Uśmiechnij się ze Strażakiem: Komiczne Akcje i Humor Strażacki

Strażacy, zarówno ci z Państwowej Straży Pożarnej, jak i Ochotniczych Straży Pożarnych, cieszą się ogromnym zaufaniem społecznym. Regularne badania Głównego Urzędu Statystycznego potwierdzają, że ponad 90% Polaków darzy strażaków szacunkiem. To służba ceniona za wysoką etykę zawodową, dobrą organizację pracy, poświęcenie dla innych, zaangażowanie, skuteczność, odwagę i gotowość niesienia pomocy. Ich trudna praca, pełna nieprzewidywalnych wyzwań, jest przede wszystkim źródłem osobistej satysfakcji oraz powodem do dumy, zgodnie z dewizą: "Bogu na chwałę, ludziom na pożytek".

Co jeszcze może świadczyć o wielkim poważaniu, jakim ta służba cieszy się w społeczeństwie? Chociażby fakt, że powszechnie lubimy opowiadać sobie dowcipy o lekarzach i policjantach (często niezbyt pochlebne), natomiast do rzadkości należą tego rodzaju żarty o strażakach. Czasem możemy jednak z przymrużeniem oka spojrzeć na tę służbę i wymyślić śmieszne życzenia dla strażaka, które nie będą nacechowane negatywnie.

Śmieszne Życzenia dla Strażaków

Kiedy chcemy z humorem podziękować strażakom za ich służbę, możemy posłużyć się takimi, nieco żartobliwymi, rymowankami, które jednocześnie wyrażają uznanie dla ich odwagi i poświęcenia. Przykładowo:

"Niech twój wąż zawsze z dużym ciśnieniem leje, niech słońce zawsze dobrze nad głową grzeje. Niech zdrowie zawsze dopisuje, a paliwa w wozie strażackim nie brakuje. Dla naszego strażaka nie jest straszna żadna draka, kiedy chwyci swego węża, nie znajdziesz lepszego oręża. Każdy pożar przed nim pada, nasz strażak zawsze się nada".

śmieszny rysunek strażaka z wężem strażackim

Nietypowe i Komiczne Akcje Strażackie

Strażacy kojarzą się ludziom głównie z gaszeniem pożarów i udzielaniem pomocy przy wypadkach drogowych. Jeśli nic się nie dzieje, wcale to nie oznacza, że siedzą w swoich komendach, grają w karty albo bezczynnie oglądają telewizję. Mają mnóstwo dziwnych, a czasem śmiesznych wezwań, wyjeżdżają wszędzie, bo nikomu nie można odmówić pomocy - przekonuje Krzysztof Styczeń, rzecznik radomskich strażaków. Dowódca kieleckiej Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej numer 1, Janusz Oksiński, dodaje, że trudno mówić o nietypowych i komicznych akcjach, bo najbardziej pamięta się niestety te tragiczne. Są jednak sytuacje, w których strażacy nie mogą wyjść ze zdziwienia. Wtedy, gdy akcja zakończy się szczęśliwie, dla rozładowania stresu obraca się niektóre rzeczy w żart.

Nieszczęścia i Pech Ratowników

Do dzisiaj kieleccy strażacy żartują z kolegi, który po ugaszeniu wiejskiego pożaru wpadł po szyję do ukrytego pod ruinami domu szamba. Ratownik jeszcze teraz denerwuje się, gdy o tym mowa, ale fakt jest faktem. Ponoć nawet po wypłukaniu wodą strażackie ubranie tak śmierdziało, że trzeba je było wieźć na dachu, golutkiego zaś strażaka w samochodzie. Na pocieszenie powiedzmy, że doświadczenia z gnojówką miał również pewien opatowski ratownik.

