Tragedia w koszalińskim escape roomie "Mrok": Śledztwo, proces i konsekwencje pożaru, w którym zginęło pięć nastolatek

Dwa lata od dramatycznego pożaru pokoju zagadek w Koszalinie, okoliczności śmierci pięciu 15-letnich dziewczyn wciąż nie są do końca wyjaśnione. Prokuratura przedłuża śledztwo. 4 stycznia 2019 roku, w wyniku pożaru escape roomu w Koszalinie, zginęły Amelia, Małgorzata, Julia, Karolina i Wiktoria. W pokoju zagadek obchodziły swoje 15. urodziny.

Jak wynika z dotychczasowych ustaleń prokuratury, bezpośrednią przyczyną pożaru było rozszczelnienie butli gazowej zainstalowanej w piecyku, który ogrzewał pomieszczenie. Dziewczyny nie mogły wydostać się z pomieszczenia. Pokój zagadek okazał się dla nich śmiertelną pułapką. Małgosia pierwsza zadzwoniła po pomoc na numer alarmowy. Dziewczynki nie mogły wydostać się z pokoju zagadek "Mrok". Szarpały za drzwi, rozpaczliwie wołały o ratunek, dzwoniły do najbliższych. To były ich ostatnie rozmowy.

zdjęcia z miejsca tragedii w koszalińskim escape roomie

Szczegóły tragedii z 4 stycznia 2019 roku

Tragedia w escape roomie miała miejsce 4 stycznia 2019 roku. W escape roomie "To Nie Pokój" w Koszalinie (woj. zachodniopomorskie) przy ul. Piłsudskiego bawiło się pięć nastolatek - Julia, Karolina, Wiktoria, Małgosia i Amelia. Gdy dziewczyny zostały zamknięte w pokoju i przystąpiły do rozwiązywania zagadek, w przedsionku prowadzącym do tego pomieszczenia zapaliła się butla z gazem. Zabawa w jednej chwili zamieniła się w walkę o życie. Dziewczyny próbowały się ratować. Pomoc przyszła za późno. Z budynku wynoszono ciało za ciałem, na oczach nie tylko zgromadzonych tam mediów, ale i zrozpaczonych rodziców. Służby, jak zeznawał ratownik biorący udział w akcji, odstąpiły od reanimacji. Dziewczynki znalazły się w "Mroku". Nie wyszły z niego żywe.

Pożar rozpoczął się w pomieszczeniach, gdzie znajdowały się piecyki zasilane butlami gazowymi. Ze wstępnych ustaleń prokuratury wynika, że wybuchł on w poczekalni, odcinając pracownika obiektu od możliwości udzielenia dziewczynom pomocy. Nastolatki zmarły w wyniku zatrucia tlenkiem węgla. Według straży pożarnej, w escape roomie było "wiele zaniedbań". Urządzenia grzewcze znajdowały się zbyt blisko materiałów łatwopalnych, a instalacje elektryczne były prowizoryczne. Nie było drogi ewakuacji.

Proces w sprawie śmierci nastolatek

W sprawie śmierci nastolatek w escape roomie wszczęto śledztwo. W grudniu 2021 roku na ławie oskarżonych w Sądzie Okręgowym w Koszalinie zasiedli Miłosz Sz., faktyczny twórca escape roomu, jego babcia Małgorzata W., na którą była założona działalność, jego matka Beata W., która pomagała synowi w przedsięwzięciu, oraz Radosław D., pracownik, który był tragicznego dnia w lokalu. W ocenie prokuratury w escape roomie nie stworzono żadnych dróg ewakuacji, nagromadzono materiały łatwopalne, które były głównie w poczekalni obiektu, ale także w poszczególnych pokojach zagadek. Ponadto jedynym źródłem ogrzewania budynku były przenośne piecyki gazowe zasilane z butli.

Po prawie trzech latach procesu, który rozpoczął się 14 grudnia 2021 roku, dobiegł końca. W środę i czwartek, 6-7 listopada, strony postępowania wygłosiły swoje mowy końcowe. Na sali byli obecni dwaj uzbrojeni policjanci. Prokurator zażądał dla Miłosza Sz. i Radosława D. po 8 lat więzienia, a dla Małgorzaty W. i Beaty W. po 6 lat więzienia. Dodatkowo miałby ich obowiązywać zakaz prowadzenia działalności gospodarczej związanej z kulturą, sportem, rozrywką i rekreacją przez okres 10 lat. Obrona domaga się uniewinnienia.

