Pożar w Zgierzu: Afera Śmieciowa i Jej Następstwa

Mija sześć lat od jednego z największych w Polsce pożarów wysypiska śmieci, który wstrząsnął Zgierzem w maju 2018 roku. Przez ponad tydzień płonęło tam do 50 tysięcy ton odpadów, sprowadzonych głównie z krajów Europy Zachodniej, takich jak Niemcy, Wielka Brytania, Belgia, Holandia, Włochy i Szwecja. Mieszkańcy regionu do dziś pamiętają wulkaniczną chmurę unoszącą się nad miastem, nazywaną przez niektórych "Zgierzuwiuszem", oraz spadające na przydomowe ogródki spalone kawałki plastiku. O skali katastrofy przypomina również wciąż nieuprzątnięte pogorzelisko.

Niestety, mimo upływu lat, podpalacza nie udało się ustalić. Proces prezesów spółek odpowiedzialnych za sprowadzanie śmieci do Zgierza ruszył dopiero w lutym 2023 roku, a milionowa kara orzeczona przez inspekcję środowiska okazała się niemożliwa do ściągnięcia.

Początek Katastrofy i Skala Pożaru

Noc 25/26 Maja 2018: "Zgierzuwiusz" i Chmura Cumulus Flammagenitus

W piątek 25 maja 2018 roku, przed północą, nad 60-tysięcznym Zgierzem pojawił się tak wysoki słup ognia, że był widoczny nawet z większości osiedli dziesięciokrotnie ludniejszej Łodzi. Ten słup ognia wkrótce przekształcił się w rozciągającą się na zachód chmurę dymu, którą meteorolodzy sklasyfikowali jako cumulus flammagenitus - zjawisko rozpoznawane zazwyczaj przy wybuchach wulkanów. Lokalny zespół Mexyk wkrótce potem zaśpiewał o "Zgierzuwiuszu" w rockowym coverze Tiny Turner: "na podwórku syf aż strach / w piaskownicy czarny piach / spalili Zgierz!".

Zdjęcie przedstawiające gigantyczny słup ognia i chmurę dymu nad Zgierzem w nocy z 25 na 26 maja 2018 r.

Uściślając, w Zgierzu płonęły sprasowane bele plastikowych odpadów, w tym butelki, folie i opakowania, w liczbie do 50 tysięcy ton. Śmieci te były zwiezione na tereny po dawnych zakładach chemicznych "Boruta". Ponad tysiąc strażaków przez tydzień walczyło z ogniem na prawie czterech hektarach. Akcja gaśnicza wymagała ogromnych ilości wody, którą czerpano z oddalonej o półtora kilometra rzeki Bzury, spiętrzonej workami z piaskiem.

Bezpośrednie Skutki i Zagrożenia

W pierwszą noc pożaru przestała pracować miejska elektrociepłownia, ponieważ jej linie napięcia przebiegały w pobliżu płonącego składowiska. W związku z tym mieszkańcy Zgierza stracili dostęp do ciepłej wody. Ze względu na wiatr wiejący na zachód, głównie zachodnia część miasta odczuwała "uciążliwość zapachową", o której wspominały komunikaty ratusza i służb wojewody.

Mieszkańcom zalecono niewychodzenie z domów, a na ziemię opadały "spopielone surowce wtórne". Strażacy, mimo pracy w specjalistycznych maskach, zgłaszali chrypę. Badania z trzeciego dnia pożaru wykazały obecność benzenu i innych toksycznych związków w powietrzu w pobliżu źródła ognia.

Kadr wideo z relacji telewizyjnej pokazujący dymiące pogorzelisko w Zgierzu, strażaków w akcji i spadające kawałki spalonego plastiku.

Grzegorz, zgierzanin prowadzący firmę budowlaną, wspomina, że widział łunę nad terenem "Boruty" z tarasu swojego domu, położonego kilometr od pożaru. Koledzy z zachodniej strony miasta opowiadali o nadpalonych kawałkach plastiku spadających na ich ogródki. Jednak prawdziwe zagrożenie stanowił sąsiadujący z płonącym śmieciowiskiem zakład chemiczny, gdzie składowano łatwopalne wyroby do przemysłu kosmetycznego, spożywczego i budownictwa. Zakład ten był oddzielony od pogorzeliska jedynie drogą o szerokości 8-10 metrów. Po jednej stronie płonęły bele plastiku, a po drugiej - amoniak i różne kwasy pod blaszanym dachem rozgrzewającym się do 100 st. C. Tomasz Matusiak, oficer Państwowej Straży Pożarnej, walczący na najbardziej "frontowym" odcinku, opisał w "Przeglądzie Pożarniczym" polewanie wodą ścian zakładu, których temperatura sięgała 140 st. C. Podkreślił, że "strach pomyśleć, co by było, gdyby…".

