Tragedia w Jastrzębiu-Zdroju: Pożar i wyrok dla Dariusza P.

Wydarzenia z maja 2013 roku w Jastrzębiu-Zdroju wstrząsnęły całą Polską. Pożar domu jednorodzinnego pochłonął życie pięciu osób, a śledztwo wykazało, że za tragedią stał ojciec rodziny, Dariusz P..

Rodzina P. - życie przed tragedią

W domu jednorodzinnym w Jastrzębiu-Zdroju mieszkało małżeństwo P.: 40-letnia Joanna i 41-letni Dariusz, wraz z piątką dzieci: 4-letnią Agnieszką, 10-letnim Marcinem, 13-letnią Małgorzatą, 17-letnim Wojciechem i 18-letnią Justyną. Sąsiedzi postrzegali ich jako wspaniałą i zżytą rodzinę.

Joanna P. w przeszłości pracowała jako katechetka, lecz zrezygnowała z pracy, aby poświęcić się domowi i dzieciom. Dariusz P. zajmował się produkcją mebli, wcześniej próbował swoich sił w budownictwie. Był również szafarzem w kościele, uchodząc za osobę bardzo religijną.

Rodzinne zdjęcie pięciu osób, które zginęły w pożarze, oraz ocalałego ojca.

Wcześniejsze nieszczęścia i problemy finansowe

Kilka lat wcześniej Dariusz P. miał ulec wypadkowi samochodowemu, w wyniku którego zniknęły firmowe pieniądze, a on sam stracił pamięć. Policja umorzyła sprawę z powodu braku dowodów. Innym razem skradziono mu saszetkę z pieniędzmi, a także otrzymał mandat za wywiezienie śmieci do lasu, twierdząc, że mu je ukradziono. Niedługo przed tragicznym pożarem, poważnie zranił sobie palce w warsztacie.

W 2011 roku w domu rodziny P. doszło już do pożaru, na szczęście nikogo nie było w środku. Małżeństwo miało problemy z uzyskaniem odszkodowania od ubezpieczyciela. Po tamtym zdarzeniu wymieniono niemal całą instalację elektryczną, a Dariusz P. opowiadał, że przyczyną było spięcie w domofonie.

Niewiele osób wiedziało, że rodzina P. borykała się z poważnymi problemami finansowymi. Mężczyzna miał m.in. zadłużenie w Urzędzie Skarbowym z tytułu podatku VAT i regularnie pożyczał drobne kwoty od swojej matki.

Przebieg tragicznego pożaru

Wieczorem 9 maja 2013 roku Dariusz P. przekazał swoim bliskim, że będzie pracował w nocy w warsztacie w Pawłowicach, oddalonych o około 12 kilometrów. Było to kłamstwo. Gdy wszyscy spali, przeciął kabel zasilający w salonie i umieścił w tym miejscu martwą, rozkładającą się mysz. Następnie podłożył ogień w pobliżu uszkodzonego kabla, jednak nadpaliła się tylko część dywanu. Mężczyzna podkładał ogień jeszcze w dwóch innych miejscach tego pokoju, ale pożar nie rozprzestrzenił się na cały budynek.

Wówczas Dariusz P. udał się na piętro, gdzie spali jego żona oraz troje dzieci, i podłożył ogień pod ubrania w szafie na korytarzu. Chwilę później pożar objął górną część korytarza, a panele sufitowe zaczęły odpadać. Dym dotarł do pokojów na piętrze i poddaszu, gdzie spała pozostała dwójka dzieci P.

Sąd Okręgowy w Gliwicach w swoim orzeczeniu wskazał: "Oskarżony po podłożeniu ognia w salonie i na piętrze wyszedł z domu zamykając dokładnie drzwi wejściowe. Przed wyjściem przyłożył jeszcze źródło ognia do dwóch polarów (...) wiszących na garderobie przy wejściu i worka wypełnionego plastikowymi butelkami typu PET". Sąd zaznaczył również, że "Duża ilość dymu i słaby dostęp powietrza, z uwagi na praktycznie wszędzie pozamykane okna i zaciągnięte w nich żaluzje, spowodował wypalenie się tlenu, który znajdował się w domu, co doprowadziło do samoczynnego przygaszenia się miejsc, gdzie ogień został przez oskarżonego podłożony".

Schemat budynku z zaznaczonymi miejscami podłożenia ognia i drogami rozprzestrzeniania się dymu.

Akcja ratunkowa i ofiary

17-letni Wojciech obudził się przed drugą w nocy, czując dym i słysząc krzyki Małgorzaty i Justyny. Nie mógł wyjść z pokoju z powodu wysokiej temperatury na korytarzu. Zadzwonił na 112, a następnie próbował dodzwonić się do rodziców. Dariusz nie odebrał telefonu, a Joanna była już najprawdopodobniej nieprzytomna.

