Wielki Pożar Poniatowej i Incydenty Przemysłowe

Historia miejscowości bywa naznaczona wydarzeniami, które na trwałe zapisują się w pamięci lokalnej społeczności, stając się punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń. Tę ziemię ubogacają wydarzenia żyjące odtąd własnym życiem i nie pozwalają, aby upływający czas zatarł je nową treścią, lecz czerpał ze starych, ożywiał je i uszlachetniał. Takim jedynym w swoim rodzaju i wymowie wydarzeniem w dziejach Poniatowej był wielki pożar, który sprawił, że życie społeczności płynęło ustalonym korytem, aż do dnia 14 maja 1967 roku. Współcześnie zaś, Poniatowa doświadcza również incydentów przemysłowych, które wymagają szybkiej i skoordynowanej akcji służb ratunkowych.

Wielki Pożar Poniatowej w 1967 Roku

Dzień 14 maja 1967 roku na zawsze odmienił krajobraz i życie mieszkańców Poniatowej. Ten katastrofalny pożar, o niespotykanej dotąd skali, na długo pozostał w świadomości tych, którzy byli jego świadkami. Niejedna zabłąkana artystyczna dusza, uznając, że obraz szalejącej pożogi godny jest jej pędzla, usiłowałaby w twórczym uniesieniu ujarzmić ów żywioł. Poniżej przytoczono spisane relacje naocznych świadków tegoż wydarzenia, które pozwalają odtworzyć tamte dramatyczne chwile.

Chwile Grozy podczas Nabożeństwa

W dniu 14 maja 1967 roku mieszkańcy Poniatowej uczestniczyli w niedzielnym nabożeństwie Zesłania Ducha Świętego. Jedna ze świadków, biorąca udział w procesji, relacjonuje: „Wyszliśmy z kościoła, niosąc obrazy. Pośród śpiewanych pieśni w pewnym momencie dało się zauważyć ogólne poruszenie i nagły niepokój wśród uczestników nabożeństwa. Przez krótką chwilę nastał stan dezorientacji, nie wiedzieliśmy co jest tego powodem. Wtem ktoś gromko krzyknął «Poniatowo się pali!» krzyk ten natychmiast podjęły jeszcze inne głosy”.

Z miejsca, w którym stała, widoczne już były gęste kłęby buchającego dymu. Myśl o bezpośredniej bliskości zagrożenia skłoniła ją do natychmiastowego działania: „Przekazałam obraz osobie idącej obok i bez chwili namysłu pobiegłam ratować dobytek. Podobnie uczyniło wiele osób. Po opuszczeniu bram kościoła moim oczom ukazał się widok, który można nazwać szokującym. Ogniem zajętych było już wiele domów i budynków gospodarczych, niektóre już strawił ogień, pozostawiając dopalające się zgliszcza. Potęga żywiołu uwidoczniła się w całej rozciągłości”.

Przerażeni mieszkańcy Poniatowej ratowali swoją własność. Z płonących zagród uwalniano zwierzęta. „Wszystko to działo się niemal w jednej chwili. Niewiele udało się też nam uratować z płonącego już domu. Na szczęście dzieci były bezpieczne, ucierpiała za to babcia, której ogień dotkliwie poparzył uszy. Z wielkim bólem w sercu patrzyliśmy bezradnie z mężem jak dorobek naszej pracy bezpowrotnie zamienia się w popiół”.

scena z pożaru Poniatowej 1967, płonące drewniane domy ze strzechą, ludzie ratujący dobytek

Walka z Żywiołem Oczami Strażaka

To samo wydarzenie, widziane z perspektywy strażaka, ukazuje heroizm i trud walki z nieokiełznanym żywiołem. „Tego dnia dopisywała pogoda od najwcześniejszych godzin porannych. Idąc do kościoła na uroczystą mszę zwaną «sumą», uczyniłem uwagę, że jest wręcz upalnie. Przed samym kościołem znajdowało się bardzo wiele osób, które ze względu na wysoką temperaturę powietrza stały na zewnątrz”.

Dla czynnego strażaka myśl o nadchodzącej walce z ogniem była odległa: „jako czynnemu strażakowi nawet przez myśl mi nie przeszło, że za pół godziny przyjdzie mi stanąć do walki z szalejącym żywiołem, którego skala znacznie przewyższy wszystko to, co do tej pory widziałem w akcjach pożarniczych z moim udziałem. W trakcie trwającej już mszy, podniósł się krzyk «pali się!». Natychmiast pobiegłem w miejsce, z którego wydobywała się chmura dymu”.

