Pożar w Mati: Tragedia, Konsekwencje i Walka o Sprawiedliwość

Dnia 23 lipca 2018 roku nadmorski kurort Mati w greckiej Attyce nawiedził tragiczny pożar, w wyniku którego zginęły 104 osoby, w tym dwójka Polaków (matka z dzieckiem), a 172 osoby zostały ranne. Ogień, niesiony przez silny wiatr, przetoczył się przez okolicę z niszczycielską siłą. Część ofiar utonęła, uciekając przed płomieniami do morza. Tragedia ta jest uznawana za najgorszy pożar, jaki nawiedził Europę w XXI wieku, oraz drugi na świecie pod względem liczby ofiar, ustępując jedynie pożarom w australijskim stanie Wiktoria w 2009 roku, gdzie zginęły 173 osoby. Wśród ofiar pożarów w Grecji była Polka i jej syn.

Mapa obszaru dotkniętego pożarem w Mati z zaznaczeniem głównych ognisk

Przebieg Katastrofy i Skala Zniszczeń

Pożar wybuchł na wzgórzach nad willowym miasteczkiem, będącym jednym z ulubionych kurortów zamożnych mieszkańców Aten. W ciągu minut ogień zszedł długimi dolinami, pokonał kilka kilometrów i dotarł do morza. Po około dwóch godzinach praktycznie było po wszystkim, pozostawiając wyraźnie sczerniałą, szeroką na kilkaset metrów wyrwę w lesie piniowym. Na jej końcu stał nienaruszony hotel Ramada, w którym mieszkali Polacy, oraz kilka sąsiednich budynków, choć dookoła widoczne były spalone domy i samochody. O wszystkim, także o życiu i śmierci, decydował kaprys porywistego wiatru, którego siła była porównywana ze sztormem o sile 11 w skali Beauforta. Wichura nie tylko gnała płomienie i przerzucała je między wierzchołkami drzew, ale także podnosiła temperaturę powstałej w ten sposób burzy ognia. W ostatnich dniach przed tragedią w Grecji utrzymywały się wysokie temperatury, sięgające 40 stopni Celsjusza.

Miejscowość Mati została prawie całkowicie zniszczona. Spłonęło tam około tysiąca domów i trzysta samochodów. W jednym miejscu znaleziono ciała 26 osób, które próbowały przedostać się na plażę, uciekając przed ogniem. Evantia Tavola z Uniwersytetu Wrocławskiego, pracująca z ministerstwem środowiska nad szacowaniem strat, oceniła, że w najbardziej dotkniętej części miasta spalić się mogło nawet 95% domów, a niektóre nie zostały jeszcze dobrze przeszukane i mogły zawierać zwłoki. Skala zniszczeń była tak wielka, że jeden z Greków nazwał to "małą Hiroszimą", ponieważ tragiczny pożar praktycznie zniszczył społeczność Mati. W mieście wciąż widać obszary pełne wypalonych drzew oraz uszkodzone budynki, choć można dostrzec wiele posesji, na których domy są nietknięte, ale spalone drzewa i krzewy stoją w ogródkach. Wokół wraku samochodu, który wyglądał jakby ktoś stracił panowanie nad kierownicą, walcząc o życie, znajdowała się okrągła dziura w ziemi ze sterczącymi drutami - tyle zostało po przydrożnym słupie, który wypalił się aż do samego, głęboko zakopanego końca.

Zdaniem niektórych Greków, nie była to kwestia przypadku. Sugerowano, że ludzie związani z deweloperami podpalają lasy, aby później zabudować spustoszone tereny. Tym razem jednak nieprzewidywalny wiatr spowodował, że chciwość stała się przyczyną zbrodni i śmierci kilkudziesięciu ludzi.

Fotografia zniszczonych domów i spalonych samochodów w Mati po pożarze

Krytyka Działań Władz i Służb Ratunkowych

Ocaleni twierdzili, że cudem przeżyli, bo sytuacja była dramatyczna. Wielu wskakiwało do morza, chroniąc się przed ogniem, który zajmował domy w ciągu zaledwie kilku minut. Do wielu osób nie dotarła pomoc, nie wiedzieli też, co robić. Część mieszkańców pozostała w domach, aby ratować swój dobytek. Eksperci wskazali, że za skalę tragedii winę ponosiła także zła urbanistyka. O ile mieszkańcy wzgórz byli w pewien sposób oswojeni z myślą o pożarach, o tyle nikomu do głowy nie przyszło, że ogień wejdzie do miasteczka.