Prawdziwej katastrofie udało się zapobiec, ale przez wiele dni miasto i okolice były zadymione. W sobotę, 26 maja, "Zgierzuwiusz" wciąż dymił, co wpłynęło na mieszkańców, również w Łodzi i Aleksandrowie Łódzkim. Małgosia, nauczycielka z Aleksandrowa, wspomina "wulkaniczną chmurę" nad miastem oraz komunikaty z megafonów, nakazujące powrót do domów i zamknięcie okien. Najwięcej dymu opadło w niedzielę, trzeciego dnia pożaru, a spaleniznę w Aleksandrowie było czuć najmocniej. W kolejnych dniach zabierała dziecko do pracy w Łodzi, ponieważ w aleksandrowskich żłobkach i przedszkolach nie wietrzono sal, mimo upalnej końcówki maja.

Zagrożenia Ekologiczne i Zdrowotne

Strażacy zeszli z pogorzeliska dopiero 1 czerwca. Po kolejnym tygodniu Zbigniew Rau, ówczesny wojewoda łódzki, ocenił skutki pożaru w towarzystwie ekspertów. Profesor Jolanta Walusiak-Skorupa, specjalistka w toksykologii klinicznej, przekazała 8 czerwca, że czynniki powstałe w wyniku pożaru mogły drażniąco działać na zdrową populację, wywołując objawy podrażnienia dolnych i górnych dróg oddechowych, takie jak kaszel. U osób bezpośrednio narażonych w akcji ratunkowej mogły wywoływać chemiczne zapalenie płuc lub obrzęk płuc.

Infografika przedstawiająca schemat szkodliwych substancji uwalnianych podczas pożaru plastiku i ich wpływ na organizm ludzki.

Inni eksperci uspokajali, że zanieczyszczenia powietrza, gleby czy rzek miały charakter przejściowy. Mimo to, Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Łodzi (WIOŚ) ostrzegał, że należy ograniczyć wietrzenie mieszkań i przebywanie na otwartej przestrzeni. W przypadku opadów deszczu zabroniono zbierania wody opadowej, nawet do celów gospodarczych, z uwagi na możliwe szkodliwe substancje. Zgierzanie obawiali się skażenia owoców i warzyw. Dominik Artomski z Łódzkiego Alarmu Smogowego wyraził obawy, że w żywności mogą znaleźć się w nadmiarze metale ciężkie i dioksyny, będące przyczyną wielu poważnych chorób. Przypomniał również, że wcześniejsze badania Łódzkiego Alarmu Smogowego wykazały obecność dioksyn w jajkach. Władze Aleksandrowa Łódzkiego, Konstantynowa Łódzkiego i Lutomierska zwróciły się do wojewody łódzkiego, aby wskazać żołnierzom z Centralnego Ośrodka Analizy Skażeń miejsca potencjalnie zagrożone skażeniem. Wyniki badań na miejscu miały być dostępne po kilku dniach.

Kulisy Afery Śmieciowej

Właściciel Odpadów i Import z Zagranicy

Płonące w Zgierzu odpady były w większości własnością spółki Green-Tec Solutions, której kapitał zakładowy wynosił zaledwie 5 tysięcy złotych. W momencie wybuchu pożaru 95% udziałów firmy należało do 21-letniej kobiety, pochodzącej z rodziny lokalnych przedsiębiorców działających w biznesie przetwórstwa tworzyw sztucznych. Prezesem spółki był wówczas 48-letni Artur K.

Trzeciego dnia pożaru prezes Artur K. wydał oświadczenie, w którym stwierdził, że "jesteśmy zbulwersowani i zszokowani tym zdarzeniem". Twierdził, że spółka gromadziła odpady w celu wytwarzania z nich pełnowartościowego produktu - regranulatu. Sugerował również, że śmieciowisko podpalił sprawca działający na szkodę spółki, a "podawane ilości surowców, kwoty uzyskiwane za nie, są nieprawdziwe". Było to odniesienie do szacunków, według których firmy sprowadzające śmieci z Europy Zachodniej mogły osiągać wielomilionowe zyski, co było szeroko komentowane w kontekście tzw. mafii śmieciowych.