Organizacja strażacka działała sprawnie, pomimo zaskoczenia. „Muszę przyznać, że jako organizacja strażacka działaliśmy sprawnie, w miejscu wybuchu pożaru było już kilku druhów - strażaków, niemal wszyscy ubrani odświętnie, ponieważ biorąc pod uwagę błyskawicznie rozprzestrzeniający się ogień, nie było czasu, aby pomyśleć o zmianie ubrania na strażackie uniformy, a co dopiero to uczynić. Ktoś uruchomił syrenę. Do czasu przybycia zawodowych jednostek straży pożarnej akcją kierował Jan Bendelewski”.

Warunki sprzyjały szybkiemu rozprzestrzenianiu się ognia: „Drewniane konstrukcje domów, czworaków, ośmioraków oraz budynków gospodarczych, ich znaczne zagęszczenie w połączeniu z faktem, iż niemal wszystkie te obiekty były pokryte strzechą, w sposób niezwykły przyczyniały się do tego, że pożaru nie sposób było już kontrolować. Powstało bardzo niebezpieczne zjawisko ognistego podmuchu. Kilku właścicieli, którzy na teren swojej posesji przybyli kilka chwil za późno, straciło wszystko, co posiadali, włącznie z inwentarzem”.

Mimo szybkiego wsparcia strażackiego, walka była niezwykle trudna: „dość szybko pojawiło się znaczące wsparcie strażackie, jednakże po kilku nieudanych próbach zduszenia ognia podjęto decyzję o wyłączeniu możliwości rozprzestrzeniania się pożaru w miejscu, które będzie do tego najdogodniejsze. Tymczasem płomienie wręcz szalały, ze względu na uderzający żar z epicentrum ognia nie sposób było podejść i skutecznie razić go wodą. Ostatecznie kataklizm udało się zatrzymać, niestety widok, który rozciągał się za naszymi plecami przypominał film katastroficzny. Akcja dogaszania trwała do późnych godzin wieczornych, wodę czerpano przez cały czas trwania akcji bezpośrednio z pobliskiej rzeki Wkry”.

Pomimo sukcesu w opanowaniu ognia, emocje były mieszane: „Cieszyliśmy się, że w końcu wspólnym, ciężkim wysiłkiem udało się wyeliminować niebezpieczeństwo, jednakże widząc rozpacz mieszkańców, którzy stracili dach nad głową, a w tej grupie było wielu spośród naszej braci strażackiej… czuliśmy gorycz”.

Początki Ognia i Dramat Rodziny

Pierwsze chwile pożaru przechowane w pamięci Tadeusza Orłowskiego również świadczą o nagłości i rozmachu katastrofy. „W dniu, w którym Poniatowo dotknęło nieszczęście wielkiego pożaru miał się odbyć festyn rodzinny zwany również majówką. Uroczystość miała się rozpocząć w części Poniatowej zwanej «Zawodą» lub «Za rzeką»”. Orłowski, wracając motocyklem do domu, zauważył zagrożenie: „Na wysokości miejsca, w którym znajduje się obecnie remiza strażacka dostrzegłem cienką smużkę dymu, wydobywającą się spomiędzy zabudowań gospodarskich, chcąc ostrzec przed niebezpieczeństwem krewnych mieszkających w pobliżu, po dojechaniu do domu i pozostawieniu motocykla niezwłocznie skierowałem tam swoje kroki. Ku mojemu zdumieniu i przerażeniu, ujrzałem ogień obejmujący już swoim zasięgiem coraz większą przestrzeń. Po upływie kilkunastu minut nie było już możliwości ratowania czegokolwiek”.

Dramatyczne sceny rozgrywały się w wielu miejscach. Jedna z mieszkanek czworaków opisuje próbę ratowania dobytku: „Po wybiegnięciu z kościoła wydarzenia toczyły się takim samym torem jak w przypadku wielu moich sąsiadów z pobliskich mieszkań połączonych w jedną zwartą konstrukcję, zwaną potocznie czworakami. Relacjonując dosyć sprawny przebieg ratowania dobytku, mogłabym stworzyć wrażenie, że wszystko to odbyło się gładko. Nic bardziej mylnego. Być otoczonym przez ogień oznacza zawsze zmaganie się z wrogimi przeszkodami oraz nagminnie - nieszczęśliwe wypadki”.

W obliczu zagrożenia instynkt macierzyński okazywał się silniejszy niż panika: „Zadziwiające jest to, że psychologia tłumu oraz poczucie niebywałego zagrożenia może zmienić człowieka nie do poznania, jednak nie jest w stanie zagłuszyć instynktu matki. Dwie córki, rozumiejąc niebezpieczeństwo i trudne nasze położenie, oddaliły się bezpiecznie, wraz z mężem ratowaliśmy co tylko było możliwym, młodszy syn Krzysio przez cały ten czas był przy mnie”.

