Tragiczne Pożary i Wybuchy Gazu na Łódzkiej Retkini

Łódź, a w szczególności jej osiedle Retkinia, była świadkiem wielu dramatycznych zdarzeń pożarowych i eksplozji, które na zawsze wryły się w pamięć mieszkańców. Od śmiertelnych pożarów w mieszkaniach po katastrofalny wybuch gazu, wydarzenia te niosły ze sobą ogromne straty i pozostawiły trwały ślad w historii regionu.

Tragiczny pożar przy ulicy Florecistów

Do jednego z tragicznych pożarów doszło w niedzielę o godzinie 5:15 w mieszkaniu na drugim piętrze bloku przy ulicy Florecistów w Łodzi na Retkini. W wyniku tego zdarzenia jedna osoba zginęła, a trzy zostały ranne.

Na miejscu zdarzenia, z powodu zatrucia, zmarła 48-letnia kobieta. Jej nieprzytomny 49-letni mąż został wyniesiony z mieszkania przez strażaków i w stanie ciężkim trafił do szpitala. Ich 20-letni syn sam zdołał wydostać się z płonącego mieszkania. W pożarze ucierpiała także 14-letnia dziewczyna, mieszkająca w sąsiedniej klatce schodowej, którą zaatakował dym z powodu pękniętej ściany.

Pożar wybuchł w pokoju, a jego przyczyną było zwarcie w instalacji elektrycznej. Straty oszacowano wstępnie na około 50 tysięcy złotych.

Dramatyczna akcja ratunkowa podczas pożaru przy ulicy Kusocińskiego

Dramatyczne sceny rozegrały się tuż przed północą z 5 na 6 stycznia w jednym z bloków przy ulicy Kusocińskiego w Łodzi. Ogień, który wybuchł w mieszkaniu na parterze, odciął domownikom drogę ucieczki.

Zgłoszenie o pożarze budynku wielorodzinnego wpłynęło do łódzkich strażaków o godzinie 23:56. Na miejsce skierowano cztery zastępy Państwowej Straży Pożarnej oraz trzy zespoły ratownictwa medycznego. Po przyjeździe pierwszych jednostek okazało się, że sytuacja jest poważna - płomienie opanowały mieszkanie na parterze, a wewnątrz znajdowały się cztery osoby, w tym dwoje małych dzieci w wieku 2 i 3 lat.

Przebieg akcji ratunkowej dramatycznego pożaru, który miał miejsce z poniedziałku na wtorek, zarejestrowała policyjna kamera. Na nagraniu widać, jak ratowano rodzinę z płonącego mieszkania. Na klatce schodowej znajdował się poparzony 43-letni mężczyzna, który z płonącego mieszkania zdołał wynieść córeczkę. Wskazał policjantom, że na balkonie znajduje się kobieta z synkiem. Nadkom. Aneta Sobieraj z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi informuje, że policjanci sięgnęli po gaśnicę z radiowozu i podjęli próbę ograniczenia ognia. Po przybyciu strażaków funkcjonariusze wspólnie z nimi uczestniczyli w ewakuacji kobiety i dziecka przez balkon.

Policyjny Black Hawk pomógł strażakom w akcji gaszenia pożaru łąk w Biebrzańskim Parku Narodowym

Bryg. Jędrzej Pawlak z Komendy Wojewódzkiej PSP w Łodzi dodał, że strażacy musieli usunąć kraty znajdujące się na balkonie, aby ratować kobietę i dziecko. Prawdopodobną przyczyną pożaru było zwarcie instalacji elektrycznej. W mieszkaniu nie było zamontowanej czujki czadu i dymu. W wyniku pożaru poszkodowane zostały łącznie cztery osoby. Po przebadaniu przez ratowników cała rodzina została przewieziona do łódzkich szpitali.

Katastrofalny wybuch gazu w bloku przy ulicy Dzierżyńskiego (1983)

Jedno z najbardziej tragicznych wydarzeń w historii Retkini miało miejsce czterdzieści lat temu, ale wielu mieszkańców Łodzi nadal je pamięta. Nagle z powierzchni ziemi zniknęły dwie klatki bloku przy ulicy Dzierżyńskiego, dziś mieszczącego się na ulicy Armii Krajowej.

Kontekst i przebieg tragedii

Była środa, 7 grudnia 1983 roku. Świeciło słońce, był lekki mróz. Dzień wcześniej dzieci mieszkające w bloku odwiedził Mikołaj. Rano wielu mieszkańców poszło do szkoły i pracy, jak Stanisław Szulczewski, który przed siódmą opuścił swoje mieszkanie w piątej klatce, nie przeczuwając niczego złego.

Przed tragedią rozpoczęto odwodnianie bloku przy ulicy Dzierżyńskiego, ponieważ woda wpływała do piwnic. Koparka pracowała od kilku dni. Stanisław Szulczewski wspominał, że dzień przed wybuchem poszedł zobaczyć, co tam robią, zaglądając do wykopanego dołu, który nie był zbyt głęboki.

