Praca strażaka to nie tylko gaszenie pożarów, ale także nieustanna walka o życie, często w ekstremalnych warunkach. Jest to zawód wymagający niebywałej odporności fizycznej i psychicznej, a także zdolności do radzenia sobie z traumą, zwłaszcza gdy w grę wchodzą dzieci. Poniżej przedstawiamy historie strażaków, którzy dzielą się swoimi doświadczeniami związanymi z akcjami ratunkowymi, własnym bezpieczeństwem i trudnymi emocjami.
Nagłe zagrożenie życia strażaka: Historia Michała Kaczmarka
Nagłe zatrzymanie krążenia przychodzi znienacka, zazwyczaj w najmniej oczekiwanym momencie. Zaskoczyło ono również 37-letniego Michała Kaczmarka, strażaka ochotnika z 10-letnim stażem, podczas nocnej akcji ratunkowej. Wezwany do gaszenia pożaru, Michał po prostu osunął się na ziemię.
Z samej akcji Michał niewiele pamięta, pomimo faktu, że prowadził wóz strażacki, był kierowcą. „Niewiele. Wykonywałem strażackie polecenia, ale już tego nie pamiętam - wszystko wiem z opowieści kolegów” - relacjonuje. Dojechali na miejsce, gdzie było sporo ludzi na balkonach, którzy krzyczeli, by ich ratować, ponieważ paliło się auto w garażu podziemnym. Michał pomagał w rozwijaniu linii gaśniczej i biegł z rozdzielaczem. „Koledzy krzyczeli, żebym puścił wodę, a ja już kucałem i opuszczałem głowę coraz niżej i niżej. Koledzy zauważyli, że coś jest nie tak i przybiegli do mnie. Miałem mocno zaciśnięte zęby i płytki oddech. To było nagłe zatrzymanie krążenia” - opowiada.
Na szczęście w wozie strażackim znajdował się defibrylator AED. Cała akcja ratunkowa trwała 18 minut - w tym czasie AED pracowało bez przerwy, a koledzy Michała wykonywali jego polecenia w oczekiwaniu na karetkę, która dojechała po około 20 minutach. Urządzenie zawsze jest z nimi podczas akcji. Co więcej, defibrylator, który dostali od Rady Sołeckiej w kwietniu 2018 roku, po raz pierwszy został wykorzystany we wrześniu, właśnie na Michale. Teraz złożyli wniosek o kolejny defibrylator AED i dostali go; będzie on znajdował się w drugim, mniejszym wozie strażackim.
Michał podkreśla, że choć strażak może wydawać się lepiej wyszkolony, AED to urządzenie doskonale opisane, które wydaje jasne polecenia i instrukcje, więc każdy, kto go używa, wie, co ma zrobić w danym momencie. Najważniejsze są spokój oraz opanowanie, ponieważ nadmierne zdenerwowanie może utrudnić reanimację, a wszystkie potrzebne informacje płyną prosto z urządzenia.
Po przyjechaniu karetki Michał został przetransportowany do szpitala, gdzie odzyskał przytomność, choć nic nie pamięta z pierwszych dwóch dni. Spędził tam jeszcze dwa tygodnie, wszczepiono mu kardiowerter-stymulator razem z rozrusznikiem serca. Następne cztery miesiące spędził w domu na zwolnieniu lekarskim.
Przyczyny zatrzymania serca nie stwierdzono. Koronografia nie wykazała żadnych nieprawidłowości, żyły były drożne. Michał uważa, że winna była adrenalina, która za mocno się udzieliła tego dnia. Nigdy wcześniej nie miał żadnych dolegliwości sercowych. „Ale ja to przeżywałem ze względu na to, że jestem strażakiem - ode mnie zależy ludzkie życie, trzeba zrobić wszystko dobrze, dojechać na czas i nerwy dają się we znaki. Sam moment zawycia syreny to bardzo wysoka adrenalina. Nie mówiąc o tym, że jedziesz o ludzi, którzy są w niebezpieczeństwie i potrzebują pomocy” - tłumaczy. Teraz sprawność jego serca wynosi około 40%, co oznacza, że nie ma dużego zapasu i każdą infekcję musi wyleczyć i odleżeć.
