W Pałacu Prezydenckim w Warszawie odbyła się uroczystość wręczenia odznaczeń państwowych osobom zasłużonym dla ratowania życia ludzkiego. Historie strażaków, którzy z narażeniem zdrowia i życia niosą pomoc najmłodszym, są świadectwem ich niezwykłego poświęcenia. Poniżej przedstawiamy kilka z nich, a także kluczowe zasady pierwszej pomocy, które mogą uratować życie.

Bohaterskie akcje ratunkowe strażaków
Druh Mateusz Koszałka: Ratunek z dna studni
Gdy 3-letnie dziecko znalazło się w studni, druh Mateusz Koszałka z jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej w Annopolu naraził swoje zdrowie, a może i życie, by ratować malca. Odwagą i ofiarnością wyróżnił się w akcji ratowniczej w jednym z gospodarstw w gminie Annopol (pow. kraśnicki, woj. lubelskie).
Miejscowa jednostka OSP przybyła na miejsce najszybciej. Wówczas Koszałka - zabezpieczony linką - został opuszczony do wnętrza studni. Wyjął dziecko z wody, które utrzymywało się na powierzchni na zerwanej desce, tym samym zapobiegając jego wychłodzeniu i utopieniu.
Zaparty nogami o cembrowinę, przez kilkanaście minut utrzymywał się nad lustrem wody, jednocześnie zaopiekował się maluchem, udzielając mu niezbędnego wsparcia psychicznego do czasu przybycia zastępu Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej w Kraśniku - przypomina mł. bryg. Zawodowi ratownicy ustawili sprzęt wysokościowy. Niewątpliwie podjęte działania ratownicze przez Mateusza Koszałkę miały charakter ponadstandardowy i niosły ze sobą narażenie zdrowia i życia. Strażak ochotnik podjął skuteczne działania, tym samym bezpośrednio przyczyniając się do ocalenia dziecka i minimalizacji ewentualnych powikłań zdrowotnych chłopca - podkreśla mł. bryg.

Ogn. Alan Tasarz: Resuscytacja na kąpielisku
Ogn. Alan Tasarz w środę 10 lipca 2024 r. wypoczywał ze swoją żoną na kąpielisku "Strzeszynek" w powiecie poznańskim. W pewnym momencie osoba postronna wyciągnęła z wody chłopca bez zachowanych funkcji życiowych. Funkcjonariusz wraz z małżonką, WOPR-em oraz pielęgniarką, którzy byli nad jeziorem, niezwłocznie przystąpili do resuscytacji krążeniowo-oddechowej, udrażniając przy tym drogi oddechowe.
W wyniku udzielonej pomocy u chłopca nastąpił powrót funkcji życiowych. Profesjonalizm i poczucie obowiązku w czasie wolnym od służby, pełen profesjonalizm - to cechy, którymi opisać należy postawę ogn. Tasarza.

Sekcyjny Jacek Osicki: Ratunek przez telefon
„Mamy ratować ludzi, bo taki jest nasz zawód” - przyznaje skromnie sekcyjny Jacek Osicki, dyżurny Powiatowego Stanowiska Kierowania w Mońkach. „Po prostu mi się udało” - dodaje. Strażak wyjaśnił spokojnie roztrzęsionej matce, jak ma ratować swego malutkiego synka. Chłopiec zadławił się cukierkiem i zaczął się dusić. Było o krok od tragedii, ale dzięki fachowej pomocy strażaka malcowi nic złego się nie stało.
To była sobota około godziny 18. Chwilę wcześniej dyżurny strażaków z powiatu monieckiego wysłał zastępy do innej akcji w terenie. Wtedy zadzwonił telefon alarmowy. „Kobieta dzwoniła na numer 112, mówiła, że jej dziecko się dusi - opowiada sekcyjny Osicki. - Nawet nie wiem, ile ma lat. Z tego, co mówiła, domyślałem się, że chodzi o maleństwo. Najpierw próbowałem ją uspokoić, potem zacząłem tłumaczyć, co ma robić.”
Strażak przyznaje, że potrafił doskonale wczuć się w rolę dzwoniącej matki, bo sam jest ojcem dwójki maluchów, ma 4-letniego synka i 3-letnią córeczkę. Też był w sytuacji, gdy wraz z żoną musiał ratować swoją młodszą pociechę, gdy ta zakrztusiła się i miała problemy ze złapaniem oddechu.
Płacz dziecka to dobry znak
„Poinstruowałem rodziców maleństwa, by odwrócić dziecko głową w dół, a następnie uderzać między łopatki, tak aby udrożnić drogi oddechowe - opowiada pan Jacek. - Kobieta zapytała mnie jeszcze, gdzie dokładnie ma uderzać. Po chwili zapytałem ją, czy dziecko oddycha, usłyszałem jego płacz. Wtedy wiedziałem, że wszystko jest w porządku.” Wówczas przełączył matkę na rozmowę z pogotowiem ratunkowym, które już w trakcie rozmowy z kobietą powiadomiono o zaistniałej sytuacji.
Dowiedzieliśmy się, że maluchowi dalsza pomoc nie była potrzebna. Lekarz stwierdził, że nic złego mu się nie stało. Gdyby nie fachowa pomoc sekcyjnego Osickiego, to ta historia mogła mieć zupełnie inne zakończenie. Nic więc dziwnego, że przełożeni strażaka są z niego dumni. O jego postawie poinformowali media. Na pewno postarają się też o nagrodę dla dzielnego strażaka.
Podlascy strażacy przyznają, że ratowanie życia "przez telefon" to bardzo rzadkie sytuacje, ale zdarzają się. Zwykle o ludzkie życie strażacy walczą w akcjach w terenie. „Wszyscy strażacy zawodowi i coraz więcej ochotników jest przeszkolonych z udzielania pierwszej pomocy” - mówi st. kpt. Marcin Janowski, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Białymstoku.

