Stany Zjednoczone, ze względu na swoje zróżnicowane warunki klimatyczne i rozległe obszary leśne, są krajem często nawiedzanym przez potężne pożary. Niektóre z nich zapisały się w historii jako tragiczne kataklizmy, pochłaniając tysiące ludzkich istnień lub powodując niewyobrażalne straty materialne. Artykuł ten przedstawia największe pożary, które wstrząsnęły Ameryką, od historycznych tragedii XIX wieku po współczesne wyzwania.
Pożar w Peshtigo (1871) - najbardziej śmiercionośny w historii USA
Tragedia 8 października 1871 roku
8 października 1871 roku w Stanach Zjednoczonych doszło do pożaru w miasteczku Peshtigo (stan Wisconsin), który do dziś uznawany jest za najbardziej śmiercionośny w historii kraju pod względem liczby ofiar. Katastrofa ta spowodowała śmierć największej liczby istnień ludzkich z powodu ognia w dziejach Stanów Zjednoczonych. W związku z tym, że wybuchł on tego samego dnia co „Wielki Pożar Chicago”, pożar w Peshtigo pozostaje wydarzeniem prawie nieznanym szerokiej opinii publicznej. Ogień strawił od 4850 km² do ponad 6000 km² lasów i zabudowań, co odpowiada obszarowi wielkości stanu Rhode Island. Żywioł w ciągu godziny pochłonął miasteczko Peshtigo, które zamieszkiwało wówczas około 2 tys. osób. Podobny los spotkał szesnaście innych miejscowości w stanach Wisconsin i Michigan. Dokładna liczba ofiar nie jest znana, ale szacuje się, że śmierć poniosło od 1200 do 2500 osób. Raport sporządzony w 1873 roku przez legislaturę stanową wymienia 1182 nazwiska zmarłych lub zaginionych mieszkańców. Ponad 350 ciał pochowano w masowym grobie, ponieważ nie znaleziono nikogo, kto mógłby je zidentyfikować.

Przerażające relacje ocalałych i "ogniowe tornada"
W Muzeum Straży Pożarnej w Peshtigo znajdują się przerażające relacje ocalałych z tego kataklizmu. Świadkowie opowiadali o „ogniowych tornadach” i „wirach ognia”, które z niespotykaną siłą porywały w powietrze całe składy kolejowe i domy. Płomienie były tak wielkie, że zdołały przerzucić się ponad rzeką Peshtigo i spalić do cna miasto położone na obu jej brzegach. Sporo osób, aby uciec przed ogniem, próbowało zanurzyć się w pobliskiej rzece. Ci, którym się to nie udało, utonęli albo zostali ugotowani żywcem. Żywioł okazał się nieobliczalny, czego dowodzi historia mężczyzny, który niósł kobietę w bezpieczne miejsce, uważając ją za swoją żonę, a kiedy dowiedział się, że to nie ona, oszalał. Inny ocalały uciekał z 5-osobową rodziną wozem z dwukonnym zaprzęgiem. W pewnej chwili wóz się przewrócił i dopadła ich ściana ognia. Mężczyzna zeskoczył z wozu, by ratować konie, a gdy wrócił, cała jego rodzina była już martwa.
Ksiądz Peter Pernin, pastor katolicki w Peshtigo, który ocalał z katastrofy, tak pisał w swoim pamiętniku: „Spojrzałem na zachód, skąd wiatr wiał nieprzerwanie od wielu godzin, i dostrzegłem ponad gęstą chmurą dymu unoszące się nad ziemią żywe, czerwone odbicie o ogromnym zasięgu, a potem nagle do moich uszu dotarł dziwnie słyszalny w panującej wokół nadprzyrodzonej ciszy odległy, choć stłumiony dźwięk, oznajmiający, że gdzieś żywioły są w rozterce”.

