniach
Śledztwo prowadzone w sprawie pożaru również szybko wygasło, głównie ze względu na brak ofiar w ludziach. Służba Bezpieczeństwa zwerbowała Tajnych Współpracowników, którzy na podstawie raportu Jerzego Czyża mieli sprawdzić nieprawidłowości podczas poszukiwań ropy, lecz później wyszło na jaw, że cały raport został zmyślony, a Jerzy Czyż nigdy nie istniał.
Po erupcji Karlino stało się sławne nie tylko w Polsce, lecz także na świecie, o czym donosiły zagraniczne media, mówiąc o jednej z największych erupcji ropy w Europie. Mieszkańcy i władze Karlina do dziś pamiętają o tym wydarzeniu. Burmistrz Karlina, Lucjan Wolski, opowiadał o niespełnionych nadziejach, jakie wiązał z kopalnią ropy w rozwiązaniu odwiecznych problemów miasteczka, takich jak potrzeba rozwoju budownictwa mieszkaniowego, budowy oczyszczalni ścieków, ujęcia wody i węzła komunikacyjnego. Rolnik Stanisław Alchimowicz wspominał o utracie gospodarstwa i problemach z odzyskaniem odszkodowania.
W 2010 roku pojawił się pomysł budowy Centrum Nauki i Techniki „Energia”, które miałoby pozwolić zwiedzającym na przeżycie emocji towarzyszących pracownikom szybu 35 lat wcześniej, z symulacją drżenia ziemi i zapachem ropy. Chcąc upamiętnić wydarzenie z ubiegłego wieku, w Karlinie powstała fontanna przedstawiająca walkę strażaków z płonącym szybem, a także wyjątkowy mural autorstwa koszalińskiego artysty Cukina, znajdujący się przy skrzyżowaniu ulic Wojska Polskiego i Koszalińskiej. Wydarzenie to jest często podsumowywane lokalnym powiedzeniem: "Podobno siedzimy na ropie."
