Biały Dom, symbol amerykańskiej demokracji i siedziba prezydentów Stanów Zjednoczonych, ma w swojej bogatej historii zapisane również epizody pożarów. Od drobnych incydentów po katastrofalne zniszczenia, ogień wielokrotnie zagrażał tej ikonicznej rezydencji.
Niegroźny pożar we Wschodnim Skrzydle
Niegroźny - na szczęście - pożar miał miejsce niedawno w Białym Domu. Robotnicy, remontujący rezydencję amerykańskiego prezydenta, zaprószyli ogień we Wschodnim Skrzydle pałacu. Pożar udało się błyskawicznie ugasić. Obyło się bez ofiar i większych szkód. Prezydent ani żaden inny polityk nie byli zagrożeni. Ogień wybuchł, kiedy robotnicy opalali starą farbę z okiennic. W Skrzydle Wschodnim znajdują się apartamenty rodziny prezydenckiej, a także Sala Wschodnia, w której często organizowane są konferencje prasowe.

Początki Rezydencji Prezydenckiej
Przez blisko 216 lat przez pomieszczenia domu przy 1600 Pennsylvania Avenue w Waszyngtonie przewinęły się tysiące najważniejszych ludzi na świecie. To tam zapadały i zapadają najbardziej brzemienne dla polityki i gospodarki światowej decyzje. Rzecz ciekawa, że pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych, ojciec narodu amerykańskiego, generał Jerzy Waszyngton, nigdy w nim nie mieszkał, a jedynie od roku 1790 nadzorował jego budowę na działce, którą niejaki David Burns musiał oddać rządowi amerykańskiemu. Jerzy Waszyngton był także twórcą planu stworzenia siedzib federalnych i instytucji rządowych wzdłuż rzeki Potomac.
Do konkursu na budowę prezydenckiej siedziby zostało dopuszczonych osiem projektów. W ostateczności wygrał plan architekta irlandzkiego pochodzenia Jamesa Hobana. Pierwszymi lokatorami Białego Domu byli wybrany w 1797 r. drugi prezydent USA John Adams i jego żona Abigail. Wprowadzili się do owej rezydencji 1 listopada 1800 r. Zapewne nigdy nie nazywali swojej nowej siedziby Białym Domem, ponieważ nazwa ta pojawiła się nieco później, a oficjalnie została przyjęta w 1901 r.
Wojna 1812 Roku: Przyczyny i Przebieg
200-letni Biały Dom ma w swej historii dwa wielkie pożary, z czego najbardziej znaczący to ten z 1814 roku. Wojna brytyjsko-amerykańska rozegrała się w latach 1812-1814 i nazywana jest drugą wojną o niepodległość. Wojna brytyjsko-amerykańska rozpoczęła się w czerwcu 1812 roku. Wypowiedzieli ją Amerykanie. Wielka Brytania zajęta była wówczas wydarzeniami w Europie, gdzie trwały nadal wojny napoleońskie. Stany Zjednoczone miały nadzieję, że uda się ten moment wykorzystać i pozbyć się resztek zależności od Londynu.
Anglia wysłała do Ameryki oddział liczący zaledwie 6 tysięcy żołnierzy. Po ich stronie walczyli także Indianie, w tym słynny wódz Tecumseh. Brytyjczycy obiecali Indianom liczne swobody, a ich zatargi z amerykańską ludnością były coraz ostrzejsze - stąd ich zaangażowanie w wojnę pomiędzy metropolią a jej niedawną kolonią. Amerykanie liczyli, że niewielkie oddziały brytyjskie uda się szybko pokonać. Snuli plany, że po zwycięstwie na swoim terenie, wejdą za Brytyjczykami do Kanady. Sytuacja na froncie nie była jednak z początku zbyt pomyślna i po oblężeniu Detroit tysiące Amerykanów dostało się do niewoli. Kolejne miesiące również nie przechyliły szali zwycięstwa na amerykańską stronę. Przyczyniła się do tego, między innymi, obecność Indian, którzy okazali się ważnymi i cennymi sojusznikami dla Brytyjczyków.