Jeśli już przy strażackim pechu jesteśmy, to wspomnijmy o pewnym ochotniku z podkieleckiej wsi, który pierwszy pobiegł z wężem do płonącego autokaru. „Dojeżdżaliśmy wtedy na pomoc, gdy nagle usłyszeliśmy głośny huk” - opowiada starszy sekcyjny Bogusław Raczyński z Kielc. „Pamiętam, że gruchnęliśmy śmiechem, bo ochotnik podskoczył, rzucił o ziemię prądownicą i zaczął uciekać co sił w nogach.” Okazało się, że wybuchła nagrzana opona, na którą ratownik jako pierwszy skierował prąd wody. Oczywiście nikomu nic się nie stało.

komiczna scena strażaka uciekającego przed wybuchającą oponą

Zaskakujące Interwencje w Mieszkaniach

Nieco zmieszani byli natomiast kieleccy strażacy, których wezwano do pożaru w jednym z bloków na osiedlu Czarnów. „W mieszkaniu pełno dymu, na kuchence przypalony obiad, normalne” - opowiada Bogusław Raczyński. „Nagle z dymu wyłonił się kompletnie pijany i zupełnie goły właściciel mieszkania. Mężczyzna stał jak go pan Bóg stworzył i nie bacząc na spojrzenia sąsiadek, starał się dociec, co właściwie robimy w jego domu.” Akcja zakończyła się na przekonywaniu delikwenta, że coś powinien na siebie włożyć.

Również promile sprawiły, że strażacy z Kazimierzy Wielkiej nie mogli wyciągnąć z samochodu ofiary wypadku. „Stoimy przy przewróconym w rowie «maluchu», a pijany uwięziony w środku kierowca drze się w niebogłosy, że nie chce pomocy, bo rów jego i samochód też jego” - opowiada Janusz Buła, dowódca kazimierzowskiej jednostki. „Cóż, pokazaliśmy delikwentowi nożyce hydrauliczne i postraszyliśmy, że potniemy mu autko. Wyszedł natychmiast i to bez naszej interwencji.”

Początkowo zdezorientowani byli również ratownicy, których wezwano do uwięzionej we własnej wannie mieszkanki Śródmieścia Kielc. „Byliśmy chyba tak samo zmieszani, jak ta pani i jej rodzina” - wspomina Janusz Oksiński. „W końcu podłożyliśmy pod bohaterkę dramatu koce i w kilku ją wyciągnęliśmy. Śmiać się nie było z czego, ale do dziś wspominamy to zdarzenie jako nietypowe.”

Radomscy strażacy do dziś pamiętają zgłoszenie od policji, że w swoim domu na czwartym piętrze prawdopodobnie zmarł 50-letni mężczyzna. Sąsiedzi zgłosili sprawę, bo mężczyzna od kilku dni nie pokazywał się przed blokiem, nie chodził do pracy. Strażacy na sygnale przyjechali po to, żeby wejść po długiej drabinie do mieszkania. Jakież było zdziwienie strażaka, gdy w mieszkaniu zobaczył pięćdziesięciolatka w niedwuznacznej sytuacji z kobietą w łóżku.

Komiczne Zgłoszenia i Niespodzianki

Dowódca kieleckiej JRG nr 3 Jan Frydrych uśmiał się serdecznie, gdy podczas akcji usłyszał przez radio, że żona wybiera się do niego z kanapkami. „Już miałem wychodzić z pracy, gdy wybuchł pożar na terenie zakładu «Iskra»” - opowiada Jan Frydrych. „Z powrotem przebrałem się w ubranie ochronne i popędziłem na miejsce zdarzenia. Dyspozytorowi powiedziałem przez radio, żeby zadzwonił do mojej żony i przekazał, aby odebrała dziecko od mamy, bo ja nie zdążę. Po jakimś czasie dyspozytor również przez radio zawiadomił mnie, że żona dzwoni z pytaniem, czy ma mi dowieść kanapki, czy może przyjadę na kolację.” Okazało się, że dyspozytor przekazując żonie informację o dziecku, nie powiedział wprost, że dłużej mu zejdzie, tylko, że pewnie nie przyjedzie na kolację. Żona wzięła to bardzo dosłownie.