Zdjęcie satelitarne terenu po byłych zakładach Boruta w Zgierzu, ukazujące skalę składowiska odpadów przed pożarem.

Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi, wymieniał kraje, z których według aktu oskarżenia ówczesny prezes Green-Tec Solutions sprowadzał odpady do Zgierza: Niemcy, Wielka Brytania, Belgia, Holandia, Włochy, Szwecja. Transport odbywał się bez możliwości odzysku i z naruszeniem obowiązujących procedur, często nieoznakowanymi ciężarówkami. Rzecznik prokuratury wyjaśniał, że śmieci - głównie plastik i papier - wwożono do Polski wbrew przepisom Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady z 2006 roku w sprawie przemieszczania odpadów. Zebrane dowody wskazywały na niespełnianie wymogów proceduralnych, nierzetelne dokumenty, niewłaściwe lokalizacje instalacji odzysku i błędne kody sprowadzanych odpadów. Odpady były przywożone mimo braku realnych możliwości ich odzysku.

Geneza Składowiska i Kontrole Przed Pożarem

Składowisko w Zgierzu powstało 7 kwietnia 2017 roku na terenie dawnych zakładów Boruta, gdy starosta zgierski Bogdan Jarota wydał spółce Green-Tec Solutions pozwolenie na składowanie odpadów. Starosta tłumaczył, że nie mógł odmówić, ponieważ ustawa o odpadach nie dawała mu takiej możliwości. Trzy przesłanki, które mogłyby skutkować odmową (zagrożenie życia/zdrowia, skażenie środowiska, niezgodność z planami gospodarki odpadami lub przepisami prawa miejscowego), nie zachodziły w tym przypadku. Firma planowała przyjąć 20 tysięcy ton odpadów z krajów UE, ale szacuje się, że śmieci mogło być nawet 50 tysięcy ton. Starosta Jarota twierdził, że początkowo teren zapełniał się powoli, a lawinowy wzrost odpadów nastąpił od marca 2018 roku, na miesiąc przed wygaśnięciem koncesji.

W kwietniu 2018 roku Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska w Łodzi (WIOŚ) rozpoczął kontrolę na składowisku, która trwała do 18 maja, czyli na tydzień przed pożarem. Dyrektor WIOŚ, Krzysztof Wójcik, relacjonował, że "od razu wiedzieliśmy, że to prowizorka". Na miejscu był tylko jeden pracownik, a odpady wstawiano do zadaszonej hali postawionej na gołej ziemi bez fundamentów. Stwierdzono, że część odpadów była niezgodna z deklaracjami spółki, a jeden transport cieknących odpadów komunalnych został zatrzymany. Wójcik podkreślał, że "widać było, że to od początku działalność nieuczciwa, nastawiona na zysk, a nie na jakikolwiek recykling i przerób odpadów". Mimo pozorów dobrych chęci i rzekomej instalacji do recyklingu w Łodzi, firma nie używała jej od roku, tłumacząc, że jest "cały czas w fazie testowania".

Zdjęcie hali magazynowej na składowisku w Zgierzu, ukazujące prowizoryczną konstrukcję i składowanie odpadów na nieutwardzonym podłożu.

Z raportu wynikało, że magazynowano głównie zmieszane odpady z tworzyw sztucznych, układane pionowo w ogromne hałdy, w belach lub luzem, bez kontenerów czy zabezpieczeń przed czynnikami atmosferycznymi. Część odpadów składowano poza wyznaczonymi miejscami. Na terenie obiektu nie stwierdzono obecności materiałów gaśniczych.

Media i Moment Pożaru

W maju 2018 roku nielegalnym składowiskiem zaczęły interesować się media. Reporterzy, tacy jak Ewa Żarska i Marcin Kołek z Polsat News oraz Piotr Krysztofiak z Radia Łódź, systematycznie zbierali materiały, filmowali i robili zdjęcia terenu z drona. Zdjęcia z góry ukazywały gigantyczną skalę zjawiska, z widocznymi plastikowymi butelkami, folią, kubkami po jogurtach i kablami. Choć dym niósł zapach palonego plastiku, w okolicach składowiska cały czas unosił się fetor jak z osiedlowego śmietnika. Dodatkowo, na terenie składowiska panowała niewyobrażalna ilość much i obserwowano liczne szczury.

