Była środa, 7 grudnia 1983 roku. Świeciło słońce, był lekki mróz. Dzień wcześniej dzieci mieszkające w bloku przy ul. Dzierżyńskiego (dziś Armii Krajowej) odwiedził Mikołaj. Rano wielu mieszkańców poszło do szkoły, pracy. Tak jak Stanisław Szulczewski. Przed siódmą opuścił swoje mieszkanie w piątej klatce. Nie przeczuwał, że może zdarzyć się coś złego. Tak jak zwykle wypił herbatę, spakował kanapki i poszedł na przystanek.

Przebieg wydarzeń
Do domu wrócił po godzinie 14.00. Gdy wysiadał z autobusu, nie wiedział, że kilkadziesiąt minut wcześniej w jego bloku doszło do tragedii. Ale gdy szedł od przystanku, zaniepokoiło go, że wszędzie jest dym i dziwny swąd. - Ale wtedy na Retkini było sporo gospodarstw rolnych - wspominał kilka lat temu Stanisław Szulczewski. - W jednym z nich chodziła młocarnia, więc pomyślałem, że to od niej ten dym i swąd...
Przeszedł kilkadziesiąt metrów dalej i zamarł. Jego blok był ogrodzony, wszędzie stali milicjanci. Przeskoczył przez zapory i pobiegł zobaczyć, co z jego mieszkaniem. Odetchnął, gdy zobaczył okna. W pokoju stołowym były nawet szyby... Stanisław Szulczewski opowiadał nam, że początkowo nie było widać rozmiaru tragedii. Wokół tylko para, dym. Dopiero po pewnym czasie zobaczył, że jego blok nie ma dwóch pierwszych klatek. - Zamiast klatek była kupa gruzu, która sięgała po pierwsze piętro! - mówił pan Stanisław.
Przyczyny katastrofy
Przed tragedią rozpoczęto odwadnianie bloku przy ul. Dzierżyńskiego, bo woda wpływała do piwnic. Koparka pracowała od kilku dni. Stanisław Szulczewski wspominał, że dzień przed wybuchem poszedł nawet zobaczyć, co tam robią. Już po wybuchu pan Stanisław słuchał w telewizji majstra, który opowiadał reporterom o tym, co się wydarzyło. Operator zaczął kopać dół, ale koparka zaczęła mu się „ślizgać”. Poszedł więc z kolegami zjeść śniadanie.
- Gdy wrócił, to tak dobrze przyłożył, że coś zaczęło syczeć - opowiadał Stanisław Szulczewski. - Pękła rura, którą przepływał gaz. Operator powiedział do majstra, by ją wyrwać, by gaz poszedł na zewnątrz, ale majster nie kazał nic ruszać. Stwierdził, że jak się coś stanie, to odpowiedzialność spadnie na nich. Robotnicy wsiedli więc w samochód i pojechali do administracji osiedla. Administracja zadzwoniła do gazowni, ale tam powiedzieli, że mają awarię w przedszkolu czy żłobku, jak skończą tam, to przyjadą na ul. Dzierżyńskiego. W gazowni kazali zakręcić zawory.
Skutki wybuchu i akcja ratunkowa
W łódzkim tygodniku „Odgłosy” opisywano: „Potworna eksplozja przerwała ciszę, która panowała na osiedlu. Fala powietrza wymiotła szyby w oknach sąsiednich bloków. Chmura pyłu i dymu osłoniła na chwilę wszystko. Kiedy opadła, tam, gdzie stał pierwszy segment bloku, dwie klatki, sterczała potrzaskana piramida rozszarpanych wybuchem płyt”.

Na miejscu tragedii pojawiły się karetki pogotowia, straż, milicja. W sumie wybuch pochłonął osiem ofiar. Zginęła Janina Kamińska oraz pięcioosobowa rodzina Gerstmannów: Stanisław, Helena, Przemysław, Krzysztof i Bartek. Profesor Stanisław Gerstmann był wybitnym psychologiem, a jego syn Przemysław nadzieją polskiej psychologii. Doznał krwiaka mózgu, odmrożeń i niewydolności nerek 14-letni Darek Kaszuba, który zmarł w szpitalu. Ofiarą była również Jadwiga Dziurdzińska, która zmarła w szpitalu na skutek doznanego szoku.
Losy mieszkańców po tragedii
W czerwcu 1984 roku dwie zburzone klatki odbudowano, wprowadzili się nowi lokatorzy. Mimo to po tej tragedii wszystkim lokatorom bloku nr 214 zaproponowano inne mieszkania. Wiele osób zdecydowało się na wyprowadzkę. Dostali nowe lokale na Retkini, Chojnach, Radogoszczu. Stanisław Szulczewski wyjaśniał: - Kto był pierwszy, to dostawał lepsze mieszkanie. Potem zostały same partery, czwarte piętra. Ja tu mieszkałem na pierwszym piętrze, a zaproponowali mi parter. Zostałem więc w tym bloku.