Michał należy do ochotniczej straży pożarnej w gminie Rokietnica. Straż państwowa poprosiła go o wyrażenie zgody na wykorzystanie jego sytuacji na szkoleniach strażackich. Gdyby nie było defibrylatora, ta sytuacja mogłaby skończyć się zupełnie inaczej. Prawdopodobną przyczyną było zbyt szybkie wybudzenie ze snu i nagła, duża dawka stresu i adrenaliny związanej z wezwaniem na akcję. Pamięta tylko jazdę samochodem do jednostki, nie pamięta nawet, jak prowadził wóz strażacki. Gdy przestał reagować, koledzy podbiegli, rozerwali mu koszulkę i rozpoczęli reanimację, podczas gdy inni pobiegli po defibrylator AED. Konieczność drugiego defibrylatora w jednostce była oczywista po tym zdarzeniu, aby sprzęt był zawsze pod ręką i gotowy do udzielenia pomocy.
Strażacy często udzielają pierwszej pomocy na miejscu zdarzenia przed karetką. Dzięki defibrylatorom mogą to robić na najwyższym poziomie. Michał podkreśla, że sprzęt ten, nawet jeśli ma być użyty raz, powinien znaleźć się w każdej jednostce, ponieważ ratuje życie. Sam coraz częściej widuje defibrylatory AED, na przykład w przychodni, co jest dużym ułatwieniem dla ludzi udzielających pierwszej pomocy. Najtrudniej jest wykonać pierwszy krok, szczególnie osobom bez doświadczenia. Jednak z defibrylatorem AED reanimacja jest naprawdę prosta - wystarczy uważnie słuchać i wykonywać polecenia urządzenia.

Służba pełna wyzwań: Perspektywa byłego strażaka Stanisława Kulińskiego
Stanisław Kuliński, były strażak Państwowej Straży Pożarnej, wspomina swoją 36-letnią zawodową drogę, która rozpoczęła się w Szkole Chorążych Pożarnictwa w Krakowie. Od małego miał w sobie chęć pomagania innym, co było główną motywacją do wyboru tego trudnego zawodu.
Typowy dzień w jednostce ratowniczo-gaśniczej
Zmiana służby rozpoczyna się o 7:30 rano. Po przekazaniu obowiązków, sprawdzeniu sprzętu i umundurowania ochronnego, strażacy rozpoczynają szkolenie, które trwa zazwyczaj do 13:00-13:30. Jeśli w tym czasie wpłynie zgłoszenie z Wojewódzkiego Centrum Powiadamiania Ratunkowego, natychmiast przerywają zajęcia i ruszają do akcji. System wspomagania decyzji (SWD) automatycznie podpowiada, jakie siły i środki są potrzebne, a dyżurny dysponuje odpowiednie jednostki. W trakcie jazdy załoga przygotowuje się do akcji, sprawdzając aparaty powietrzne, zakładając hełmy i rękawice.
Akcje ratowniczo-gaśnicze i bezpieczeństwo
W trakcie akcji obowiązuje podział na roty, gdzie każdy wie, co ma robić. Dowódca zastępu lub plutonu rusza na rozpoznanie terenu, sprawdzając, co się dzieje i czy są osoby do ewakuacji. Reszta załogi zakłada aparaty powietrzne i wchodzi do budynku w parach, zabezpieczona linką asekuracyjną. Jest to kluczowe na wypadek utraty przytomności, co pozwala na szybkie wyciągnięcie i udzielenie pierwszej pomocy. Po rozpoznaniu dowódcy wydają konkretne rozkazy: jedne roty podają prądy gaśnicze, inne zajmują się zasilaniem wodnym.
Strażacy muszą pracować w pełnym oporządzeniu, które jest specjalistyczną odzieżą z membranami, wytrzymującymi bardzo wysokie temperatury, teoretycznie nawet do 1000 st. C. Dodatkowa warstwa wewnętrzna chłodzi ciało i chroni przed przegrzaniem, a hełmy posiadają osłony odbijające promieniowanie cieplne. Strażak w strefie zagrożenia pracuje tylko kilka minut, po czym następuje podmiana. Odpoczywa w samochodzie, uzupełnia płyny, a po regeneracji wchodzi kolejna rota. Podczas długotrwałych akcji uruchamiany jest system zaopatrzenia kwatermistrzowskiego, dostarczający napoje i gorące posiłki. W ekstremalnie wysokich temperaturach używa się specjalnych ubrań żaroodpornych.