Przyczyny i upamiętnienie
Jesień 1871 roku na północnym wschodzie USA była wyjątkowo sucha, jednak pogoda miała tylko pośredni wpływ na katastrofę. Przed wybuchem głównego pożaru wzniecono kilka małych zarzewi ognia, aby przygotować grunt pod budowę linii kolejowej. 8 października nad region dotarł front atmosferyczny z bardzo silnym wiatrem, który przekształcił te małe pożary w morze ognia. Relacje świadków wskazywały również, że ogień zaprószyli pracownicy kolei w czasie przygotowywania torów. Chociaż pojawiały się kontrowersyjne teorie dotyczące uderzenia meteorytów jako przyczyny, obecnie ta hipoteza jest mocno kwestionowana przez specjalistów, a najbardziej prawdopodobną przyczyną jest połączenie suchości terenu, działań człowieka i warunków pogodowych. Niezwykłe połączenie wiejącego z dużą siłą wiatru, takiego a nie innego ukształtowania powierzchni oraz dyslokacji zarzewi ognia, co razem przyczyniło się do powstania burzy ogniowej, nazwane zostało efektem Peshtigo.
Obecnie Peshtigo liczy około 3,5 tys. mieszkańców. W Muzeum Straży Pożarnej znajdują się artefakty związane z pożarem, a nieopodal jest cmentarz poświęcony ofiarom tragedii, który został wpisany do Krajowego Rejestru Miejsc Historycznych. 8 października 2012 roku przy moście nad rzeką Peshtigo odsłonięto pomnik upamiętniający tamte tragiczne wydarzenia.
Wielki Pożar Chicago (1871)
Przebieg i legendy
Wielki Pożar Chicago to pożoga, która w okresie od niedzielnego wieczoru 8 października do wtorkowego poranka 10 października 1871 roku spowodowała śmierć setek mieszkańców i zniszczyła doszczętnie około 10,4 km² zabudowy Chicago, największego miasta stanu Illinois. Pożar wybuchł około godziny 21 w niedzielę 8 października w okolicach małej obory znajdującej się na tyłach posesji 137 DeKoven Street, a będącej własnością Patricka i Catherine O’Leary. Zgodnie z popularną tradycją pożar miał rozpocząć się w chwili, gdy dojona krowa kopnęła lampę naftową, co spowodowało zajęcie się słomy i całej drewnianej budowli.
Gwałtowne rozprzestrzenianie się ognia było spowodowane tym, że miasto było zbudowane głównie z drewna, a także niesprzyjającymi warunkami pogodowymi: trwającą od dłuższego czasu suszą i niezwykle silnym wiatrem wiejącym z południowego zachodu. Wiatr niósł płonące głownie wiele dziesiątków metrów, zapalając kolejne budynki. Popełniono również szereg fatalnych pomyłek - miejski oddział straży pożarnej został poinformowany o wybuchu ognia dopiero o 21:40, kiedy to alarm ogłosiła jedna z aptek. Strażak dyżurny zbagatelizował ostrzeżenie, uważając, że łuna na niebie pochodzi z dopalających się zgliszcz z poprzedniego dnia.
Gdy płomienie ogarnęły wysoką wieżę kościoła nad brzegiem południowego ramienia rzeki Chicago, ogień z łatwością pokonał tę wąską przeszkodę wodną. Sprzyjające rozprzestrzenianiu się pożaru były zbudowane blisko siebie drewniane budynki, żaglowce zacumowane wzdłuż rzeki, wykładane drewnem ulice i chodniki, a także stosy drewna i węgla zgromadzone w portowej części miasta. Ognia nie udało się opanować, a burmistrz wezwał na pomoc nawet sąsiednie miasta. Gdy ogień dotarł do centrum miasta, był już tak potężny, a temperatura tak wysoka, że nie mogły mu się oprzeć murowane hotele, centra handlowe, ratusz, budynki opery i teatrów, kościoły ani fabryki. Pożar rozszerzał się gwałtownie ku północy, pchając przed sobą tysiące uciekinierów, tworzących korki na wąskich mostach nad rzeką. W pewnym momencie, gdy płomienie przeskoczyły na północ ujścia rzeki do jeziora Michigan, w tłumach uciekinierów wybuchła panika. Burmistrz wprowadził stan wyjątkowy, ale w związku z brakiem większych zaburzeń został on zniesiony już po kilku dniach.