Bogusław Jakubczyk, dowódca jednostki w Końskich, wspomina do dziś zdarzenie po trosze komiczne, a po trosze makabryczne. „Weszliśmy do zadymionego domu w poszukiwaniu właściciela” - opowiada strażak. „Okazało się, że nieprzytomny mężczyzna leży na kanapie. Ratownicy natychmiast go podnieśli i wtedy noga tegoż delikwenta została w rękach jednego ze strażaków.” Wszyscy byli przerażeni, bo dopiero po chwili okazało się, że to proteza. Poszkodowany nie mógł im tego powiedzieć, bo był zamroczony nie tyle dymem, co alkoholem.

Natomiast opatowscy strażacy nabrali szacunku do wiejskich przyodziewków. „Dostaliśmy zgłoszenie o kobiecie, która wpadła do studni” - wspomina dowódca tamtejszej jednostki Andrzej Kolasa. „Jechaliśmy zestresowani, bo myśleliśmy, że będziemy wyciągać denatkę, tymczasem okazało się, że babcia miała długą, kilkuwarstwową i bardzo szeroką spódnicę, jaką nosiło się za dawnych czasów. Spódnica zadziałała jak spadochron i skokochron. Babcia była w szoku, ale czuła się dobrze.”

Strachu przez strażaków najadł się za to mieszkaniec Ostrowca, który wybudował sobie mieszkanie w łączniku między klatkami wieżowca. „Chcieliśmy się dostać tym łącznikiem do pożaru w drugiej klatce” - opowiada aspirant sztabowy Dariusz Lipa. „Nie wiedzieliśmy o mieszkaniu. Zobaczyliśmy drzwi na drodze, więc byliśmy pewni, że to jakaś pakamera. Wyważyliśmy drzwi z futryną i nagle znaleźliśmy się w pokoju. Nie wiadomo, kto był bardziej zaskoczony, my czy lokator.”

Zwierzęta w Tarapatach i Komiczne Ucieczki

Koty, krowy, konie, łabędzie, a nawet węże dawały się już nieraz we znaki naszym strażakom. Gdy ratownicy odbierają zgłoszenie dotyczące zwierzaka, są niemal pewni, że akcja będzie obfitować w niespodzianki.

Łabędzie, psy i pszczoły

„Pamiętam, jak złapaliśmy zabłąkanego łabędzia” - mówi dowódca zmiany w JRG w Starachowicach Grzegorz Retkowski. „Po ptaka mieli przyjechać ludzie z ochrony środowiska, dlatego trzeba było go gdzieś przechować. Zamknęliśmy łabędzia w naszej kotłowni. Pech chciał, że akurat zajrzał tam palacz, który o niczym nie wiedział. Ptak najpierw zaczął syczeć, a potem przystąpił do ataku. Mimo naszej interwencji, palacz został poważnie poturbowany.” Ale to nie koniec problemów z łabędziem. Przedstawiciele ochrony środowiska z Kielc przyjechali po ptaka „polonezem”. Nie wiedzieli, jak zapakować rozjuszonego łabędzia do samochodu. W końcu ktoś przytaszczył wielkie pudło po telewizorze „rubin” i tam wpakowali ptaszysko.

śmieszny rysunek strażaków pakujących łabędzia do kartonu po telewizorze

Niecodzienne zgłoszenie odebrali strażacy z Kazimierzy Wielkiej. Tym razem chodziło o wściekłego psa, który w czasie burzy wpadł do prywatnego domu i sterroryzował mieszkańców. Wystraszona rodzina zamknęła się w jednym z pokoi i przez kilkanaście godzin czekała, aż pies sam wyjdzie z domu. Gdy zwierzę z pianą na pysku nie dawało za wygraną, domownicy wezwali policję. „Funkcjonariusze poprosili o pomoc nas” - wspomina Janusz Buła, dowódca jednostki w Kazimierzy Wielkiej. „Uruchomiliśmy całą ściśle określoną procedurę postępowania, wezwaliśmy pracownika Sanepidu i człowieka zajmującego się wyłapywaniem wściekłych zwierząt. Nasz strażak w ochronnym ubraniu wszedł do pokoju, gdzie była bestia i... spokojnie wyszedł razem z pieskiem.” Potem okazało się, że zwierzak należał do mieszkającego trzy domy dalej sąsiada. Pies bał się burzy, dlatego zerwał się z łańcucha, biegał po okolicy jak oszalały, a potem wpadł do przypadkowego domu. Był mokry, wystraszony i rzeczywiście miał pianę na pysku. Kiedy znalazł się w obcym otoczeniu, siadł bez ruchu i nie wiedział, co robić. Wystarczyło, że strażak do niego przemówił, a pies grzecznie wrócił do właściciela.