Ryzyko dla ratowników
Czas pracy ratownika z aparatem powietrznym zależy od zużycia tlenu, zazwyczaj od 8 do 15 minut. W strefie zagrożonej, pod wpływem stresu i wysiłku, czas ten skraca się. Strażacy często potrzebują pomocy, ponieważ stres i możliwość przedostania się szkodliwych substancji (takich jak fosgen czy siarkowodór) pod maskę mogą prowadzić do utraty przytomności. W takich sytuacjach ewakuacja jest natychmiastowa, a na zewnątrz czeka sprzęt do kwalifikowanej pierwszej pomocy. Stanisław Kuliński wspomina sytuację, gdy podczas rozpoznania bez aparatu powietrznego zrobiło mu się słabo, co zmusiło do wycofania się i wprowadzenia pełnego zabezpieczenia dla kolejnych osób. Czasami, pomimo badań, organizm po prostu nie daje rady w połączeniu ze stresem i wysiłkiem, co wymaga transportu strażaka na SOR.
Radzenie sobie ze stresem i traumą
Praca strażaka wiąże się z ogromnym stresem i odpowiedzialnością za życie kolegów i ratowanych ludzi. Zanim ktoś zostanie strażakiem, musi przejść procedurę kwalifikacyjną, badania lekarskie i test psychologiczny. Po przyjęciu, oprócz szkoleń technicznych, odbywają się zajęcia z psychologami, którzy pomagają radzić sobie z trudnymi sytuacjami. Stanisław Kuliński wspomina akcję na moście, gdzie chłopak próbował popełnić samobójstwo, a strażak musiał zjeżdżać na filar, zadając sobie pytania o bezpieczeństwo sprzętu i własne. Innym, jeszcze trudniejszym elementem, są wypadki śmiertelne, zwłaszcza gdy znajduje się ciało osoby, która zginęła w ogniu. Po takich akcjach wzywani są psychologowie, którzy rozmawiają z ratownikami, pomagając im wrócić do równowagi i zminimalizować linię stresu. Chodzi o to, żeby nie dźwigać ciężaru traumy w ciszy, co mogłoby prowadzić do napięć w życiu prywatnym.
Szczególnie obciążające są wypadki śmiertelne z udziałem dzieci. Stanisław Kuliński pamięta tragiczny wypadek na drodze S1, gdzie zginęło osiem osób, w tym młodzi chłopcy. „Młodych chłopaków, którzy siadali na asfalcie z głową w dłoniach i pytali siebie: 'Czy zrobiłem wszystko, co mogłem?'” - opowiada. W takich chwilach konieczne jest ściągnięcie psychologów i indywidualne rozmowy, a nawet wycofanie części ratowników z akcji i wprowadzenie nowych zastępów, gdyż ta praca wymaga ogromnej odporności psychicznej. Podobnie jest przy akcjach wodnych, gdy nie udaje się dopłynąć na czas, a później trzeba nurkować i wyciągać ciało, co rodzi to samo pytanie: „Czy zrobiliśmy wszystko, żeby uratować tę osobę?”.

Radzenie sobie z traumą i emocjami: Wywiad z Agnieszką Wojciechowską
Agnieszka Wojciechowska, zawodowa strażaczka i autorka książki "Pali się! Ryzyko, ogień, adrenalina. O byciu strażaczką bez lania wody", podkreśla, że każdy wyjazd na akcję jest inny i wiąże się z ogromną odpowiedzialnością. Jednak coś, co zawsze pozostaje niezmienne, to solidarność strażacka - każdy dba o swojego kolegę, asekuruje i pilnuje, by bezpiecznie wyszedł z zagrożenia.
Emocje podczas akcji ratunkowych z udziałem ofiar śmiertelnych i dzieci
W sytuacjach wypadków z ofiarami śmiertelnymi, zwłaszcza dziećmi, strażacy muszą działać zadaniowo, skupiając się na zabezpieczeniu miejsca i działaniach ratunkowych, odsuwając emocje na bok. Agnieszka Wojciechowska opisuje, jak po dojeździe na miejsce wypadku, gdzie samochód został rozpołowiony, strażacy najpierw sprawdzają pojazd, segregują poszkodowanych i podejmują resuscytację, walcząc o życie każdego, dopóki lekarz nie stwierdzi zgonu. Aby to zrobić, trzeba zachować zimną krew, nawet jeśli ma się do czynienia tylko ze szczątkami ludzkimi.
