Pożar kamienicy na Jeżycach: Tragedia przy Kraszewskiego 12 w Poznaniu

portalcenter.cl

Nocny pożar na poznańskich Jeżycach strawił kamienicę przy Kraszewskiego 12 i na zawsze zmienił życie jej mieszkańców. Dwóch strażaków zginęło, wielu ludzi straciło domy, wspomnienia i poczucie bezpieczeństwa. Od tragicznego pożaru mija rok, a pusta przestrzeń w miejscu dawnej kamienicy oraz hydrant postawiony ku pamięci strażaków wciąż przypominają o dramacie.

ilustracja płonącej kamienicy przy Kraszewskiego 12

Przebieg zdarzeń: Noc z 24 na 25 sierpnia 2024 roku

Pożar kamienicy przy ul. Kraszewskiego 12 w Poznaniu wybuchł w nocy z 24 na 25 sierpnia 2024 roku. Z piwnicy zaczął wydobywać się dym. Czujkę zamontowaną w lokalu tuż pod swoim mieszkaniem usłyszał Krzysztof Juszkiewicz, który obudził sąsiadów i zarządził ewakuację. Dwudziestu osobom udało się uciec jeszcze zanim na miejsce dojechały pierwsze wozy strażackie. Z sąsiednich kamienic ewakuowano potem kolejne sto osób.

Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie - najpierw piwnica, potem kolejne kondygnacje, obejmując drewniane stropy i schody. Na ulicy zbierał się tłum mieszkańców - jedni w piżamach, inni boso - oraz gapie, wszyscy patrząc w górę na płonącą kamienicę. Na miejsce zjeżdżali kolejni strażacy, w sumie było ich około stu. Zanim ogień rozwinął się na dobre, w piwnicy doszło do dwóch wybuchów. Huk był tak silny, że powybijał szyby w kamienicy po drugiej stronie ulicy.

Pożar kamienicy w Poznaniu. "Buchnął na mnie płomień, owinął i popchnął do przodu" (UWAGA! TVN)

Ofiary i ranni

Podczas akcji gaszenia pożaru w kamienicy przy ul. Kraszewskiego 12 w Poznaniu zginęło dwóch strażaków - st. ogn. Łukasz Włodarczyk i st. ogn. Patryk Michalski. Znaleźli się oni w piwnicy, gdy zawalił się strop. Koledzy próbowali się do nich przebić, lecz bez skutku. Jedenastu innych strażaków odniosło obrażenia i trafiło do szpitala, ranne zostały też trzy osoby cywilne. Po tragedii na Jeżycach zapadła cisza.

Natychmiastowe skutki i rozbiórka

Część ulicy Kraszewskiego przez wiele tygodni była zamknięta, najpierw ogrodzona taśmą, potem otoczona ciężkim sprzętem. Kamienicę trzeba było rozebrać natychmiast, gdyż groziła zawaleniem. Prace ruszyły na początku września, a gruz znikał kawałek po kawałku, aż została pusta dziura po numerze 12. Dopiero pod koniec miesiąca „strefa zero” przestała istnieć, wróciły autobusy i piesi. Wszyscy mieszkańcy sąsiednich kamienic powrócili do swoich mieszkań.

zdjęcie z rozbiórki kamienicy przy Kraszewskiego 12

Rok po tragedii - życie po pożarze

Od tragicznego pożaru na Jeżycach mija rok. Życie wróciło do swojego rytmu, lecz pusta przestrzeń, odgrodzona blaszanym płotem w miejscu dawnej kamienicy, wciąż przyciąga wzrok i kłuje w serce przechodniów. Podobnie jak hydrant postawiony po pożarze ku pamięci strażaków, którzy wtedy zginęli.