Nieporozumienia w obozie brytyjsko-indiańskim szybko wykorzystali Amerykanie. Latem 1813 roku odzyskali inicjatywę i zmusili Brytyjczyków do wycofywania. Do decydującego starcia doszło 5 października 1813 roku w bitwie pod Moraviantown (inaczej: bitwa nad rzeką Tamizą), w której śmierć poniósł Tecumseh. Amerykanie starcie wygrali, lecz nie potrafili tego zwycięstwa wykorzystać. W lipcu 1814 roku walki ponownie przeniosły się na terytorium amerykańskie i Amerykanie nie zdołali już przebić się na drugą stronę granicy. Jednocześnie z działaniami na pograniczu dochodziło do starć na wschodnim wybrzeżu amerykańskim. Choć nie miały tam miejsca ciągłe walki, to Brytyjczycy blokowali porty i raz po raz wyruszali na amerykańskie wioski, wprowadzając chaos.

Spalenie Waszyngtonu i Białego Domu w 1814 Roku
Sierpień 1814 roku zapisał się w pamięci ówczesnych mieszkańców Waszyngtonu jako jeden z najgorętszych w historii stolicy. Lejący się z nieba żar wysuszył studnie, a otaczające miasto bagna zamienił w kwitnące wylęgarnie komarów. Jakby tego jeszcze było mało, serce Ameryki stało się celem ataku armii brytyjskiej, która w połowie miesiąca wylądowała na brzegach Zatoki Chesapeake.
Atak na stolicę
Dopiero detronizacja Napoleona w 1814 roku pozwoliła Albionowi bardziej zaangażować się w konflikt z dawną kolonią. Królewscy stratedzy nie zamierzali jednak uderzać na stolicę wroga. Słabo zaludnione i z małą liczbą rządowych budynków miasto nad Potomakiem miało nikłą wartość strategiczną. Tymczasem 24 sierpnia mieszkańcom stolicy przyszło zderzyć się z ponurą rzeczywistością. Po nagłej zmianie marszruty i dosłownym przepędzeniu sił amerykańskich pod Bladensburgiem upojeni łatwym zwycięstwem żołnierze Jego Królewskiej Mości pojawili się na rogatkach Waszyngtonu.
Rząd z prezydentem Jamesem Madisonem na czele opuścił Waszyngton wraz z falą uciekinierów spod Bladensburga. Prezydent Madison wyjechał z Waszyngtonu dwa dni wcześniej, aby spotkać się z żołnierzami na froncie. Przed wyjazdem przekazał żonie Dolley Madison, aby zebrała ważne dokumenty i w razie potrzeby była gotowa do natychmiastowego wyjazdu. Na kilka dni przed zajęciem przez Brytyjczyków Waszyngtonu prezydent James Madison wraz z członkami rządu opuścił stolicę, znajdując schronienie i nocleg w Brookeville, małym miasteczku w Hrabstwie Montgomery, w stanie Maryland. Na pamiątkę tamtych wydarzeń Brookeville znane jest jako „Jednodniowa stolica Stanów Zjednoczonych”.
Akt podpalenia
Tymczasem wkraczające na ulice Waszyngtonu czerwone kubraki zachowywały się nad wyraz przyzwoicie, do czasu, gdy nagła palba karabinowa powstrzymała ich triumfalny marsz. Ogień nie był zbyt celny, ale zdołał zmieszać szyki królewskich piechurów. W odpowiedzi dowodzący ekspedycją kadm. George Cockburn rozkazał rzucić na pastwę ognia wszystkie budynki rządowe w stolicy. Wszelka własność prywatna miała pozostać nietknięta - chodziło o upokorzenie władz USA za wywołanie wojny, a nie podżeganie do dalszej walki mieszkańców byłej kolonii.
24 sierpnia 1814 r. 4000 żołnierzy brytyjskich zdobyło Waszyngton i wkroczyło do siedziby prezydenta. Królewskim pułkom nie trzeba było tego rozkazu powtarzać dwa razy. Ogień wkrótce pojawił się na Kapitolu, w Departamentach Stanu, Skarbu oraz Wojny. Do wzniecania pożarów wykorzystywano m.in. rakiety Congreve’a, które w dużej mierze przyczyniły się do panicznej ucieczki wojsk amerykańskich spod Bladensburga. Spalono stocznię, arsenał i ogromne koszary, magazyny prochowe oraz ocalałe okręty floty Zatoki Chesapeake. Temperatura pożarów topiła szyby w oknach i witraże.