Skala zniszczeń i odbudowa
Ogień ostatecznie wypalił się samoistnie, co miało związek ze zmniejszeniem się siły wiatru i lekkim deszczem, który zaczął padać w poniedziałek wieczorem. Tlące się zgliszcza były jednak zbyt gorące, by można było oceniać straty przez wiele dni. Obliczono, że pożar strawił wszystko w pasie o długości sześciu i szerokości (średnio) jednego kilometra, obejmując obszar około ośmiu kilometrów kwadratowych. Zniszczeniu uległo ponad 120 km nawierzchni ulic, 190 km chodników, dwa tysiące latarń, siedemnaście i pół tysiąca budynków, a straty wyniosły 222 miliony USD - około 30 procent ogólnej, szacunkowej wartości miasta. Spośród 300 tysięcy mieszkańców 90 tysięcy zostało bez dachu nad głową. Niektóre budowle przetrwały pożar, jak np. wówczas zupełnie nowa Chicagowska Wieża Ciśnień, która istnieje po dziś dzień i stanowi nieoficjalny pomnik tamtego pożaru. Prócz niej burzę ogniową przetrwały jeszcze cztery inne budowle publiczne i jeden prywatny bungalow.
Gdy przeszukano zgliszcza, znaleziono 125 ciał. Szacunkowe obliczenia mówią o 200-300 ofiarach śmiertelnych, co wydaje się liczbą niewielką jak na tak wielki pożar. Niemal zaraz po katastrofie rozpoczęto wprowadzanie zmian w miejskim systemie ochrony przeciwpożarowej. Z całego kraju napływały pieniądze, żywność, odzież i wszelkie inne zaopatrzenie, a budowniczy i właściciele firm, które poniosły straty, błyskawicznie przystąpili do przygotowania planów odbudowy.

Nowe hipotezy dotyczące przyczyn
Legenda o krowie pani O’Leary stała się trwałym elementem kultury amerykańskiej, jednak Catherine O’Leary okazała się kozłem ofiarnym, imigrantką i katoliczką, co nie pasowało do ówczesnego klimatu politycznego Chicago. Pogłoski na jej temat krążyły po mieście jeszcze przed wygaśnięciem pożaru. Ostatnio historyk amator Richard Bales stwierdził, że pożar spowodował Daniel Sullivan, który pierwszy doniósł o wybuchu ognia, a który przypuszczalnie zaprószył ogień, próbując ukraść nieco mleka z obory. Z kolei dziennikarz Chicago Tribune, Anthony DeBartolo, uważa, że tym, który wywołał pożar, był Louis M. Cohn.
Odmienna teoria, która pojawiła się po raz pierwszy w 1982 roku, mówi, że pożar Chicago został spowodowany przez deszcz meteorytów. Fizyk Robert Wood uznał, że początek pożaru spowodowała kometa Biela, której rozpad spowodował deszcz meteorów na obszarze amerykańskiego Środkowego Zachodu. 8 października miały miejsce cztery wielkie pożary, wszystkie u brzegów jeziora Michigan, co wskazywałoby na wspólną przyczynę. Świadkowie donosili o „kulach ognia” spadających z nieba i o „błękitnych płomieniach”. Oprócz Peshtigo i Chicago, tego samego dnia spłonęła również miejscowość Holland w stanie Michigan i pobliskie obszary, a także miasto Manistee, położone około 160 km na północ.
Współczesne wyzwania: Pożary w Kalifornii
Pożar Dixie i August Complex
Pożary, które współcześnie trawią Kalifornię, stają się najbardziej kosztownymi klęskami żywiołowymi w historii USA. Do tej pory ogień spowodował straty przekraczające 200 mld dolarów. Przykładem jest pożar Dixie, który objął obszar o powierzchni blisko 2 tys. km kw., czyli ponad dwa razy większy niż miasto Nowy Jork. Wybuchł on 13 lipca w Feather River Canyon, na północ od Sacramento, i szybko się rozprzestrzenił z powodu silnych wiatrów oraz bardzo wysuszonej upałami roślinności. Jak tłumaczył Mark Brunton, szef działu operacji kalifornijskiego Departamentu Leśnictwa i Ochrony Przeciwpożarowej (Cal Fire), rośliny „są tak suche, że nie trzeba wiele, by odrobina żaru, iskra czy płomień doprowadziły do zaprószenia ognia”.