Osobiste historie i świadectwa

Artur Gilewski: Walka o życie i straty

Artura nie było wtedy w mieszkaniu - pojechał na basen. Wracając przez Jeżyce, zobaczył straż przy swojej kamienicy. W mieszkaniu na drugim piętrze zostały jego psy, które chciał ratować. Wspomina: „Od frontu było już duże zadymienie. Jeden ze strażaków powiedział, że spróbuje wejść od tyłu. Kazał mi zostać kilka metrów od wejścia. Doszedł do drzwi piwnicy i wtedy nastąpił wybuch. Fala uderzeniowa odrzuciła nas. Pamiętam, że ogień buchnął mi w plecy. Na szczęście miałem plecak z mokrym ręcznikiem - lekarze mówili później, że to uratowało mi nerki i najważniejsze organy. Potem był jeszcze drugi wybuch. To on poparzył mnie z przodu - twarz, klatkę piersiową, ręce”. Artur doznał poważnych, rozległych oparzeń, ogień objął niemal 70 procent powierzchni jego ciała.

„Wtedy tego nie czułem. Adrenalina trzymała” - mówi. Zdążył pomóc sąsiadowi, zadzwonił do pracy i do rodziców, mówiąc, że jest „lekko poparzony”. Chwilę później trafił do szpitala. „Byłem w śpiączce około dwóch tygodni. Obudziłem się podłączony do aparatury, nie mogłem mówić ani się ruszać. Przy łóżku stali mama, brat i bratowa - zapłakani. Wtedy zrozumiałem, że to nie są lekkie oparzenia” - wyznaje. Lekarze walczyli o jego życie. „Miałem przeszczepy, m.in. na nogi. Najgorzej wyglądały dłonie i twarz. Koszula wtopiła mi się w ciało. Chirurdzy byli zdziwieni, że plecy goją się tak dobrze. Plecak zrobił swoje” - opowiada. Dziś Artur pokazuje dłonie: „Skóra jest napięta, przy każdym ruchu boli i swędzi. Muszę brać leki dwa-trzy razy dziennie. Dermatolog powiedziała, że regeneracja jest nieprawdopodobna, ale skóra nigdy nie będzie taka sama”. Najtrudniejsza była strata psów. „Pytałem brata, czy udało się je uratować. W głębi duszy wiedziałem, że nie” - mówi cicho. Kilka miesięcy później w domu znów pojawiły się zwierzęta: „Dziś mam dwa szczeniaki. Są niesforne, ale dają mi mnóstwo radości” - uśmiecha się.

Alicja Świder: Utrata wszystkiego i odrodzenie

Alicja mieszkała na Kraszewskiego od piętnastu lat, prowadząc salon kosmetyczny na parterze i mieszkając na piętrze. Kilka dni przed tragedią rozmawiała z klientką: „Widziałam, jak do piwnicy znoszą całe kartony baterii. Powiedziałam jej pół żartem: «Wiesz co, to kiedyś wybuchnie». Nie przypuszczałam, że tak szybko okaże się to prawdą” - wspomina. W sobotnią noc z córką i psem wybiegła boso na ulicę: „Nie było czasu na nic więcej. W jednej chwili straciłam dom, firmę, pamiątki po mamie. Biżuterię, listy pisane między nią a babcią… To są rzeczy, których nic już nie zastąpi” - dodaje. Stojąc na chodniku i patrząc, jak ogień pożera budynek, dotarło do niej: „Pamiętam, że wtedy dotarło do mnie, że nie mam już dokąd wracać”.

Rozmawiała jeszcze ze strażakami, tymi którzy zginęli podczas akcji. Ostrzegała, że w piwnicy są baterie litowo-jonowe i dała im pęk kluczy. „Jeden z nich zdążył wejść do mojego gabinetu i powiedział, że tam się jeszcze nie pali. To była moja ostatnia rozmowa z nimi” - opowiada Alicja. 20 minut później nastąpił wybuch. „Stałam blisko budynku i zobaczyłam, jak szyby wylatują z okien. To wyglądało jak scena z filmu science fiction. Szkło leciało w zwolnionym tempie. Zakryłam głowę i zaczęłam biec. To cud, że ani ja, ani moja córka nie zostałyśmy ranne” - mówi. Po miesiącach od tragedii policja odnalazła w gruzach jej klucze, częściowo stopione od ognia. „Oddali mi je. Trzymam je do dziś jako pamiątkę. To symbol tamtej nocy i tamtych ludzi” - stwierdza. W namiocie, gdzie gromadzono przedmioty wydobyte z ruin, znalazła też różaniec babci i książkę mamy. „Z całego mieszkania i salonu ocalały te drobiazgi. Najcenniejsze rzeczy - listy i biżuteria - przepadły. Może tak miało być. Straciłam mamę kilka lat wcześniej i długo nie potrafiłam rozstać się z jej rzeczami. Ten pożar brutalnie przełamał moją żałobę” - dodaje.

