W Trzebini doszło do próby podpalenia kościoła, gdzie sprawcy nie udało się dostać do wnętrza, lecz spalone zostały klęczniki w przedsionku. Parafia prosi o kontakt z policją każdego, kto widział podejrzane osoby kręcące się koło kościoła.
Incydent w Trzebini: Próba podpalenia
Szczegóły zdarzenia
Do próby podpalenia kościoła w Trzebini doszło w minioną niedzielę, około godziny 13.30. Sprawca nie zdołał przedostać się do wnętrza świątyni, lecz klęczniki w przedsionku zostały oblane łatwopalną substancją i nadpalone.
Mł. asp. Piotr Fudała z policji w Chrzanowie potwierdził, że napastnik zbiegł z miejsca zdarzenia i jest wciąż poszukiwany. Postępowanie w tej sprawie prowadzą policjanci z komendy policji w Chrzanowie.
Poszukiwania sprawcy
Napastnika nagrały kamery kościelnego monitoringu. Z opublikowanego przez parafię opisu wynika, że to mężczyzna w wieku około 40-50 lat, ubrany w ciemną kurtkę, białą rozpiętą koszulę i bez krawata. Parafia św. Apostołów Piotra i Pawła w Trzebini apeluje o pomoc w identyfikacji sprawcy. Prawdopodobny sprawca zarejestrowany przez monitoring miał na sobie jasną koszulę z krawatem oraz ciemne okrycie wierzchnie. Kamery uchwyciły moment, w którym pospiesznym krokiem opuszczał on rejon świątyni, idąc od ulicy Kościelnej w stronę ulicy Starowiejskiej. Każdy, kto ma informacje na temat tego zdarzenia, proszony jest o kontakt z miejscową policją.
Historyczne pożary kościołów
Incydent w Trzebini przypomina o historii pożarów, które dotykały świątynie. Przypomnijmy sobie również inne zdarzenia związane z pożarami kościołów.
Pożar Kościoła św. Elżbiety we Wrocławiu
Pożar kościoła św. Elżbiety..komentarz
W 1975 roku Kościół św. Elżbiety we Wrocławiu stanął w ogniu. Po godzinie 17 ksiądz Michniak zakończył grę na organach, wyłączył silniki i zamknął drzwi na chór organowy. Kościół był otwarty do około 19.30, po czym kościelny zamknął świątynię. Około godziny 20 pani Binch, właścicielka zakładu z Kiełbaśniczej, zauważyła płomienie w oknach kościoła. Podpułkownik Feliks Kostecki, wracając służbowym fiatem z pracy, zawrócił po zauważeniu ognia.
Pierwsi strażacy zjawili się po trzech minutach od zgłoszenia. Dym pojawił się na takiej wysokości, że strażacy byli bezradni. Ogień zajął całą konstrukcję dachu, a płonące żagwie, długie na kilka metrów, fruwały nad okolicą, spadając na domy i przebijając dachy. Zapalały się kolejne budynki na ulicach Rzeźniczej, Mikołaja i Kiełbaśniczej. Rozpoczęto ewakuację dokumentów z Jasia i Małgosi, a strażacy bronili okolicznych kamieniczek przed iskrami. Na pomoc wezwano wszystkie jednostki z Wrocławia oraz straż z Trzebnicy, Oławy i Oleśnicy, a także wojsko i milicję. Energetycy odcięli prąd z linii tramwajowych, a MPWiK wyłączył wodociągi w mieście, zwiększając ciśnienie wody dla ratowników. Odrzańską i Kiełbaśniczą węże ciągnęły wodę z Odry.
O 21.58 kilkunastu strażaków wspięło się po płonących rusztowaniach, wciągając węże i próbując gasić dach. Podpułkownik Kostecki wspomina, że drabiny sięgały jedynie krawędzi dachu. O północy pożar przestał się rozprzestrzeniać. Do popołudnia następnego dnia strażacy dogaszali zgliszcza: dachy wypaliły się do końca, spłonęło zwieńczenie wieży, uszkodziły się okna i kamieniarka, odspoiły się wszystkie tynki. XVIII-wieczne organy, największe na Śląsku, zagrały naraz, gdy ogień trawił chór organowy.