Już po wybuchu pan Stanisław słuchał w telewizji majstra, który opowiadał reporterom o wydarzeniach. Operator koparki zaczął kopać dół, ale maszyna zaczęła się „ślizgać”. Poszedł więc z kolegami zjeść śniadanie. Gdy wrócił, tak dobrze przyłożył, że coś zaczęło syczeć. „Poszła rura, którą przepływał gaz”, opowiadał Stanisław Szulczewski. Operator powiedział majstrowi, by ją wyrwać, aby gaz poszedł na zewnątrz. Majster nie kazał nic ruszać, stwierdził, że jeśli coś się stanie, to będzie na nich. Robotnicy wsiedli więc w samochód i pojechali do administracji osiedla. Administracja zadzwoniła do gazowni, ale tam odpowiedzieli, że mają awarię w przedszkolu czy żłobku i przyjadą na ulicę Dzierżyńskiego, gdy skończą tam pracę. W gazowni kazali zakręcić zawory.

Pan Stanisław podkreślał, że lokatorzy mieli szczęście, gdyż piwnice były przegrodzone. Gdyby nie ściana w drugiej klatce, gaz poszedłby po całym bloku, a „wszystko wyleciałoby w powietrze!”

Skutki eksplozji i heroiczna akcja ratunkowa

Do domu Stanisława Szulczewskiego wrócił po godzinie 14. Gdy wysiadał z autobusu, nie wiedział, że kilkadziesiąt minut wcześniej w jego bloku doszło do tragedii. Przeszedł kilkadziesiąt metrów i zamarł. Jego blok był ogrodzony, wszędzie stali milicjanci. Przeskoczył przez zapory i pobiegł zobaczyć, co z jego mieszkaniem. Odetchnął, gdy zobaczył jego okna. W pokoju stołowym były nawet szyby.

„Początkowo nie było widać rozmiaru tragedii. Wokół tylko para, dym. Zamiast klatek była kupa gruzu, która sięgała po pierwsze piętro!” - mówił pan Stanisław. Kiedy doszło do tragedii, w domu była jego synowa z małym dzieckiem. Nagle usłyszała wielki huk. W oknie w kuchni wypadła szyba. Wyjrzała przez nie. Ulicą biegła jakaś kobieta i wołała: „Pani uciekaj szybko, bo się blok wali...”. Synowa nie czekała długo.

Zniszczenia po wybuchu gazu w bloku mieszkalnym na Retkini

Po tej tragedii w łódzkim tygodniu „Odgłosy” ukazał się reportaż opisujący retkińską tragedię. „Potworna eksplozja przerwała ciszę, która panowała na osiedlu - pisali reporterzy «Odgłosów». - Fala powietrza wymiotła szyby w oknach sąsiednich bloków. Chmura pyłu i dymu osłoniła na chwilę wszystko. Kiedy opadła tam gdzie stał pierwszy segment bloku, dwie klatki, sterczała potrzaskana piramida rozszarpanych wybuchem płyt. Do połowy drugiego piętra tworzyła się góra gruzu, pociętego żelastwa, prętów, rur, kabli. Na tym wszystkim sterczała obnażona ściana reszty ocalałego bloku. Prostokąty pomalowanych lub tapetowanych ścian, które przed minutą były dla kogoś domem. Ciepłym i bezpiecznym. Na jednym z prostokątów trwał jeszcze, zupełnie już bez znaczenia, kawałek czyjeś kuchni.”

Na miejscu tragedii pojawiły się karetki pogotowia, straż i milicja. Reporterzy zanotowali, że drobna, siwowłosa kobieta otacza ramieniem płaczącą kobietę i prowadzi ją do karetki. Tą kobietą była dr Łuczkowska, szefowa zespołu pomocy doraźnej dla dzielnicy Polesie. Najpierw trzeba było udzielić pomocy zszokowanym, pokaleczonym ludziom, którzy znaleźli się w sąsiedztwie wybuchu.

Młody człowiek, który wyszedł wyrzucić śmieci, został rzucony wybuchem o słup latarni. Był w szoku i nie dał się odwieźć do szpitala. „Panowie nie znaleźliście mojej córeczki? - pytał ich. - Taka blondyneczka, 2 latka, w białych rajtuzach...I żona, Elżbieta Staszczyk... Ja jestem mąż, Staszczyk z czwartego piętra.”

Opisywano też historię Ireneusza Kamińskiego, mieszkańca bloku 214, kierowcy MPK, który 7 grudnia jeździł autobusem po Retkini. Tego dnia przejeżdżał wiele razy koło swego bloku. Raz odruchowo spojrzał w jego stronę... Bloku nie było... Zostawił autobus na poboczu i przybiegł na miejsce. „Nie słyszeliście nic?” - miał mówić, krążąc wśród ekip ratowniczych.

Jak pisali reporterzy „Odgłosów”, spod gruzu wydobyto 2-letnią dziewczynkę, która nie doznała większych obrażeń. Potem usłyszano głos kobiety uwięzionej w gruzie płyt. „To moja żona!” - krzyczał uradowany Staszczyk. Z gruzów wydobyto jeszcze jednego żywego mężczyznę, którego udało się uratować.