Tamtej nocy doświadczyła również niezwykłej solidarności. „Pamiętam kobietę, zupełnie obcą, która zdjęła swoje klapki i podała mi je, kiedy stałam boso na ulicy. Dała mi też smycz i poidełko dla psa, zaprosiła nas do siebie. W emocjach nawet nie zapytałam o imię. Do dziś chciałabym ją odnaleźć i podziękować” - mówi. Pożar był dla Alicji końcem jednego życia i początkiem innego: „Stałam pod budynkiem do czwartej rano, jak na pogrzebie. Patrzyłam, jak się wali, i traktowałam to jak pożegnanie z domem”. Przez miesiąc mieszkała z córką i psem u przyjaciółki, która „sama miała troje dzieci i dużego psa, a mimo to przyjęła nas do siebie. Dała nam dach nad głową i poczucie bezpieczeństwa - tego nigdy jej nie zapomnę” - podkreśla. Odbudowa życia zaczęła się krok po kroku. ZKZL przydzielił jej mieszkanie na Wildzie. Nowy salon Alicja znalazła przy ulicy Mickiewicza. „Kiedy pierwszy raz weszłam do tego lokalu, wiedziałam, że to moje miejsce. Dopiero później dowiedziałam się, że poprzedni właściciel - pan, który też prowadził tu firmę przez piętnaście lat - zmarł w sierpniu. Ja w sierpniu straciłam wszystko. On piętnaście lat tu, ja piętnaście lat tam. Dla mnie to była metafizyczna klamra, znak” - dodaje. Do pracy wróciła 1 lutego: „Branża beauty bardzo mnie wsparła. Koleżanki z pracy przekazywały sprzęty, lampy, kosmetyki. Dzięki temu mogłam zacząć od nowa” - podkreśla Alicja. Dziś mówi, że z tragedii wyszła silniejsza: „Może gdyby nie wybuch, tkwiłabym jeszcze dwadzieścia lat na Kraszewskiego. A tak - los mnie wyrwał i postawił w nowym miejscu. I okazało się, że ta zmiana była na dobre. Odrodziłam się jak feniks z popiołów” - kończy.

Bartosz Kaczmarek: Życie z lękiem

Bartosz Kaczmarek, który mieszka w kamienicy naprzeciwko Kraszewskiego 12, mówi: „Przed wybuchem ulica Kraszewskiego tętniła życiem. Były sklepy, usługi, fryzjerka obok… Po pożarze wszystko się zatrzymało. Ciężko było stanąć na nogi. Dlatego uważam, że ten hydrant upamiętniający strażaków, który miasto tu ustawiło, to wielki gest. Symbol, który ma dla nas ogromne znaczenie”. Bartosz przyznaje, że tamta noc całkowicie zmieniła jego sposób patrzenia na bezpieczeństwo. „Śpię czuwającym snem. Każdy przejazd straży podnosi mnie na równe nogi - bez względu na porę. Po tej nocy kupiłem dwie gaśnice. W kamienicy zamontowano czujki dymu. Czuję, że muszę być takim «czuwającym». Gdyby coś się działo, to ja pójdę pierwszy” - wyznaje. Tamtej nocy fala uderzeniowa uderzyła także w niego: „Stałem w oknie. Kiedy był wybuch, przerzuciło mnie przez kanapę. Myślałem, że nasza kamienica się wali”. Bartosz mówi, że od czasu pożaru żyje z ciągłym lękiem. Strach nie opuszcza go nawet we śnie: „Ciągle mi się śnią. Widzę strażaków, jak wchodzą do środka, w kaskach, bez twarzy. Czuję rękę na ramieniu - jakby mnie prowadzili, mówili: «Chodź, idziemy». To wraca” - kończy.