Kiedy Brytyjczycy dotarli do Białego Domu, nie zastali tam nikogo. Brytyjscy żołnierze bez przeszkód weszli więc do siedziby prezydenta, gdzie na stole zastali jeszcze posiłek, który przygotowano dla żony prezydenta. Zasiedli więc do stołu, najedli się, po czym rozpoczęli plądrowanie budynku. Po wyniesieniu wszystkich cennych rzeczy, Biały Dom podpalono. Jeden z brytyjskich żołnierzy wspominał: „Kiedy oddział wysłany, by zniszczyć dom pana Madisona, wszedł do jego jadalni, zastał przygotowany stół obiadowy i nakrycia dla czterdziestu gości. Na kredensie chłodziło się kilka rodzajów wina w pięknych, ciętych szklanych karafkach; przy kominku czekały stojaki wypełnione naczyniami i talerzami; noże, widelce i łyżki były przygotowane do natychmiastowego użycia; krótko mówiąc, wszystko było gotowe na uroczyste przyjęcie.”
Wkrótce też do prezydenckich pokoi wkroczył upojony triumfem kadm. Cockburn. Po sutej kolacji na prezydenckiej zastawie jeden z Brytyjczyków podłożył ogień w kilku miejscach. Biały Dom pierwszy stanął w płomieniach, a wkrótce płonęła cała stolica. Wydawało się, że to koniec nowej amerykańskiej stolicy, a może i koniec Stanów Zjednoczonych.

Odbudowa i Narodziny „Białego Domu”
Brytyjczycy opuścili miasto następnego dnia, pozostawiając za sobą dymiące zgliszcza. Mimo ich wysiłków, by podpalać jedynie rządowe gmachy, ogień ogarnął również prywatne domy. Od całkowitego zniszczenia uratował miasto potężny huragan z ulewą, który ugasił pożary i przy okazji zniszczył kilka okrętów Royal Navy. Huragany często nawiedzają wschodnie wybrzeże USA w sierpniu. Jednak burza tamtej nocy miała niezwykłą moc, a uderzeniom piorunów towarzyszyła nawałnica deszczowa, która skutecznie zgasiła pożar trawiący miasto.
Zginęło wówczas wielu ludzi, zarówno po brytyjskiej, jak i po amerykańskiej stronie. Ale Amerykanie uznali huragan za dar od Boga, ponieważ zniszczył także część floty brytyjskiej, a okupacja stolicy trwała zaledwie 25 godzin. Prezydent James Madison mógł wraz z małżonką powrócić do stolicy, choć nie do spalonego Białego Domu. Ich rezydencją stał się stołeczny Octagon House. Madison powrócił do Waszyngtonu trzy dni po spaleniu Białego Domu. Wraz z żoną nigdy nie wrócili już do dawnej siedziby.
Waszyngton przedstawiał tak przerażający widok, że po zakończeniu wojny zastanawiano się nawet nad jego porzuceniem i budową nowej stolicy w zupełnie innym miejscu. Nie chcąc jednak dać satysfakcji Albionowi i widząc w huraganie palec Boży, zdecydowano się na odbudowę miasta. Budynek został zrekonstruowany i zamieszkał w nim kolejny prezydent, James Monroe w roku 1817. W efekcie ocalałe z pożogi osmalone ściany rezydencji wykonawczej pomalowano na biało, gdyż tylko ten kolor udało się znaleźć w wystarczającej ilości. Oficjalnie nazwa ta została przyjęta dopiero za prezydentury Theodore’a Roosevelta. Ten, zazdroszcząc co niektórym gubernatorom stanów nazw ich rezydencji, uznał, że nie może być gorszy i od 1901 roku zaczął używać w swojej korespondencji określenia White House.

Symboliczne Znaczenie i Echo Przeszłości
Pod koniec konfliktu doszło do podpalenia Białego Domu. Wydarzenie to ma dla Amerykanów symboliczne znaczenie i oznacza jednocześnie kres podporządkowania Wielkiej Brytanii. Wojna brytyjsko-amerykańska miała także ogromne znaczenie „państwotwórcze” dla Stanów Zjednoczonych - skupiła ich mieszkańców wobec wspólnej idei i przeciwko jednemu wrogowi. Do dziś ma duże znaczenie symboliczne dla wszystkich Amerykanów.
Od tamtych wydarzeń minęło przeszło 200 lat, ale przez dziesięciolecia personel Białego Domu wielokrotnie widział mglistą postać mężczyzny w mundurze brytyjskim z czasu pamiętnej nocy, kiedy huragan wygubił królewskich żołnierzy. Zjawa pojawiała się i snuła po Białym Domu z płonącą pochodnią, budząc grozę wśród tych, którzy ją dostrzegli.