Emocje przychodzą później, po powrocie do jednostki, gdy omawia się akcję. „Słychać w głosie kolegów, że coś w nich pękło. Bo zginęło dziecko, ktoś jest w ciężkim stanie...” - mówi Agnieszka. Tłumienie tych reakcji na siłę może prowadzić do omdleń czy problemów psychicznych. Płacz czy odruch wymiotny są naturalnymi, ludzkimi reakcjami, które pozwalają na odreagowanie i powrót do równowagi. „Po takim oczyszczeniu człowiek naprawdę czuje się lepiej. Wraca do równowagi i może dalej działać, wrócić do pracy” - dodaje.
Agnieszka podkreśla, że w pamięci zostają przede wszystkim pierwsze obrazy, w jej przypadku - dzieci, które zginęły w pożarze, dwójka maluchów. „Ten widok nosiłam w sobie przez wiele lat” - wyznaje. Pomimo pracy jako biegły sądowy, obrazy tamtych dzieci wracają, co świadczy o głębokim wpływie takich doświadczeń na psychikę.
Rola kobiecej empatii w ratownictwie
W jednym z wypadków, gdzie kobieta prowadząca samochód była uwięziona i martwiła się o dziecko czekające w przedszkolu, Agnieszka z łatwością współodczuwała jej położenie, będąc matką dziecka w podobnym wieku. Profesjonalizm ratownika polega na umiejętności izolacji własnych emocji przy jednoczesnym rozumieniu emocji poszkodowanego. Izolowanie emocji jest konieczne, aby nie zadawać sobie pytania: „O Boże, a co by było, gdybym to była ja?”. Agnieszka nauczyła się przesuwać te myśli w czasie, co pozwoliło jej zapanować nad pośpiechem za kierownicą, nawet gdy spieszy się do swoich dzieci.
Współpraca w zespole, gdzie obecność kobiet wnosi inną perspektywę, jest bardzo ważna. Kobieca empatia pozwala szybciej odczytywać emocje, podczas gdy mężczyźni często skupiają się na analizie sytuacji i technicznych aspektach. Kobiety potrafią szybciej udzielić wsparcia emocjonalnego, co jest nieocenione, gdy poszkodowani są w szoku. Agnieszka podkreśla, że w tak trudnych sytuacjach, gdy pojazd jest cięty, a poszkodowany przeżywa ogromny stres, obecność kogoś, kto wyjaśnia, co się dzieje, buduje poczucie kontroli i uspokaja. Komunikacja jest kluczowa - zamiast używać wulgaryzmów, które mogą przerazić poszkodowanego, należy mówić jasno i profesjonalnie, budując nadzieję.
OgnisteRozmowy 🎙️🔥 odc.13 TEMAT: PROBLEMY PSYCHICZNE STRAŻAKÓW
Bohaterskie akcje ratunkowe z udziałem dzieci
Mimo trudności i traum, strażacy każdego dnia niosą pomoc, często ratując najmłodszych.
Uratowany noworodek w Porąbce
W środę, 10 stycznia, służby ratownicze interweniowały w Porąbce, gdzie dyżurny centrum powiadamiania ratunkowego w Katowicach otrzymał zgłoszenie o zachłyśnięciu się dwutygodniowego noworodka. Strażacy z pobliskiej OSP Porąbka, z uwagi na trudny dojazd do budynku mieszkalnego (teren górski), niezwłocznie udali się pod wskazany adres przy pomocy quada, wiedząc, że każda sekunda odgrywa tutaj ogromne znaczenie.
Kiedy ratownicy przybyli na miejsce, noworodek był siny i miał duże problemy z oddychaniem. Strażacy natychmiast przystąpili do udzielania kwalifikowanej pierwszej pomocy. Dzięki ich działaniom, już po chwili nastąpił wyciek niewielkiej ilości płynnej treści z ust noworodka, co przywróciło prawidłowy oddech. Przybyły po kilku minutach zespół ratownictwa medycznego przejął opiekę nad poszkodowanym i po zbadaniu podjął decyzję o pozostawieniu dziecka w domu pod opieką matki. Dzięki szybkiej i profesjonalnej pomocy strażaków noworodek nie wymagał hospitalizacji.