Straż pożarna przybyła na miejsce po kilku minutach. Strażacy wyważyli drzwi wejściowe i uratowali Wojciecha przez okno na poddaszu. W pokoju obok znaleziono nieprzytomną Justynę. Pomimo reanimacji lekarz stwierdził zgon 18-latki. Strażak zeznał, że Justyna "Sprawiała wrażenie, jakby spała i się nie obudziła, jakby pożar zastał ją we śnie."

Na parterze ogień praktycznie nie istniał, a na piętrze przygasł z powodu braku tlenu. Strażacy dogasili palące się elementy. W domu znaleziono nieprzytomnego Marcina, Joannę i małą Agnieszkę. Ślady dłoni na żaluzji wskazywały, że Joanna próbowała zapewnić dopływ świeżego powietrza. Agnieszka była przykryta kocem, najpewniej w próbie uchronienia jej przed dymem lub ogniem. W pobliskim pomieszczeniu leżała Małgorzata.

Dariusz P. oddzwonił do Wojciecha dopiero po kilkudziesięciu minutach od rozpoczęcia akcji gaśniczej. Przyjechał na miejsce, zapytał komendanta "co z jego dziećmi", po czym złapał się za serce i trafił do szpitala.

Agnieszka zmarła w karetce. Joanna i Marcin zmarli następnego dnia w szpitalu, a Małgorzata kilka dni później. U wszystkich zmarłych stwierdzono oparzenia drugiego lub trzeciego stopnia oraz zatrucie tlenkiem węgla. Jedynym, który przeżył pożar, był 17-letni Wojciech, który jeszcze tego samego dnia opuścił szpital.

Wskazówki przed tragedią

Na dzień przed śmiercią Justyna powiedziała swojemu chłopakowi, że czegoś się obawia, i miała wrażenie, że w domu dojdzie do kolejnego pożaru. Wspominała coś o klątwie i rozważała udanie się do egzorcysty.

Śledztwo i ustalenia prokuratury

Początkowo strażacy podejrzewali zwarcie instalacji elektrycznej. Pierwsze oględziny z udziałem policji, straży i prokuratora odbyły się rano, kilka godzin po pożarze. Dariusz P. uczestniczył w nich, chętnie zabierał głos i odpowiadał na pytania. Wspominał, że jego 17-letni syn interesował się pożarnictwem, co odebrano jako próbę zrzucenia odpowiedzialności. W toku śledztwa jednoznacznie wykluczono związek Wojciecha z podpaleniem.

Biegły z zakresu pożarnictwa ocenił, że doszło do podpalenia. Nie znaleziono śladów włamania. Lekarz weterynarii ustalił, że mysz znaleziona na parterze nie zmarła w pożarze ani od porażenia prądem, lecz na 3-5 dni przed zdarzeniem, najprawdopodobniej w pułapce lub od uderzenia. Badania wykazały, że kabel został uszkodzony narzędziem tnącym, a nie przez mysz.

Wizja lokalna z udziałem Dariusza P. miała miejsce kilka dni później, gdzie pokazał on trasę do warsztatu. W trakcie śledztwa wyszło na jaw, że Dariusz P. niedługo przed pożarem zawarł szereg umów ubezpieczeniowych na życie dla siebie i żony oraz na dom i jego wyposażenie. W kwietniu, miesiąc przed tragedią, Joanna została ubezpieczona na kwotę 260 tysięcy złotych, a następnie na dodatkowe 300 tysięcy, z klauzulą podwojenia kwot w przypadku śmierci w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Dom ubezpieczył na 300 tysięcy, a sprzęty domowe na 100 tysięcy. Próbował ubezpieczyć również dzieci, ale bezskutecznie.

Zachowanie Dariusza P. po pożarze

Mężczyzna dzień przed pogrzebem bliskich pojawił się w szkole, w której pracowała jego żona. Dyrektorka zeznała, że Dariusz P. przytulił ją i sam ją pocieszał. W dniu pogrzebu, 18 maja, Dariusz P. wysłał do siebie SMS-a z drugiego telefonu, by przekonać prokuraturę, że był obiektem gróźb w związku ze współpracą z kancelarią podatkową.

Fragment wiadomości brzmiał: "JEŚLI NIE PRZESTANIESZ DOCHODZIĆ SWOICH PRAW PRZEZ KANCELARIĘ G., TO NAJPIERW TWOJEMU SYNOWI, A PUŹNIEJ TOBIE PRZYTRAFI SIĘ COS GORSZEGO NIC WASZYM NAJBLIRZSZYM. FACET ODPUSC SOBIE !!!". W innej wiadomości: "SZKODA, ZE CIE NIE BYŁO W DOMU, MIELIBYŚMY CIE Z GŁOWY. ZNACIE GORYCZ POŻARU SPRZED KILKU LAT, WIEC CHCIELIŚMY WAS TROCHĘ NASTRASZYC, ALE NA DOLE NIC SIE NIE CHCIAŁO PALIĆ, JAKBY KTOS OBOK STAL I GASIŁ. (...) DLA LEKKIEJ ZADYMY PODPALILIŚMY NA PIETRZE JAKIEŚ UBRANIA, ALE ZAPALONE SZMATY PRZEWRÓCIŁY SIĘ I W MOMENCIE SZAFA STANĘŁA W OGNIU. LEDWIE ZESMY UCIEKLI". Dariusz P. na te wiadomości odpisał w tonie religijnym, wybaczając i wspominając o Bogu.