Długo będzie pamiętał spotkanie z pszczołami ratownik z Sandomierza. „Mieszkańcy ulicy Wojska Polskiego zaalarmowali nas, że pod dachem ich domu zalęgły się pszczoły” - opowiada dowódca zmiany w sandomierskiej jednostce Adam Rataj. „Był wieczór, więc nie mogliśmy skontaktować się ze związkiem pszczelarskim, a owady trzeba było gdzieś przetransportować. Jeden z naszych kolegów, pszczelarz z zamiłowania, zaproponował, że weźmie pszczoły do swojego ula. Strażacy w ubraniach ochronnych zapakowali gniazdo do worka i wsadzili pakunek do tylnej kabiny samochodu, w której siedział również pszczelarz amator. Pech chciał, że w czasie jazdy worek pękł, a kierowca nie słyszał, co się dzieje w kabinie. Nasz strażak miał kilkanaście ukąszeń, na szczęście doszedł do siebie.”

Koty na drzewach i inne kłopoty

O miauczących o pomoc kotach, uwięzionych na zbyt wysokich drzewach, strażacy mogliby napisać rozprawę naukową. Niedawno w Busku taki kociak wlazł na bardzo wysokie i bardzo cienkie drzewo. O tym, że miał trudności z zejściem, wiedziała cała dzielnica, bo kot darł się w niebogłosy. „Podjechaliśmy z drabiną, ale drzewo było zbyt cienkie, aby strażak mógł wejść na gałąź” - opowiada dowódca buskiej jednostki ratowniczo-gaśniczej Kazimierz Ścibło. „Zepchnęliśmy więc zwierzaka patyczkiem, wychodząc z założenia, że kotek i tak spadnie na cztery łapy. No i dostało nam się od właścicielki wypieszczonego kociaka za to, że obeszliśmy się ze zwierzęciem nie delikatnie. Bywa.”

Swojego kota, i to bardzo zapachowego, mieli strażacy z Sandomierza. Bestyjka wlazła na drzewo koło katedry i przez całą dobę alarmowała, że nie może zejść. Litościwi ratownicy zdjęli kotka i zapakowali do woreczka. Zanim przekazali pakunek właścicielce, kociak zdążył się wypróżnić. Kobieta była tak szczęśliwa z odzyskania pupilka, że zupełnie nie zwracała uwagi na śmierdzącą zawartość worka. Strażacy wręcz przeciwnie. Zdejmowanie kotów z drzew to również coraz częstsze zajęcie radomskich strażaków. Zdarzyło się nawet tak, że za kotem na drzewo wlazł pies i nie potrafił sam zejść.

Krowa na trzecim piętrze

Kieleccy ratownicy wspominają do dzisiaj akcję z... krową. Działania były przedziwne z kilku powodów. Po pierwsze, dlatego, że krowa znalazła się w mieście. Pikanterii całej akcji dodawał fakt, że zwierzę znajdowało się na trzecim piętrze bloku mieszkalnego i za nic na świecie nie chciało zejść na dół. Strażaków o pomoc poprosili mieszkańcy budynku. Ratownicy długo zastanawiali się nad treścią zgłoszenia, myśleli, że ktoś chce im zrobić głupi kawał. Krowa na trzecim piętrze okazała się jednak faktem, a sprowadzenie jej po deskach graniczyło z cudem. Tak naprawdę ofiarami dowcipnisia byli lokatorzy, którym nie wiedzieć w jaki sposób ktoś podrzucił... krowę.