Iwona Rosiejka: Zjednoczenie społeczności

Iwona Rosiejka, która wraz z mężem od ponad 20 lat prowadzi warzywniak tuż obok kamienicy przy ul. Kraszewskiego 12, również podkreśla, że pożar odmienił Jeżyce. „Na pewno zbliżył ludzi. Sąsiedzi, przedsiębiorcy, mieszkańcy - staliśmy się jak jedna wielka wspólnota. Klienci wracają, rozmawiają, uśmiechają się. Jest zupełnie inna atmosfera” - podkreśla. Wzrosła też świadomość zagrożeń. „Ludzie są bardziej ostrożni. Słyszałam, że ciężko było kupić czujniki dymu, tak szybko się wyprzedawały. Każdy chciał je mieć. To pokazuje, że coś się zmieniło w myśleniu” - zaznacza. Dodaje, że każdy z dawnych lokatorów jakoś ułożył sobie życie. „Jedni wynajmują mieszkania, inni coś kupili. Niektórzy wracają, odwiedzają nas tutaj, utrzymujemy kontakt. My też działamy dalej, mamy dziś nawet więcej klientów niż wcześniej. Ale cały czas w głowie są ci dwaj strażacy…” - mówi cicho.

Fala solidarności i wsparcie

Po tragedii na Kraszewskiego zjednoczyli się nie tylko pogorzelcy, ale i mieszkańcy całego Poznania. Pomoc ruszyła lawinowo, a jedną z pierwszych osób, które ją zorganizowały, była Małgorzata Mielcarek ze Stowarzyszenia Inicjatyw Społecznych. O szóstej rano stowarzyszenie było gotowe, a do czternastej sala wypełniła się darami. „To był zryw serca. Ludzie przynosili ubrania, jedzenie, pieniądze i pytali: «Jak jeszcze możemy pomóc?»” - dodaje. Na początku panowało skrępowanie, ale szybko przyszła bliskość. Przy kawie i herbacie mieszkańcy, którzy wcześniej często mijali się tylko na klatce, zaczęli siadać razem przy stole. „Chciałam, żeby sami też coś robili. Jedni sortowali bieliznę, inni ręczniki. To dawało poczucie sprawczości, że odzyskują kontrolę nad życiem” - mówi Małgorzata.

zdjęcie zbiórki darów dla poszkodowanych w pożarze na Jeżycach

Pomoc miała nie tylko materialny wymiar. Wolontariusze stali się łącznikiem z instytucjami, pilnowali, by mieszkańcy dostali obiecaną pomoc finansową, towarzyszyli im w urzędach i u lekarzy. Pożar paradoksalnie poprawił sytuację niektórych. „Najstarsi lokatorzy, pani Irenka z mężem, byli wcześniej praktycznie niewidoczni. Dopiero wtedy ktoś o nich naprawdę zadbał. Inni wciąż walczą - jak Krzysztof, poparzony właściciel, który od roku wraca do zdrowia” - mówi Małgorzata. Małgorzata do dziś ma kontakt z dawnymi mieszkańcami Kraszewskiego 12. „Każdy przeżywa to inaczej. Jedni zamknęli się w lęku, inni, jak Weronika, powiedzieli: «Stało się, trzeba żyć dalej». Najważniejsze, że przeżyli - rzeczy można stracić, ale życia już nie wróci. Tak jak w przypadku strażaków” - podsumowuje.

Śledztwo i pamięć

Kamienicy przy Kraszewskiego 12 już nie ma - kilka miesięcy po tragedii została rozebrana, a w jej miejscu pozostała pusta przestrzeń. Ale sprawa wciąż nie jest zamknięta. Prokuratura prowadzi śledztwo, a kluczowe dla jego wyniku będą opinie biegłych z zakresu pożarnictwa. W czasie rozbiórki w piwnicy znaleziono aż 3,5 tony spalonych akumulatorów i baterii litowo-jonowych, składowanych przez firmę Lupo, zajmującą się ich serwisem. To właśnie one - zdaniem wielu świadków - mogły stanowić śmiertelne zagrożenie i doprowadzić do eksplozji. Hydrant i tablica przypominają dziś o dwóch strażakach, którzy oddali życie, niosąc pomoc. Ale odpowiedź na pytanie, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy w piwnicach kamienicy, wciąż pozostaje bez odpowiedzi.

hydrant i tablica pamiątkowa ku czci strażaków na ulicy Kraszewskiego

tags: #pozar #kamienicy #jezyce