Innym gigantycznym pożarem był August Complex, nazwa określająca 37 łączących się pożarów wywołanych przez uderzenie pioruna 17 sierpnia w parku narodowym Mendocino. Odpowiadał on za spalenie blisko 2 tys. km kwadratowych powierzchni. Służby podkreślają, że sześć z dwudziestu największych pożarów w historii Kalifornii miało miejsce w ostatnich latach. Gubernator stanu Gavin Newsom otwarcie obwinia za to zmiany klimatyczne, twierdząc, że „jest to problem ogólnokrajowy, a nie stanowy, i to państwo musi ten problem rozwiązać”. Z badań naukowych wynika, że zmiany klimatu sprawiły, że region ten stał się cieplejszy i bardziej suchy, co przyczynia się do występowania ekstremalnych zjawisk pogodowych i coraz częstszych oraz bardziej niszczycielskich pożarów.
Pożary te doprowadziły do ewakuacji tysięcy osób i zniszczyły całe miasta, nie tylko w Kalifornii, ale także w stanach Oregon i Waszyngton. Mieszkańcy dotkniętych obszarów określają falę niszczycielskiego ognia mianem „strefy wojny”. Dym z pożarów miał również ogromny wpływ na jakość powietrza. Na przykład Denver w Kolorado przez kilka godzin miało najgorszą jakość powietrza spośród wszystkich dużych miast na świecie, a Salt Lake City w Utah, oddalone o ponad 1000 km od Sacramento, również znalazło się wśród miast z najgorszym powietrzem.

Pożar lasu w Kalifornii w 2025 r. | Pożar lasu w Los Angeles w 2025 r. – pełny film dokumentalny
Fale pożarów w Los Angeles
Rejon Los Angeles w krótkim czasie nawiedziło kilka olbrzymich pożarów, które pomimo tytanicznych wysiłków strażaków były trudne do opanowania. Z zagrożonych terenów ewakuowano ponad 130 tys. osób. Wśród głównych pożarów aktywnych w obrębie metropolii Los Angeles wyróżniono:
- "Palisades" - wybuchł w dzielnicy Pacific Palisades, na wschód od Malibu. Strawił ponad tysiąc budynków i tereny o powierzchni ponad 6400 hektarów.
- "Eaton" - umiejscowiony na północ od Pasadeny. Zniszczył ponad 4 tys. hektarów i około 500 budynków.
- "Hurst" - zaczął się jako pożar krzewów w Sylmar, na północny wschód od San Fernando. Pochłonął prawie 350 hektarów.
- "Lidia" - wybuchł w północno-zachodniej części lasów Angeles National Forest. Pochłonął około 140 hektarów, jednak udało się go opanować w 40 proc.
- "Sunset" - miał miejsce w rejonie zachodniego Hollywood. Był najmniejszy, strawił około 25 hektarów.
To właśnie wyjątkowo silne podmuchy wiatru zwane Santa Ana sprawiają, że kalifornijskie pożary są tak trudne do opanowania. Szefowa straży pożarnej w Los Angeles, Kristin Crowley, przyznała, że w swojej 25-letniej karierze nie zmagała się jeszcze z tak potężnymi podmuchami, osiągającymi na wzgórzach od 113 do nawet 137 km/h. Od początku października w południowej Kalifornii spadło zaledwie 10 proc. deszczu w porównaniu ze średnią dla tej pory roku, co sprawiło, że ściółka była przesuszona. W takich warunkach często wystarczy jedna iskra do wybuchu pożaru, a wraz z silnym wiatrem tworzyło to gotowy przepis na katastrofę.
Klimatolog Daniel Swain podkreślił, że w ostatnich latach Kalifornia doświadczyła olbrzymich wahań w pogodzie, skutkujących okresami potężnej suszy przetykanej potężnymi ulewami. Według niego takie ekstrema pogodowe to kluczowy powód powstania warunków sprzyjających pożarom w regionie. Pożar w Pacific Palisades już uznano za najtragiczniejszy w historii Los Angeles, a biorąc pod uwagę skalę zniszczeń i fakt, że niektóre z pożarów wciąż nie zostały opanowane, mogą się okazać jednymi z najtragiczniejszych w historii całej Kalifornii.