Szczególnie dramatyczny moment nastąpił, gdy mąż uwolnił konia: „W pewnym momencie mąż uwolnił z płonącej stajni konia, który wystraszony ogniem z rozwartymi nozdrzami pocwałował przed siebie. Nagle poczułam straszną niemoc i koszmarnne przeczucie, że dzieje się coś złego. «Nie ma Krzysztofa»! Przed skokiem w płomienie powstrzymał mnie mąż, miałam pewność, że syn nie oddalił się, lecz znajduje się w centrum tego piekła. W płomienie rzucił się mąż, pośród wichru, walących się desek dało się posłyszeć, głuche «Tato!, Tato!»! Rozpacz sparaliżowała moje ruchy. W ułamku sekundy i w jednej z ostatnich chwil mąż wydostał się z pożogi z wtulonym do piersi synem. Okazało się, że oszołomione widokiem wszechobecnego ognia dziecko, niepostrzeżenie wdarło się do płonącego domu do swojej ulubionej kryjówki. Krzysiek odniósł obrażenia w postaci poparzeń twarzy w części czołowej. Przez trzy następne tygodnie znajdował się w mławskim szpitalu. Ilekroć to wydarzenie powraca, zawsze wywołuje lęk przed tym, co mogło się wydarzyć”. Wolno uznać za pewnik, że dla kilku poniatowskich rodzin opisywane wydarzenia na zawsze pozostaną bolesnymi.

Wsparcie dla Poszkodowanych i Odbudowa

Wśród pogorzelców panuje powszechna zgodność co do jednego faktu: nie zostali pozostawieni na pastwę losu przez władze państwowe. Reakcja władz była wręcz natychmiastowa. Wszyscy zostali wyposażeni w wiele najpotrzebniejszych przedmiotów codziennego użytku. Uruchomiono linie zapomóg dla poszkodowanych rodzin oraz wdrożono system preferencyjnych kredytów budowlanych. Skutkiem czego dotychczasowy malowniczy lecz zarazem skansenowy pejzaż Poniatowej został wyparty przez powstające jak grzyby po deszczu murowane konstrukcje.

Kroniki Katastrof. Pożar lasu w Kuźni Raciborskiej. Od iskry do ekologicznej katastrofy

Pożary Przemysłowe przy Ulicy Przemysłowej

Pożar w Zakładzie Recyklingu Opon (2024)

Współczesna historia Poniatowej również odnotowuje poważne incydenty pożarowe, zwłaszcza w sektorze przemysłowym. We wtorek, 24 września 2024 roku, po godzinie 19:00, w jednym z zakładów przy ulicy Przemysłowej w Poniatowej wybuchł pożar. Ze wstępnych ustaleń wynika, iż zapaliła się maszyna służąca do recyklingu opon, przerabiająca je na granulat. Według pierwotnych raportów, akcja gaśnicza trwała blisko dwie godziny, a w walce z ogniem brało udział sześć zastępów straży pożarnej, zarówno z PSP, jak i jednostek OSP, łącznie 26 ratowników.

Początkowe informacje wskazywały na to, że pożar rozprzestrzenił się na magazyn z granulatem, a straty oszacowano na 4 miliony złotych. W wyniku zdarzenia, dwóch pracowników firmy wymagało interwencji medycznej, skarżąc się na zawroty głowy, prawdopodobnie na skutek nawdychania się gazów pożarowych. Jeden z nich miał trafić do szpitala.

Nadesłane sprostowanie od firmy Orzeł Spółka Akcyjna, do której należał zakład, skorygowało niektóre z tych doniesień: „Nieprawdą jest, że «Ranne zostały dwie osoby». Prawdą jest, że nikt nie został ranny. Nieprawdą jest, że «Płomienie objęły też magazyn, wyniku czego spaliły się również taśmy transportowe». Prawdą jest, że pożar objął wyłącznie maszynę, której taśmy transportowe są elementem, a ogień nie rozprzestrzenił się na magazyn. Nieprawdą jest, że «Straty oszacowano na 4 mln zł»”.

Działania straży pożarnej polegały na opanowaniu sytuacji poprzez ugaszenie palącej się maszyny oraz granulatu. Trwa ustalanie przyczyn pożaru.

pożar maszyny do recyklingu opon w zakładzie przemysłowym, dym, strażacy

tags: #poniatowa #wielki #pozar #na #przemyslowej