Miesiąc po pożarze Dariusz P. nawiązywał bliższe kontakty z kobietami, próbując wejść w nowy związek. Jego zachowanie po tragedii, w tym poszukiwanie nowych partnerek, budziło zdziwienie.

W reportażu "Magazynu Ekspresu Reporterów" w grudniu 2013 roku Dariusz P. opowiadał o zmarłych bliskich, tłumacząc rodzinną tragedię "wolą Bożą".

  • "Asia urodziła mi pięcioro wspaniałych dzieci. Radosnych, pogodnych, mądrych. Sami żeśmy się w tej rodzinie uświęcali, wzrastali, wzbogacali, było dużo radości."
  • "Justynka, najstarsza nasza córka pierworodna, skończyłaby w tym roku 18 lat. Była bardzo piękną dziewczyną, wysoką, szczupłą, w tym roku pisałaby maturę."
  • "Gosia była bardzo podobna do mojej żony. Wypisz, wymaluj, dwie krople wody."
  • "Marcinek taką sylwetkę miał konkretną, może po mnie, taki dobrze zbudowany, konkretny chłopak. Bardzo lubił na perkusji grać."
  • "No i Agusia nasza najmłodsza, cztery latka by skończyła w lipcu. Trafiła się nam, to był taki nasz cukiereczek."
Wykres pokazujący, jak wzrastały sumy ubezpieczeń Dariusza P. przed pożarem.

Zatrzymanie i profil psychologiczny

Mężczyzna od początku był w gronie podejrzewanych. Ostatecznie został zatrzymany i aresztowany w marcu 2014 roku, niecały rok po pożarze, gdy zebrano wystarczającą liczbę dowodów i gotowa była opinia biegłego z zakresu pożarnictwa. Usłyszał zarzut zabójstwa pięciorga członków rodziny i usiłowania zabójstwa 17-letniego syna. Dla sąsiadów i bliskich rodziny P. było to szokiem.

Dariusz P. konsekwentnie nie przyznawał się do winy, twierdząc, że rodzina stanowi dla niego wartość najwyższą. Przyznał za to, że sam pisał do siebie SMS-y, by oddalić podejrzenia. Sugerował, że do pożaru mogła przyczynić się lampka od terrarium. Od kwietnia do października 2014 roku Dariusz P. był na obserwacji sądowo-psychiatrycznej. Uznano, że w chwili zdarzenia był poczytalny. Mężczyzna próbował przekonać psychiatrów, że słyszy głosy i ma halucynacje, ale eksperci doszli do wniosku, że symulował.

Stwierdzono, że mężczyzna jest egocentrykiem, ma przesadne poczucie własnej wartości, "powierzchowny urok osobisty", skłonność do manipulowania wizerunkiem, brak wyrzutów sumienia, płytką uczuciowość, brak empatii, wysoką skalę kłamliwości i wysoką podatność na społeczną aprobatę. Dariusz P. poczuł się skrzywdzony opinią psychiatryczną, uważając ją za jednostronną.

Portret psychologiczny osoby z cechami egocentryzmu i manipulacji.

Wyrok

"Zgromadzony materiał dowodowy pozwolił na ustalenie stanu faktycznego, który ponad wszelką wątpliwość wskazywał na sprawstwo oskarżonego i w tym zakresie nie pozostawiał żadnych niedomówień" - zaznaczył Sąd Okręgowy w Gliwicach (Zamiejscowy Ośrodek w Rybniku) w wyroku z grudnia 2016 roku. 12 marca Prokuratura Okręgowa w Gliwicach skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Dariuszowi P.

Dariusz P. został skazany na dożywocie z możliwością przedterminowego warunkowego zwolnienia najwcześniej po 35 latach. Wliczając areszt, oznacza to rok 2050. Sąd uznał, że "Każda inna kara byłaby zbyt łagodna dla człowieka, który nie wahał się skazać na tak okrutną śmierć żonę i swoje dzieci". Motywem działania oskarżonego była nie tylko chęć uzyskania pieniędzy z odszkodowań, ale również chęć uwolnienia się od rodziny. Pieniądze miały być środkiem do korzystania z tej wolności w pełni. Sąd podkreślił, że Dariusz P. dysponował paszportem, który jako jedyny odnaleziono poza domem, podczas gdy paszporty innych członków rodziny, w tym Wojciecha, znaleziono w spalonym domu.

tags: #pozar #akcja #jastrzebia