W piątek po południu, tuż przed wybuchem pożaru, Polsat News zaczął zapowiadać swój reportaż o nielegalnym składowisku i "mafii śmieciowej". Kilka godzin po wyemitowaniu tej zapowiedzi na składowisku wybuchł pożar. Według wstępnych ustaleń strażaków, prawdopodobną przyczyną pożaru mogło być podpalenie. Prezes firmy składującej odpady zapewnił, że jego przedsiębiorstwo nie ma nic wspólnego z podpaleniem i złożył w prokuraturze zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Wyznaczył nawet nagrodę 20 tysięcy złotych za pomoc w ujęciu sprawcy.

Dochodzenie i Konsekwencje Prawne

Śledztwo Prokuratury i Zarzuty

We wrześniu 2018 roku Prokuratura Okręgowa w Łodzi przedstawiła prezesa Green-Tec Solutions, Artura K., jako "Artura K." i postawiła mu zarzuty związane z organizowaniem nielegalnych transportów zagranicznych odpadów. Zarzuty obejmowały okres od lutego 2017 do kwietnia 2018 roku, w którym to czasie firma Green-Tec Solutions miała sprowadzić ponad 1000 nielegalnych transportów odpadów. W grudniu 2019 roku zarzuty usłyszeli również dwaj byli prezesi spółki Ekoaqua, zarejestrowanej pod tym samym adresem co Green-Tec Solutions i także z kapitałem zakładowym w wysokości pięciu tysięcy złotych. Ekoaqua, zgodnie z aktem oskarżenia, składowała w Zgierzu śmieci "niezgodnie z posiadanym zezwoleniem na zbieranie odpadów inne niż niebezpieczne".

Akt oskarżenia doprowadził do wniesienia sprawy przeciwko "śmieciowym" prezesom, a proces przed Sądem Rejonowym w Zgierzu ruszył na trzy miesiące przed piątą rocznicą "Zgierzuwiusza". Wszystkim trzem prezesom grozi do pięciu lat więzienia. Oprócz nielegalnego importu i składowania, prokuratura prowadziła również śledztwo w zakresie pozyskiwania dotacji. Sygnalizowano, że spółki związane ze zgierskim śmieciowiskiem pozyskiwały milionowe fundusze z budżetu państwa i Unii Europejskiej na rzekome projekty nowoczesnych linii technologicznych do pozyskiwania regranulatu.

Trzeci wątek sprawy, dotyczący podpalenia, został umorzony. Mimo licznych przesłuchań, nagrań z monitoringu i innych czynności, sprawcy nie udało się wykryć. Prokurator, tytułem środka zapobiegawczego, zakazał podejrzanemu Arturowi K. prowadzenia działalności związanej z gospodarowaniem odpadami i zawiesił go w czynnościach służbowych prezesa zarządu spółki.

Kary Finansowe i Ich Nieściągalność

Nikt ze sprowadzających odpady, które spłonęły w Zgierzu, nie odczuł dotąd zapowiadanych przez inspekcję ochrony środowiska bolesnych konsekwencji finansowych. W lipcu 2018 roku Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Łodzi (WIOŚ) nałożył na Green-Tec Solutions milion złotych kary "za nieprawidłowości w zakresie gospodarowania odpadami". Decyzję tę potwierdził Główny Inspektorat Ochrony Środowiska, jednak kara okazała się niemożliwa do ściągnięcia. Urząd skarbowy umorzył postępowanie wobec winnej spółki "ze względu na brak majątku zobowiązanego, z którego mogłaby być prowadzona skuteczna egzekucja". Z rachunku bankowego Green-Tec Solutions nie udało się ściągnąć żadnych pieniędzy, a kwota uzyskana za majątek firmy ("z egzekucji ruchomości"), czyli 53 tysiące złotych, w całości pokryła koszty postępowania skarbowego.

Po tym fiasku WIOŚ próbował przenieść karę na członków zarządu Green-Tec Solutions. Okazało się, że jedynym członkiem był prezes Artur K. Jednak jego zawieszenie w tej funkcji przez prokuraturę, w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa, zgodnie z prawem nie pozwalało na przeniesienie milionowej kary na Artura K.