Adwokat Miłosza Sz., Wiesław Breliński, podważał, że oskarżenie prokuratury dotyczące tego, iż obiekt nie spełniał norm technicznych, takich bowiem, jak utrzymuje, nie było do chwili pożaru. Rodzice ofiar przystąpili do sprawy jako oskarżyciele posiłkowi. Adam Pietras, tata Wiktorii, z goryczą odniósł się do wyjaśnień Miłosza S., podkreślając, że oskarżony miałby sugerować, iż dziewczynki mogły wyjść z pokoju, ugasić pożar i potraktować to jako niespodziankę.

zdjęcie z sali sądowej podczas procesu w sprawie escape roomu

Marzenie Miłosza Sz. kontra rzeczywistość

Escape room był marzeniem Miłosza Sz. Jednakże, jak wskazywała prokurator, działalność prowadzona przy ul. Piłsudskiego kompletnie zaprzeczała bezpieczeństwu. Tragedia wisiała w powietrzu. Pokój zagadek jako idealne miejsce istniał tylko w marzeniach Miłosza Sz. Stan techniczny escape roomu, wedle ustaleń prokuratury, pozostawiał wiele do życzenia i nie spełniał podstawowych norm. Prokurator przytaczała opinię biegłych.

Śledczy nie mieli wątpliwości, że nie o marzenia tu chodziło. Liczył się zysk. Lokal przy ul. Piłsudskiego nie miał wygórowanej ceny za wynajem. Remont, bez stosownych zezwoleń, został przeprowadzony w większości przez samego Miłosza Sz. Początkowo obiekt w okresie jesienno-zimowym był ogrzewany prądem. Ze względu na wysokie rachunki w lokalu pojawiły się butle z gazem podłączane do piecyka. Nie było stałego dostępu do wody. Nie było dróg ewakuacyjnych. Pracownicy byli zatrudniani na tzw. umowę śmieciową.

Rola pracownika w dniu tragedii

W dniu tragedii to Radosław D., pracownik escape roomu, wpuścił nastolatki do pokoju "Mrok", dał im krótkofalówki, a następnie je w nim zamknął. To właśnie wtedy zapalił się ulatniający się z piecyka gaz w przedsionku i dziewczyny znalazły się w pułapce. Wybuchł pożar. Nastolatki nie mogły wydostać się z "Mroku". Jak przekazała prokuratura, Radosław D. w tych okolicznościach mógł podjąć czynności zmierzające do ograniczenia rozprzestrzeniania się ognia, przynajmniej do czasu przyjazdu służb ratunkowych. Przede wszystkim mógł podjąć próbę uratowania dziewczynek, otwierając klamką drzwi. Klamkę miał bowiem na wyciągnięcie ręki. Nie zrobił on jednak nic. Nie wrócił już do tego budynku. Ratował tylko siebie, choć miał czas, możliwości, a przede wszystkim obowiązek ratować dziewczęta.

Nastolatki same dzwoniły po pomoc. Służby próbowały zlokalizować miejsce pożaru. Dziewczyny nie odbierały już telefonów. Oskarżyciel wspominał zmarłe dziewczyny, pełne pasji i połączone niesamowitą przyjaźnią. Były zdolne, pracowite i kochane. Miały swoje plany i marzenia. Czekało na nie dorosłe życie. Amelia i Wiktoria były jedynaczkami. Ich rodzice stracili jedyne dzieci.