Młodszy ogniomistrz Mariusz Marciniak: Błyskawiczna pomoc w JRG 5 Oliwa
Gdyby nie opanowanie i błyskawiczna pomoc gdańskich strażaków z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 5 w Oliwie, mogłoby dojść do tragedii. Mrożące krew w żyłach wydarzenia rozegrały się kilka dni temu przed Jednostką Ratowniczo-Gaśniczą nr 5 w Oliwie. Do strażaków, wołając o pomoc, podbiegła roztrzęsiona kobieta z krztuszącym się niemowlęciem.
„Na szczęście dzięki trafnej decyzji rodziców dziecka, którzy szukając pomocy, natychmiast udali się na teren pobliskiej JRG 5, oraz dzięki właściwej reakcji strażaków historia zakończyła się dobrze.” Młodszy ogniomistrz Mariusz Marciniak wykorzystał umiejętności kwalifikowanej pierwszej pomocy. Zakrztuszone niemowlę położył brzuszkiem na swoim przedramieniu, pochylając je lekko główką ku dołowi, po czym z wyczuciem, ale stanowczo, klepał nasadą dłoni w okolice pomiędzy łopatkami - relacjonują strażacy.
Na szczęście udało się przywrócić maluchowi prawidłowy oddech. „To był dzień jak co dzień. Starszego syna szykowałam do szkoły i w pewnym momencie młodszy syn zakrztusił się - i to nie z kaszlem, a zaczął od razu się dławić.” Nasza rozmówczyni podkreśla, że wraz z mężem próbowali pomóc synowi na własną rękę, zgodnie z naukami, których udzielano im w szkole rodzenia. „Ale to nie przynosiło rezultatu. Poza tym wszystko to działo się w ogromnych emocjach. Nikomu nie życzę takiego strachu o własne dziecko. Wiedziałam, że obok jest straż pożarna. Dlatego - tak jak stałam - pobiegłam i krzyczałam po drodze o pomoc. Strażacy, jak nas usłyszeli, przeskoczyli przez płot, przejęli ode mnie dziecko. Następnie ratownicy przewieźli nas do szpitala - na szczęście na miejscu był zespół ratownictwa. To duże szczęście, że tam byli, zwłaszcza w czasie, kiedy trwają protesty medyczne” - relacjonuje kobieta.
Ostatecznie poniedziałkowa historia zakończyła się szczęśliwie. Wpływ na to miała zimna krew strażaków i ich znajomość zasad kwalifikowanej pierwszej pomocy.
Mike Hughes: Pożar i wzruszające spotkanie po latach
Praca strażaka jest bardzo stresująca i odpowiedzialna. Musi walczyć z żywiołem i ratować ludzkie życie. Kilkanaście lat temu w Wenatchee (USA) wybuchł pożar. W akcji wziął udział strażak Mike Hughes, który wyniósł z płonącego domu małą dziewczynkę. Po 17 latach zrobił jej niezwykłą niespodziankę.
17 lat temu 61-letni Mike Hughes, który w 1998 r. był kapitanem straży pożarnej w Wenatchee, wbiegł między płomienie i uratował znajdującą się w łóżeczku dziewięciomiesięczną Dawnielle Davison. Gdy tylko znalazł dziecko, wziął je na ręce i wybiegł z opanowanego ogniem domu. Od tego momentu minęło wiele lat.
Po 17 latach od uratowania małej wówczas Dawnielle emerytowany strażak dostał informację, że dziewczyna kończy szkołę średnią. Postanowił wziąć udział w tym wydarzeniu. Dziewczyna przyznała zaś, że "trudno jej uwierzyć, że była o krok od śmierci" i widok strażaka podczas zakończenia szkoły był "przełomowym momentem" w jej życiu. „Naprawdę nie wiem, jak to opisać. To są łzy szczęścia, bo zdaję sobie sprawę, że niektóre rzeczy mogły pójść nie tak. Pomyślałam, że byłoby naprawdę miło, gdyby przyjechał na moją uroczystość wręczenia dyplomów” - stwierdził emerytowany strażak.
Internauci wzruszeni. Wielu internautów, którzy poznali historię tych dwojga, uważa, że "warto poznać i przekazać dalej". "To jeden z najwspanialszych postów, jakie kiedykolwiek czytałem w mediach społecznościowych" - napisała jedna z osób.