Dwa życia uratowane z pożaru w Dębnie: historia Łukasza Gryciaka
14 stycznia, mieszkańcy Dębna wezwali straż pożarną do mieszkania przy ul. Jana Pawła II, z którego wydobywały się kłęby dymu. Szybko okazało się, że w sąsiedztwie płonącego lokalu przebywać może babcia z dwójką wnucząt.
29-letni Łukasz Gryciak, strażak i piłkarz lokalnego klubu, dotarł na miejsce pożaru. Doniesienia mieszkańców potwierdziły się: w zadymionym lokalu powyżej płonącego mieszkania przebywali kilkuletni chłopczyk, 1,5-roczna dziewczynka oraz babcia dzieci. „Dym zajął wszystko. Na filmie pewnie pokazaliby, jak wbiegam na ostatnie piętro bloku, a tak naprawdę szedłem na kolanach. I ten płacz dzieci. Całe szczęście, że był słyszalny, bo wiedziałem, gdzie iść” - opowiedział Gryciak. Warunki panujące w budynku uniemożliwiały sprowadzenie całej trójki klatką schodową, więc Łukasz postanowił ewakuować wszystkich na balkon.
Stan poszkodowanych był poważny, dlatego strażak zdecydował się oddać im swoją maskę tlenową. „Jak się widzi, że malutkie dziecko przestaje oddychać, to włączają się w człowieku pewne automatyzmy. Stąd taka, a nie inna decyzja. Dziewczynka była w kiepskim stanie, dlatego podjąłem decyzję o zdjęciu maski” - tłumaczył Gryciak. Swoją postawę, podtruty dymem, mężczyzna przypłacił dobą spędzoną w miejscowym szpitalu.
„To było okropne. Gdyby nie strażak, który wleciał na górę to... Krzyczałam: ratujcie Julkę!” - relacjonowała babcia Barbara Niedźwiecka. Matka dzieci, Patrycja Niedźwiecka, dodała: „Strażak, który uratował moje dzieci, będzie w moim sercu już do końca”. Łukasz Gryciak skromnie odpowiada: „Bohaterem się nie czuję. To jest nasza praca, nasze poświęcenie dla ludzi. Jakbym postawił tutaj innego kolegę, zrobiłby to samo, co ja”.
Łukasz Gryciak, który sam ma małego synka, wspomina tę akcję ze łzami w oczach, uznając ją za jedną z najcięższych w swojej karierze. Mężczyzna w poważnym stanie, w którego mieszkaniu wybuchł pożar, również został ewakuowany i przebywa w szpitalu. Łukasz Gryciak, znany lokalnej społeczności także jako piłkarz, otrzymał voucher na wyjazd od dziennikarza sportowego Krzysztofa Stanowskiego, który przekazał wykorzystaną w akcji maskę tlenową na licytację, by wesprzeć zbiórkę pieniędzy na operację serca 8-letniego Eryka Kopczewskiego.

Błyskawiczna pomoc dla 11-tygodniowego Stasia w Gdańsku
Kilka dni temu nad ranem w Gdańsku matka 11-tygodniowego Stasia przeżyła chwilę grozy, gdy jej synek zakrztusił się i przestał oddychać. Początkowo próbowała pomóc dziecku sama, jednak bezskutecznie. Zachowując przytomność, kobieta, pamiętając, że tuż obok znajduje się jednostka straży pożarnej, wybiegła przed blok, krzycząc o pomoc, będąc w samej piżamie i kapciach.
Strażacy błyskawicznie zareagowali, przeskoczyli przez płot i uratowali chłopca. Jeden z nich położył dziecko brzuszkiem na swoim przedramieniu, pochylając lekko jego główkę ku dołowi, a następnie z wyczuciem, ale stanowczo klepał nasadą dłoni w okolice pomiędzy łopatkami. W ten sposób udało się przywrócić maluchowi prawidłowy oddech. „Zrobiliśmy po prostu, co do nas należy i to nie, jako do strażaków, ale do każdego obywatela” - mówią skromnie strażacy.