Konsekwencje pożaru i reakcja państwa

Tragedia w koszalińskim escape roomie była wydarzeniem bezprecedensowym. Spowodowała, że w całej Polsce przeprowadzono kontrole w podobnych lokalach. Po tych wydarzeniach premier Mateusz Morawiecki zapowiedział standaryzację pomieszczeń, w których będzie prowadzona tego typu działalność rozrywkowa. W związku z pożarem ówczesny minister spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński polecił Komendantowi Głównemu Państwowej Straży Pożarnej przeprowadzenie kontroli przeciwpożarowych we wszystkich obiektach typu escape room w Polsce. Podobnie zareagowano także w innych państwach - na Litwie oraz w Czechach, gdzie również zapowiedziano przeprowadzenie kontroli lokali prowadzących tego typu działalność. W Polsce skontrolowano 520 lokali, stwierdzono prawie 2000 uchybień i wydano 102 zakazy użytkowania obiektów.

11 stycznia 2019 roku minister spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński podpisał nowelizację rozporządzenia w sprawie ochrony przeciwpożarowej budynków, innych obiektów budowlanych i terenów. Wprowadzono przepisy uszczegóławiające kwestie ochrony przeciwpożarowej dotyczące ewakuacji w obiektach, w których prowadzona jest działalność gospodarcza o charakterze rozrywkowym - m.in. nakazano co najmniej raz na 2 lata praktyczne sprawdzanie organizacji ewakuacji ludzi oraz sprawdzenie spełniania wymagań ochrony przeciwpożarowej.

Śmierć w escape roomie (UWAGA! TVN)

Uroczystości pogrzebowe i żałoba w Koszalinie

Do kościoła podczas pogrzebu mogły wejść tylko osoby ze specjalnymi zaproszeniami - bliscy dziewczynek. Pogrzeb wzbudził jednak duże zainteresowanie, dlatego przed kościołem wystawiono telebim, na którym media i inne osoby mogły śledzić mszę. Przy ołtarzu wystawiono pięć trumien. Koledzy i koleżanki dziewczynek ze szkoły przyszli do świątyni z białymi różami. Nabożeństwo poprowadził ksiądz Wojciech Pawlak, który był katechetą dziewczynek. Podczas mszy cytował Antoine'a de Saint Exupery'ego i mówił o przyjaźni, która połączyła nastolatki.

O godzinie 14 orszak pogrzebowy ruszył z ulicy Kamieniarskiej w stronę cmentarza komunalnego. Dla żałobników przygotowano specjalne, bezpłatne autobusy. Władze Koszalina apelowały o zapewnienie rodzinom prywatności. Przed godziną 15 rozpoczęły się uroczystości na cmentarzu. Później nastolatki spoczęły w sąsiadujących mogiłach. Władze miasta apelowały do mieszkańców o dyscyplinę, by nie utrudniać dotarcia rodzinom do karawanów, a na cmentarzu, by nie tarasować sektora przeznaczonego dla rodzin zmarłych. Zdecydowano również o wyłączeniu terenu cmentarza ze strefy lotów dronami. Zakaz nie mógł być wydany formalnie, ale władze liczyły na to, że wszyscy uszanują wolę rodzin dziewczynek. W związku z pogrzebem zdecydowano się również na zamknięcie wielu ulic w Koszalinie, głównie na osiedlu Bukowe.

Władze Koszalina ogłosiły niedzielę, 6 stycznia 2019 roku, dniem żałoby w mieście. Odwołano spektakle w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym oraz wydarzenia kulturalne w Centrum Kultury 105. Kuria koszalińsko-kołobrzeska podjęła decyzję o rezygnacji z organizacji orszaku Trzech Króli. 6 stycznia 2019 roku o godzinie 12 w Katedrze Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Koszalinie odbyła się msza święta w intencji ofiar pożaru i ich rodzin.

10 stycznia 2019 roku miał miejsce wspólny pogrzeb ofiar pożaru, zorganizowany przez Urząd Miejski w Koszalinie. Msza święta pogrzebowa odbyła się w kościele św. Kazimierza. Przewodniczył jej ks. Wojciech Pawlak, katecheta zmarłych dziewcząt. Następnie kondukt pogrzebowy przejechał na koszaliński cmentarz komunalny. Mowę wygłosił Artur Barabas, ojciec zmarłej Karoliny; później głos zabrała jej siostra oraz koleżanka ofiar z klasy. Odtworzono także nagranie śpiewu Wiktorii Pietras.

zdjęcia z miejsca pamięci po tragicznie zmarłych nastolatkach

Wiktoria kochała muzykę, Karolina - taniec, a Julia sport. Gosia i Amelia były społeczniczkami. Przyjaźniły się za życia. Spoczęły obok siebie po śmierci w pożarze. Zginęły na skutek zatrucia tlenkiem węgla. Współpracowały z fundacją, która zbierała pieniące na chore dzieci. Były pomocne i uprzejme, "prawdziwe kumpelki", które pomagały w lekcjach i można było się im zwierzyć z problemów.