Przyczyny pożaru Kościoła św. Elżbiety: Kontrowersje
W pół roku po tragedii prokurator stwierdził, że badania chemiczne zwęglonych szczątków nie wykazały obecności środków łatwo palnych. Stwierdzono zatarcie wirnika w dmuchawie podającej powietrze do organów, co mogło spowodować snop iskier, które padły na pokrytą kurzem flanelową wykładzinę. Żarzenie się kurzu i flaneli mogło doprowadzić do zapłonu organów.
Jednak podpułkownik Kostecki nie zgodził się z tą wersją, uznając ją za "bzdurę, technicznie niemożliwą". Jest przekonany, że ktoś maczał w tym palce, wskazując na dwa źródła ognia: organy i dach. Twierdził, że płomienie z organów nie mogły dosięgnąć dachu, ponieważ jest on zbyt wysoko. Podpułkownik Kostecki sugeruje, że wszystko wskazuje na mieszankę fosforanu i tlenków metali, która powoduje błyskawiczne rozprzestrzenianie się pożaru i wysoką temperaturę. Wspomina również o niemieckiej wycieczce w kościele półtorej godziny przed pożarem.
Architekt Andrzej Kamiński również uważa, że było to podpalenie. Z kolei pułkownik Ryszard Królicki zaprzecza, mówiąc, że "to plotka". Według niego organy były napędzane elektrycznie, a warstwy kurzu mogły spowodować zwarcie i iskrę, która błyskawicznie rozprzestrzeniła się po kurzu. Uważa, że było tylko jedno źródło ognia - organy. Pułkownik Władysław Bronz, autor książki o kościele, przedstawia dokumenty z pieczątkami "Tajne" i "Poufne", mówiące o dwóch zarzewiach ognia powstałych równocześnie: jeden w organach, drugi na strychu nad nawą główną. Według wojskowych inspektorów ochrony przeciwpożarowej, źródła pożaru były niezależne od siebie. Jeden z urzędników MON stwierdził, że "ze względu na niekontrolowany dostęp do wieży, drewniane schody i konstrukcję hełmu wieży nie było trudno w zaplanowany sposób wzniecić tam pożar."
Brak dokumentacji i odbudowa
W kościelnych archiwach nie ma śladu pożaru, żadnych dokumentów ani kronik. Proboszcz, ksiądz płk Józef Kubalewski, tłumaczy, że "czasy były, jakie były. Księża bali się notować takie wydarzenia."
Po tragedii budowla przez lata stała bez dachu, ogrodzona i prowizorycznie zabezpieczona. Obrazy, świeczniki, żyrandole, ławy, epitafia i krucyfiksy powędrowały na czas remontu do składnic muzealnych. Katarzyna Hawrylak-Brzezowska, miejski konserwator zabytków, osobiście pakowała cenne eksponaty. Pieniądze na remont płynęły powoli, a NIK dwukrotnie sprawdzał, dlaczego remont trwa tak długo. Finansowy strumień poszerzył się w 1990 roku, kiedy powstał Ordynariat Polowy Wojska Polskiego i biskup generał Leszek Sławoj Głódź wysupłał fundusze, a zamienił w prawdziwą rzekę przed Kongresem Eucharystycznym w 1997 roku. Andrzej Kamiński, główny projektant odbudowy, podkreśla, że "wojsko wzięło na siebie lwią część kosztów." Dzięki temu na początku lat 80. dach pokryto kolorową glazurowaną dachówką typu 'mnich-mniszka'. Pułkownik Władysław Bronz, jeden z założycieli Stowarzyszenia Odbudowy Kościoła Garnizonowego 'Wieża', również potwierdza, że wojsko pokryło większość wydatków.
Wyzwania współczesnej ochrony przeciwpożarowej

Kościół św. Elżbiety wciąż wydaje się przetrzebiony; wiele wywiezionych eksponatów nie wróciło z muzealnych składnic z powodu braku zabezpieczeń antywłamaniowych i funduszy na dokończenie remontu, ogrzewanie i całkowite zabezpieczenie przeciwpożarowe. Pułkownik Ryszard Królicki wspomina, że czuł się bezradny podczas akcji gaśniczej, gdyż dachu nie dało się ugasić z powodu jego wysokości. Pułkownik Michał Kurzątkowski dodaje, że piany nie można było wyrzucić na taką odległość, a woda spływała po dachówkach. Na pytanie, co będzie, jeśli dziś wybuchnie pożar w starych, wielkich kościołach we Wrocławiu, pułkownik Królicki radzi: "Lepiej dmuchać na zimne: montować najlepsze zabezpieczenia, sprawdzać instalacje." Dodaje, że "na całym świecie nikt jeszcze nie ugasił płonącego kościoła? Za duże budowle, za dużo w nich drewna."
Zapomniany drewniany kościół w Kuźniczysku
W Kuźniczysku, małej wsi na Dolnym Śląsku, stoi zaniedbany drewniany kościół, zaprojektowany przez Carla Gottharda Langhansa, twórcę Bramy Brandenburskiej w Berlinie. Ten zabytkowy budynek od lat popada w ruinę. W 1764 roku dobudowano wieżę. Msze w języku polskim odprawiano do 1790 roku, a remonty przeprowadzono w 1824 i 1897 roku. Kościół został opuszczony po 1945 roku. W XIX wieku wybudowano mur z bramą, który otacza świątynię do dziś. Ostatni remont przeszedł w 1958 roku.

Fotografie z wnętrza kościoła robią wrażenie, ukazując zachowane stare ławki, zniszczoną ambonę i charakterystyczne dla kościołów ewangelickich empory. W budynku nie ma już posadzki, została rozebrana po wojnie, pozostał tylko piasek. Wszędzie są porozrzucane deski, stosy cegieł, a kościelnych ław już prawie nie ma. Cała konstrukcja kościoła oraz wyposażenie zostały wykonane z żywicznego drewna modrzewiowego i sosnowego. Po powojennej dewastacji w 1959 roku świątynia została wpisana do rejestru zabytków. Wtedy wewnątrz znajdował się ołtarz, którego dziś już nie ma. Ściągnięty z wieży kościoła dzwon trafił w 1943 roku do obozu koncentracyjnego w Dachau. W 1990 roku dzwon został odnaleziony przez Wolfganga Konschake, którego przodek był sponsorem dzwonu. Burmistrz Trzebnicy, Marek Długozima, informuje, że dzięki współpracy ze stroną niemiecką udało się uzyskać zgodę na ściągnięcie dzwona i oddanie go Gminie Trzebnica. Marek Długozima zapowiedział starania mające na celu przywrócenie tego budynku do życia społeczności lokalnej, opracowując projekt techniczny zabezpieczenia i adaptacji budynku kościoła, aby służył jako centrum historii i kultury.