Sytuacja po Sześciu Latach

Nieuprzątnięte Pogorzelisko i Pat Prawny

Sześć lat po "polskim Czarnobylu" pogorzelisko wciąż jest nieuprzątnięte. W cieplejsze dni spod łańcucha wzgórz, utworzonego ze spalonych śmieci, nadal wydobywa się fetor. W marcu 2022 roku Naczelny Sąd Administracyjny (NSA) rozstrzygnął spór o to, kto ma zmusić właściciela odpadów do sprzątania. Starosta zgierski przekazał, że zgodnie z wyrokiem powinien to zrobić marszałek województwa łódzkiego. Ten jednak zinterpretował wyrok inaczej, twierdząc, że NSA wskazał Urząd Marszałkowski jako organ właściwy do wyegzekwowania usunięcia odpadów z wyjątkiem odpadów popożarowych, co leży w gestii Starosty Zgierskiego. Między obiema instytucjami trwa pat.

Aktualne zdjęcie pogorzeliska w Zgierzu z maja 2023 r., ukazujące wciąż zalegające hałdy spalonych odpadów i zarośla.

Tereny po dawnej "Borucie" są rozległe i nie ograniczają się tylko do "Zgierzuwiusza". Znajdują się tam także inne składowiska, z których najstarsze przyjmowało niebezpieczne odpady przez około 90 lat. Mieszkańcy Zgierza obserwują na tych obszarach wydobywanie się gazów z zarośniętych lejów. Często samoczynnie wybuchają tam drobne pożary; na przykład w latach 2017-2019 Najwyższa Izba Kontroli odnotowała ich w swoim raporcie aż 23. Dlatego fraza "polski Czarnobyl" w kontekście "Zgierzuwiusza" dopiero zaczyna nabierać pełnego znaczenia.

Kontekst Krajowy i Zmiany Prawa

Pożar w Zgierzu nie był odosobnionym przypadkiem. W tym samym roku w Polsce spłonęło około 60 składowisk śmieci, w tym skład opon w Trzebini, skład chemikaliów we Wszedniu, sortownia śmieci w Warszawie, a także wysypiska w Radomiu, Jastrzębiu-Zdroju, Dąbrówce Wielkiej, Olsztynie, Gorzowie, Siemianowicach Śląskich i Piotrkowie Trybunalskim. Ta seria pożarów skłoniła Ministerstwo Środowiska do pracy nad zaostrzeniem przepisów. Sławomir Mazurek, podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska, zapowiedział "zero tolerancji dla mafii śmieciowej" i deklarował zmiany w przepisach dotyczących składowania odpadów do końca roku. Krytykował praktykę, w której prokuratura umarzała postępowania w sprawie pożarów składowisk lub uznawała je za niską szkodliwość, co pozwalało sprawcom unikać odpowiedzialności. Wiceminister Mazurek podkreślał, że władze chcą odejść od sytuacji, gdzie "grupy przestępcze podpalają, a państwo ma posprzątać". Prace legislacyjne miały być prowadzone na przykładzie pożaru w Zgierzu.

Władze Zgierza zwróciły się do premiera o utworzenie Agencji Ochrony Środowiska na wzór amerykańskiej Environmental Protection Agency (EPA), która miałaby egzekwować przepisy, a jej funkcjonariusze mieliby środki prawne podobne do CBA. Obecnie sprawcom katastrof ekologicznych grozi od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia, a w szczególnych przypadkach do ośmiu lat pozbawienia wolności.

Problem z importem odpadów do Polski nasilił się po lipcu 2017 roku, kiedy Chiny wprowadziły zakaz importu 24 rodzajów śmieci, w tym plastiku i nieposortowanego papieru, w trosce o środowisko. Spodziewano się wówczas zawirowań na rynku surowców wtórnych i "podrzucania śmieci" do innych państw. Według Głównego Inspektora Ochrony Środowiska, import śmieci do Polski gwałtownie wzrósł po 2015 roku, osiągając 700 tysięcy ton w 2016 roku i 750 tysięcy ton w 2017 roku. Największymi eksporterami odpadów do Polski w 2016 roku były Niemcy (356 tys. ton), Wielka Brytania (247,4 tys. ton), Włochy (93,6 tys. ton) i Szwecja (73 tys. ton) - kraje, z których śmieci płonęły na składowisku w Zgierzu. Liberalne przepisy i setki tysięcy ton śmieci zalegających w Europie kusiły amatorów szybkich biznesów, prowadząc do powstawania dziesiątek wysypisk, takich jak to pod Zgierzem, nieprzystosowanych do składowania i utylizacji importowanych odpadów. Mówi się nieoficjalnie, że za przyjęcie tony surowców wtórnych z zagranicy firmy mogły zarabiać nawet 200 złotych, co w przypadku 50 tysięcy ton w Zgierzu dawałoby zysk rzędu 10 milionów złotych.

tags: #afera #pozar #w #zgierzu