Śledztwo w sprawie akcji ratowniczo-gaśniczej

Wątek akcji ratowniczo-gaśniczej pożaru w escape roomie, choć wyłączony do odrębnego postępowania, stale wybrzmiewa podczas toczącego się procesu. Na tym etapie śledztwa nikt nie usłyszał zarzutów. W dyżurce straży pożarnej przebywały osoby, które nie miały prawa tam być. Mecenas Wiesław Breliński, obrońca Miłosza S., zapytał dyżurną wprost: - Czy w związku z nagannością pani zachowania toczyło się przeciw pani postępowanie? - Miałam rozmowę dyscyplinującą z komendantem. Jeden ze strażaków zeznał, że na miejscu zdarzenia "panował duży chaos". Nikt nie obiegł płonącego budynku, by sprawdzić, czy jest w nim okno. Ani mundurowi, ani też śledczy nie zabezpieczyli nagrania z kamery termowizyjnej, które dokumentowało przebieg akcji ratowniczo-gaśniczej.

W kartach czynności medycznych są nieścisłości. Lekarz wskazał, że akcja gaśnicza i oddymianie obiektu, po którym rozpoczęła się ewakuacja, trwały około 40-45 minut. To nie zgadza się z danymi z kart. Medyk zeznał również, że około 3-4 minuty przeznaczył na badanie każdej z dziewczynek, następnie przez około 30 sekund wypełniał kartę, kilka sekund trwało drukowanie i karty zostawiał przy ciałach. Na pytanie, czy zatrzymanie oddechu i krążenia jest odwracalne, i czy odstępując od czynności resuscytacji krążeniowo-oddechowej, choć miał potrzebny sprzęt i leki, nie postąpił pochopnie, lekarz odpowiedział, że zatrzymanie oddechu i krążenia w określonych warunkach jest odwracalne.

Można podejrzewać, że osobne postępowanie to skutek uporu rodziców zmarłych dziewcząt, którzy od początku brali czynny udział w śledztwie. I od samego początku ich drobiazgowość i wnikliwość przynosiła efekty. Choćby wtedy, gdy w kwietniu, cztery miesiące po tragedii, sami znaleźli na składowisku odpadów w Sianowie dowody rzeczowe w sprawie (m.in. telefon podejrzanego i kasetkę z pieniędzmi), a także przedmioty osobiste dziewczynek.

Jarosław Pawlak zapewnił, że on i pozostali rodzice udowodnią jeszcze jedną rzecz - że pracownik escape roomu Radosław D. "nie opiekował się naszymi dziećmi, ani nie był obecny w budynku, gdy doszło do tragedii". "Mamy na to dowody" - mówił Pawlak. Dodał: "Nie potrafię pojąć jednej rzeczy. Miejsce publiczne, gdzie pojawiały się jeszcze młodsze dzieci, zostało stworzone bezmyślnie, prowizorycznie i tandetnie, a oskarżony Miłosz S. ma czelność opowiadać tu o wspaniałym lokalu, który dostarczał mnóstwa wrażeń. Dostarczył."

Adam Pietras, tata Wiktorii, dodał: "Obiecałem zmarłej Wiktorii, że osoby, które zabiły nasze dzieci, poniosą odpowiedzialność. To mnie trzyma przy życiu". Po utracie jedynego dziecka, które było dla niego i jego żony spełnieniem największego marzenia, teraz "każdy dzień jest walką o przetrwanie". "Zostaliśmy odarci z tego, co najpiękniejsze. Z bycia rodzicem. Z tym ciężarem musimy iść jeszcze przez resztę życia. Dziś nie mamy marzeń. Może jedno."

tags: #pozar #koszalin #escape #room #amelia #julia