Strażak z PSP nr 1 we Wrocławiu uratował dziewczynkę. Warto wołać o pomoc
Warto uczyć się pierwszej pomocy
Sytuacje wymagające udzielenia pierwszej pomocy zdarzają się w naszym otoczeniu często i zawsze są dużym zaskoczeniem. Wymagają zachowania opanowania, a także posiadania podstawowych umiejętności. Nie zawsze będziemy mieli okazję, by podbiec do stacjonujących w pobliżu strażaków, policjantów czy karetki pogotowia. Dlatego namawiamy: uczmy się zasad pierwszej pomocy. Ta wiedza może uratować życie.
Resuscytacja krążeniowo-oddechowa (RKO) u dzieci i niemowląt
Zmieniła się sekwencja ucisków i wdechów u dzieci i niemowląt - teraz u wszystkich grup wiekowych wykonujemy tę samą sekwencję 30 ucisków i 2 wdechy. U dzieci i niemowląt zaczynamy od jednorazowych 5 wdechów wstępnych i następnie kontynuujemy wspomniane 30 uciśnięć i 2 wdechy i tak w kółko aż do skutku lub do przyjazdu pomocy, lub do momentu, kiedy musimy ratować własne życie.
Kolejną kwestią jest ułożenie rąk ratownika - u niemowląt wykonujemy uciski dwoma palcami naszej dłoni, u większych dzieci całą dłonią. Należy wykonać skuteczne uciski na głębokość ok. 4 cm u noworodka, ok. 5 cm u niemowlęcia oraz 5-6 cm u dziecka starszego. Jeśli nie damy rady dwoma palcami, bo niemowlę jest tak duże - uciskajmy całą dłonią. Należy jedynie pilnować głębokości ucisku.
Jak często uciskać? 100-120 ucisków na minutę, czyli 2 uciski na sekundę. Pamiętajmy też, że obowiązkowe stały się tylko uciski, jeżeli nie mamy możliwości wykonania wdechów - możemy z nich zrezygnować i kontynuować uciski bez przerw. Jeżeli mamy maseczkę i wykonujemy wdechy, musimy pamiętać, że dziecko ma mniejsze płuca. Nadmuchanie go jak balon działa tylko w kreskówkach, tutaj należy wykonywać malutkie wdechy, aby uniosła się klatka piersiowa dziecka - gdy widzimy, że się uniosła, wystarczy.
Uwaga: u dzieci powyżej 1. roku życia możemy użyć defibrylatora AED, jeśli jest dostępny. Włączcie go i uważnie słuchajcie, wytłumaczy wam w języku polskim wszystko po kolei, co należy zrobić, i będzie później nadzorował resuscytację.

Zasady postępowania w przypadku zadławienia u dzieci
Najczęstszy mit: "Podnieś ręce do góry i kaszl!". Podnoszenie rąk do góry blokuje obręcz barkową i oddycha się i kaszle znacznie trudniej. Najbardziej kaszel ułatwi nam pochylenie się do przodu bez podnoszenia rąk. Niemowlęta - jeśli zakrztuszą się płynem - należy spionizować i uderzać między łopatki.
Przy wykrytym zadławieniu ciałem stałym, kiedy dziecko sinieje i/lub ma chrapliwy oddech lub brak oddechu:
- Wezwijmy pomoc.
- Niemowlę układamy na brzuchu na naszej ręce, tak aby rączki i nóżki znajdowały się po obu stronach naszego przedramienia. Trzymamy je stabilnie za głowę tak, by twarz wylądowała w naszej dłoni, i uważamy, by nie zatykać mu ust. Najczęstszy błąd - nie wolno trzymać za szyję. Nasz odruch chwytny spowoduje podduszanie niemowlęcia, kiedy będzie zsuwać nam się z ręki.
- Pochylamy rękę z dzieckiem w dół i drugą ręką wykonujemy 5 mocnych uderzeń między łopatki - tu każdy panikuje. Pamiętajcie: chcecie uratować dziecko, którego życie właśnie jest zagrożone. Uderzenia zbyt delikatne mu nie pomogą.
- Przekładamy dziecko na przeciwną rękę na plecy i wykonujemy 5 uciśnięć klatki piersiowej jak przy resuscytacji.
- Powtarzamy całość do skutku lub przyjazdu wezwanej pomocy.
Dzieci już chodzące ratujemy podobnie jak osoby dorosłe:
- Klęknąć za nimi, pochylić do przodu lub oprzeć o nasze kolano.
- 5 razy uderzyć między łopatki.
- Spionizować dziecko, wyszukać pępek, umieścić nad nim naszą pięść, objąć pięść drugą ręką i energicznie, lecz z poprawką na wielkość dziecka, ścisnąć do 5 razy jego nadbrzusze.