Życie dziecku uratował młodszy ogniomistrz Mariusz Marciniak, strażak ratownik z Komendy Miejskiej PSP w Gdańsku. „Przebywaliśmy na terenie jednostki, gdy usłyszeliśmy jakieś głosy. Jeden z kolegów wyraźnie słyszał, że ktoś przeraźliwie krzyczy "pomocy!". Wybiegliśmy na zewnątrz i zobaczyliśmy biegnącą kobietę z dzieckiem na ręku. Musieliśmy przeskoczyć przez płot, żeby jej pomóc. To był zbieg okoliczności, że dobiegłem pierwszy. Wziąłem dziecko, wykonałem kilkanaście uderzeń w plecki i tyle. Odkrztusiło, wypluło” - relacjonuje skromny bohater. Koledzy w tym czasie pobiegli po torbę medyczną i zawołali ratowników medycznych z karetki na terenie jednostki. Matka i ojciec Stasia są niesamowicie wdzięczni Mariuszowi, który ich zdaniem zasługuje na szczególne wyróżnienie. Strażacy z kolei chwalą matkę za wzorową reakcję i natychmiastowe szukanie pomocy.
OgnisteRozmowy 🎙️🔥 odc.13 TEMAT: PROBLEMY PSYCHICZNE STRAŻAKÓW
Tragedia na służbie: Wypadek na A4 i dzieci strażaków
Praca strażaka, choć pełna poświęcenia, niesie za sobą również osobiste tragedie, które dotykają ich najbliższych. W jednym z tragicznych wydarzeń strażacy brali udział w akcji zabezpieczania miejsca kolizji ok. 3 km od bramek na autostradzie A4 w Balicach, w kierunku Krakowa. Kierująca BMW zderzyła się z półtonowym łosiem, który przechodził przez autostradę pomimo ogrodzenia. Kobieta nie odniosła obrażeń, a łosia uśpił weterynarz.
Na miejsce zdarzenia skierowano siły Państwowej Straży Pożarnej (PSP) i miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej (OSP). Troje druhów OSP zabezpieczało miejsce, ale zeszli na bok, widząc nadjeżdżające samochody: mazdę, a za nią ciężarowe Iveco. „O ile kierujący mazdą zaczął zwalniać, to kierujący Iveco uderzył w tył mazdy i stracił panowanie nad pojazdem. Zjechał na pobocze, gdzie stali druhowie” - relacjonował Sebastian Gleń, rzecznik małopolskiej policji.
Niestety, 38-letni strażak zmarł na miejscu mimo reanimacji. Strażaczka, jego żona Magdalena, ciężko ranna trafiła do szpitala. Para ma czworo dzieci: 17-letnią Wiktorię, 14-letnią Julię, 10-letnią Oliwię i pięcioletniego Krystiana. Bliscy poszkodowanego małżeństwa zorganizowali internetową zbiórkę pieniędzy, by wspomóc rodzinę w obliczu tragedii. „Magda jest przytomna. Ma złamany obojczyk, żebra, mostek - ale to nie zagraża jej zdrowiu. Mimo braku czucia w nogach lekarze nie stwierdzili na razie przerwania rdzenia kręgosłupa. Jest zatem nadzieja” - czytamy w opisie zbiórki. Organizatorzy pragną, by „dzieciom strażaka niczego nie brakowało, a rodzina mogła zająć się pogrzebem Andrzeja i powrotem do zdrowia Magdy”. Stan trzeciego druha jest dobry, po otrzymaniu pomocy medycznej wrócił do domu.
To wydarzenie pokazuje, jak praca strażaka, choć ratuje życie innym, może w jednej chwili odmienić życie jego własnej rodziny, stawiając ich w obliczu niewyobrażalnej straty i potrzeby wsparcia. W takich chwilach rodzinom ofiar wypadków wsparcia udzielają psychologowie.

Znaczenie empatii i profesjonalizmu w ratownictwie
Do zdarzeń, do których dochodzi na służbie, strażacy są w stanie się przyzwyczaić, ale do tragedii ludzkiej, która wynika z tych sytuacji, już nie. Agnieszka Wojciechowska wyraża życzenie, aby ludzie będący świadkami wypadku, pożaru bądź morderstwa patrzyli na te wydarzenia nie przez pryzmat sensacji, ale cierpienia i nieszczęścia, które dotknęło ofiarę i jej najbliższych. Brak szacunku dla tragicznie zmarłych, pośpiech i oburzenie na utrudnienia w ruchu drogowym, nawet w obliczu śmiertelnego wypadku, staje się coraz częstszym zjawiskiem, z którym strażacy niestety muszą się mierzyć. Ważne jest, aby społeczeństwo zrozumiało, że za każdym zdarzeniem kryje się ludzka tragedia, a profesjonalizm strażaków wymaga poszanowania dla ofiar i ciężkiej pracy ratowników.