fotomontaż krowy w oknie wieżowca

Małe ptaki i cielak w bagnie

Wyratowane zwierzaki mają również na koncie strażacy z Włoszczowy. „Gdy wezwano nas na pomoc małej wronie, która wypadła z gniazda w parku, myśleliśmy, że to kilkuminutowa akcja” - wspomina dowódca włoszczowskiej jednostki Krzysztof Ciosek. „Tymczasem okazało się, że stare ptaki nie chciały przyjąć z powrotem młodej wrony. Perswazje trwały kilkadziesiąt minut.” Nie mniejszym poświęceniem wykazała się włoszczowska straż przy ratowaniu cielaka, który utknął na małej wysepce wśród bagien. Ratownicy postanowili do niego dotrzeć, jednak w połowie drogi ugrzęźli w trzęsawisku. Gdy zaczęli wołać o pomoc, cielak wystraszony krzykiem, szybko opuścił wysepkę i znaną sobie drogą pognał do domu.

Bociany i gołębie

Nie mniejsze zasługi mają świętokrzyscy strażacy dla ornitologii, mimo iż w niektórych przypadkach ratowanie ptactwa wymagało wielkiego samozaparcia. Tak było z bocianem, który usadowił się na słupie energetycznym w okolicach Annopola. Zaniepokojeni tym, że bociek siedzi i się nie rusza, ludzie wezwali strażaków. „Tyle co strażak wszedł po drabinie na górę, a bociek przesiadł się na następny słup” - opowiada Adam Rajtar z Sandomierza. „Sytuacja powtarzała się kilkakrotnie, bo bociek czekał, aż strażak podejdzie z drabiną i wejdzie po niej na górę. Dopiero wtedy cwane ptaszysko zmieniało miejsce.” Z kolei mieszkańcy Skarżyska wezwali swoich strażaków do gołąbka dyndającego główką do dołu i zaczepionego jedną nóżką o kolczasty drut. „Przeprowadziliśmy bardzo poważną akcję z użyciem drabiny mechanicznej” - wspomina rzecznik skarżyskiej straży Waldemar Madej.

zdjęcie strażaka na drabinie, próbującego dosięgnąć bociana na słupie

Strażacki Humor: Dowcipy i Anegdoty

Oprócz nietypowych interwencji, strażacy są bohaterami wielu dowcipów, które ukazują ich służbę w krzywym zwierciadle, często z nutą absurdu.

O "zielonych" wezwaniach

Dzwoni telefon do Straży Pożarnej. Dyżurny:- Słucham?- W zeszłym roku posadziłem sobie konopie indyjskie. Wyrosły takie jakieś cherlawe, żadnego speeda nie dają.- Dokąd dzwonisz, palancie! - denerwuje się dyżurny. - Dzwoń na policję do sekcji narkotyków - tam ci pomogą.I odkłada słuchawkę. Po dziesięciu minutach znowu rozlega się dzwonek telefonu:- A jak w tym roku posadziłem, to wyrosła taka dorodna i tak w łeb daje, że nawet pojęcia nie masz!- Już ci mówiłem, palancie! Dzwoń na policję!I znowu rzucił dyżurny słuchawkę na widełki. Po pół godzinie znowu telefon:- Sam jesteś palant! Nie odkładaj słuchawki. Dzwonię, bo u sąsiada chałupa się pali. A jak przyjedziecie, zaczniecie biegać z tymi swoimi wężami, to patrzcie pod nogi i mi nie zadepczcie.

Zabawne pomyłki i niefortunne zdarzenia

Fąfara spędza noc w hotelu. Nie może zasnąć, bo wciąż przeszkadza mu jakiś hałas. Dzwoni więc do recepcji.- Proszę wybaczyć - mówi recepcjonistka - ale nie można wymagać od straży, aby jeszcze ciszej gasiła pożar.