Ofiary i pamięć

W sumie wybuch gazu pochłonął osiem ofiar. Jedna z kobiet, Jadwiga Dziurdzińska, zmarła w szpitalu im. Madurowicza. Nie była ofiarą wydobytą z gruzów zawalonego bloku, lecz bezpośrednim świadkiem wybuchu, a przyczyną śmierci był doznany szok.

Nie przeżył także 14-letni Darek Kaszuba. Umarł w szpitalu im. Kopernika. Doznał krwiaka mózgu, odmrożeń, doszło do niewydolności nerek. Podobno tuż przed wybuchem przybiegł na chwilę do domu, by wprowadzić psa.

7 grudnia 1983 roku w gruzach bloku nr 214 zginęła także Janina Kamińska oraz pięcioosobowa rodzina Gerstmannów: Stanisław, Helena, Przemysław, Krzysztof i Bartek.

Profesor Stanisław Gerstmann był wybitnym psychologiem, a jego syn Przemysław nadzieją polskiej psychologii. Obaj pracowali na Uniwersytecie Łódzkim. Z książek profesora do dziś uczą się studenci psychologii.

Profesor Gerstmann przyjechał do Łodzi w 1959 roku z Lublina. Rozpoczął pracę na Uniwersytecie Łódzkim. Z czasem został kierownikiem zakładu psychologii, a dzięki jego staraniom psychologia została odrębnym kierunkiem studiów na łódzkiej uczelni. Profesor był m.in. członkiem Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, Łódzkiego Towarzystwa Naukowego, Polskiego Towarzystwa Higieny Psychicznej oraz Komitetu Nauk Psychologicznych PAN. Otrzymał liczne nagrody i odznaczenia państwowe, w tym Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Interesował się psychologią wychowania, metodologicznymi problemami psychologii i psychologią ogólną. Doktor Przemysław Gerstmann, syn profesora, był świetnie zapowiadającym się naukowcem, mającym kontynuować dzieło ojca.

Wybuch gazu przeżyła rodzina, która mieszkała na czwartym piętrze i w czasie tragedii była w domu. Stanisław Szulczewski wspominał, że tuż przed wybuchem żona kazała mężowi wyrzucić śmieci. Ona została w domu z małym dzieckiem. Mężczyzna wyrzucił śmieci, wrócił do domu, zostawił wiadro i jeszcze raz zszedł na dół. Powiedział do żony, że przed ich klatką jest jakieś zamieszanie, więc pójdzie sprawdzić, co się stało. Zszedł na dół i usłyszał wybuch.

Podobno przed wybuchem robotnicy przebiegli po mieszkaniach i prosili lokatorów, by opuścili mieszkanie. Zadzwonili też do Gerstmannów. Odwiedził ich syn Krzysztof, który mieszkał nad morzem i przyjechał po wózek dla swojego nienarodzonego jeszcze dziecka. Gerstmannowie mieli powiedzieć, że kończą właśnie obiad i zaraz wyjdą - niestety, nie zdążyli.

Życie po tragedii

Stanisław Szulczewski wspominał, że po tragedii wszystkich mieszkańców bloków wyprowadzono na trzy dni. Ci, którzy chcieli, poszli do hotelu, inni do rodziny i znajomych. „Ja wszedłem mimo zakazu do mieszkania, by zabrać niezbędne rzeczy - mówił pan Stanisław.” Gdy po trzech dniach wrócili do bloku, nie mieszkało się w nim przyjemnie. Zwłaszcza, gdy co dzień przechodziło się koło tej kupy gruzu, gdzie zginęło tyle osób.

Jednak już w czerwcu dwie zburzone klatki zostały odbudowane, a do mieszkań wprowadzili się nowi lokatorzy. Po tej tragedii wszystkim lokatorom bloku nr 214 zaproponowano inne mieszkania. Wiele osób zdecydowało się na wyprowadzkę, dostając nowe mieszkania na Retkini, Chojnach czy Radogoszczu. „Kto był pierwszy, to dostawał lepsze mieszkanie - wyjaśniał Stanisław Szulczewski. - Potem zostały same partery, czwarte piętra. Ja tu mieszkałem na pierwszym piętrze, a zaproponowali mi parter. Zostałem więc w tym bloku. W mojej klatce mieszka jeszcze chyba trzech lokatorów, którzy nie zdecydowali się na przeprowadzkę.” Po tragedii przez jakiś czas na Wszystkich Świętych ludzie palili znicze w miejscu wybuchu.

Inne zdarzenia pożarowe na Retkini

Retkinia była również miejscem innych, choć mniej szczegółowo opisanych, zdarzeń pożarowych. Odnotowano m.in. pożar, w którym rodzina państwa Kruszyńskich w kilkanaście minut straciła dorobek życia. „Chwila nieuwagi kosztowała ich dorobek życia. Na szczęście rodzina państwa Kruszyńskich ocalała z pożaru swojego mieszkania na Retkini.”

W sobotę nad ranem odnotowano także inny tragiczny pożar w Łodzi na osiedlu Retkinia, w którym zginęły dwie osoby.

tags: #dziennik #lodzki #pozar #na #retkini