Ziewająca solenizantka nie jest zadowolona z tego, iż goście zasiedzieli się u niej zbyt długo. Nagle dzwoni telefon. Pani domu podnosi słuchawkę, przez chwilę słucha, po czym odkłada ją i oznajmia:- Dzwonili ze straży pożarnej. Mówili, że w domu któregoś z was wybuchł pożar. Niestety, nie dosłyszałam u kogo.

O dzielnych ochotnikach

Płonie rafineria. Kilka jednostek Państwowej Straży Pożarnej bezradnie patrzy na buchające płomienie i eksplozje, nie będąc nawet w stanie zbliżyć się do pożaru. W pewnym momencie oczy wszystkich zwracają się na pojazd Jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej w Cigacicach. Trzydziestoletni Star mija linię jednostek PSP, taranuje ogrodzenie, w końcu zwalnia. Ochotnicy wypadają z pojazdu, błyskawiczne rozwinięcie, podają pianę po całości, pożar opanowany. Starosta po przekazaniu gratulacji przechodzi do konkretów:- Panowie, jak mogę się wam odwdzięczyć za tę akcję, jest coś, czego potrzebujecie w jednostce?Naczelnik OSP drapiąc się w głowę:- No, w pierwszej kolejności to przydałoby się zrobić hamulce w Starze...

rysunkowy obraz strażaków OSP w starym wozie strażackim

Dlaczego śmiejemy się z pożarników?

Ludzie często pytają, czy strażacy muszą uczestniczyć w takich nietypowych działaniach - mówi Zbigniew Serafin, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Kielcach. - Niezmiennie odpowiadam, że naszym obowiązkiem jest interweniowanie w sytuacjach stwarzających zagrożenia dla zdrowia i życia. Dlaczego jednak mamy nie pomóc starszej samotnej właścicielce kotka, dla której ten zwierzak jest jedyną pociechą w życiu? W końcu mamy takie możliwości i tak naprawdę niewiele nas to kosztuje. Nieprzypadkowo w sondażach publicznych strażacy okrzyknięci zostali służbą ratowniczą cieszącą się największym zaufaniem społeczeństwa. W ciągu roku mamy co najmniej kilkadziesiąt akcji, w których tak naprawdę nie chodzi o bezpośrednie zagrożenie, ale o zwykłą ludzką pomoc. Właściwie to żadne z wezwań nie jest śmieszne, a strażak do każdego wezwania musi podejść poważnie. Dopiero po akcji, gdy wszystko pójdzie dobrze, można się pośmiać z jakiejś sytuacji.

Komicznie zakończyło się na przykład pewne groźne z początku zdarzenie w jednym ze świętokrzyskich miasteczek. Dyskretnie nie wymawiamy nazwy miejscowości, bo do wypadku doszło, gdy pewien pan pospiesznie opuszczał mieszkanie zamężnej damy. Forsując przydomowe ogrodzenie, mężczyzna nabił się na pręt tak niefortunnie, że strażacy musieli wycinać część płotu razem z nieszczęśnikiem. Rannego zabrano do szpitala, a metalowe części ogrodzenia do jednostki. Następnego dnia do straży zgłosił się właściciel posesji zupełnie nieporuszony zajściem przy jego domu. Mężczyzna poprosił jedynie o odcięte części ogrodzenia, twierdząc, że nie chce mu się dorabiać nowych. „Zimna krew” - podsumowali incydent z nieukrywaną zazdrością ratownicy.

Trochę podobną przygodę mieli radomscy strażacy. Blisko trzy lata temu młody chłopak próbował przeskoczyć wysoką na trzy metry bramę ogrodzeniową, za którą znajdowała się posesja znanego biznesmena. Traf chciał, że chłopak przebił sobie na ostrej bramie rękę, zahaczył spodniami i nie mógł zejść na dół. Strażacy zdjęli nieszczęśnika z bramy.

tags: #strazak #ochotnik #smieszne