Turyści w hotelu Ramada w Mati zostali zaskoczeni przez szalejący ogień. Początkowo widzieli latające helikoptery, ale personel hotelowy uspokajał ich, że to nic groźnego. Kilka godzin później ogień pojawił się już w pobliżu hotelu. Wybuchła ogromna panika, nikt nie mówił, co mają robić, a jedynie krzyczano, by uciekać z hotelu. Nie było żadnej konkretnej ewakuacji. George, którego żona pracowała we władzach miasteczka, otrzymał od niej ostrzeżenie, aby uciekać, a chwilę później przyjechał radiowóz z policjantami, którzy również nakazali natychmiastową ucieczkę. To pozwoliło mu ocalić rodzinę i dom, choć stracił wielu przyjaciół. Inny mieszkaniec, Nik, wspomina, że jego ojciec usłyszał ostrzeżenie i chciał uciekać, ale prądu już nie było i brama się nie otworzyła. Na szczęście ojciec Nika porzucił wszystko i uciekł, dzięki czemu przeżył.

Ambasada Polska w Atenach powołała specjalny zespół, udzielający informacji i pomocy polskim obywatelom. Z regionu ewakuowano kilkaset dzieci, które przebywały na obozach.

Wielki pożar w Puszczy Solskiej | KONTRAPUNKT

Osobista Tragedia Rodziny Korzeniowskich

Wśród ofiar śmiertelnych pożaru w Mati znaleźli się Polacy z Wysokiej pod Wadowicami (woj. małopolskie) - żona i syn Jarosława Korzeniowskiego. Pan Jarosław (44 l.) przez cały czas nie może pogodzić się ze śmiercią żony Beaty (†37 l.) i synka Kacperka (†9 l.), którzy przyjechali do Grecji na wakacje. Obwinia greckie służby o nieudzielenie odpowiedniej pomocy i personel hotelowy o brak przeszkolenia. Jarosław Korzeniowski wspomina, że były to ich pierwsze wakacje z biurem podróży Grecos, na które pojechali, licząc na stuprocentowe bezpieczeństwo. Feralnego 23 lipca 2018 roku to bezpieczeństwo jednak zawiodło. Po tym, jak ogień pojawił się w pobliżu hotelu, nastąpiła panika. Jarosław Korzeniowski pobiegł po rodzinę, a następnie razem z żoną i synkiem wrócili do pokoju, by ubrać buty i ruszyli biegiem za tłumem. Po drodze zostali jednak rozdzieleni. Żonę z synem dostrzegł dopiero wtedy, kiedy siedzieli już w łódce, gdzie po raz ostatni widział ich żywych. Ich łódź podobno się przewróciła i zatonęła - wyznał zdruzgotany ojciec. Mieli płynąć w bezpieczne miejsce, a popłynęli wprost na śmierć. Jego żona wraz z dziesięcioma innymi osobami przez kilka godzin dryfowała na malutkiej łódce, wołając o pomoc, lecz ostatecznie szalupa zatonęła na morzu i wszyscy się utopili. Akcja poszukiwawcza doprowadziła do odnalezienia ciał. Choć 44-latek sam ledwo uszedł z życiem, widok ukochanej martwej rodziny rozerwał jego serce na kawałki. Jarosław Korzeniowski obwinia greckie służby z Mati, że wówczas za późno zaoferowały swoją pomoc.

Jarosław Korzeniowski utrzymuje, że biuro podróży Grecos wiedziało wcześniej o pożarach i zagrożeniu, ale "ważniejsze dla nich okazało się przyjęcie nowych gości na lotnisku", co naraziło ponad 30 ich klientów przebywających w hotelu. Biuro podróży Grecos odniosło się do tych słów, twierdząc, że rezydenci są należycie przygotowani do pełnienia swoich obowiązków. Z uwagi na dynamiczne rozprzestrzenianie się pożaru, szybko zapadła decyzja o zamknięciu dróg, co uniemożliwiło dojazd rezydentów do klientów przebywających w tej części. Zgodnie z przekazywanymi im poleceniami przez służby (straż pożarna, policja), rezydenci przekazywali dalej polecenia klientom hotelu w języku angielskim oraz gestami o konieczności udania się na nadbrzeże, a ponadto rozdawali klientom wodę i ręczniki.

Mijają cztery lata od tej tragedii. Z bólem serca Jarosław Korzeniowski udał się do kurortu Mati, by 23 lipca uczcić pamięć swojej rodziny i czwartą rocznicę ich tragicznego odejścia. Mężczyzna postanowił, że będzie dalej walczył, aby fakty, jakie wtedy miały miejsce, w końcu ujrzały światło dzienne. W 2018 roku 44-latek miał w domu pamiątkowe zdjęcia żony i synka.

Zdjęcie Jarosława Korzeniowskiego z portretami jego żony Beaty i syna Kacperka

Postępowanie Sądowe i Kontrowersyjny Wyrok

29 kwietnia sąd w Atenach skazał sześć osób, a piętnaście innych, w tym ówczesną gubernator Attyki, Renę Dourou, oczyścił z zarzutów. Pięciu urzędników, w tym były komendant straży pożarnej, otrzymało wyroki w zawieszeniu od 15 do 111 lat za wielokrotne zaniedbania skutkujące obrażeniami i śmiercią ludzi. Szósty oskarżony, właściciel nieruchomości, na której wybuchł pożar, został skazany na trzy lata więzienia za nieumyślne podpalenie, z możliwością wyjścia za kaucją. Ostatecznie wszyscy oskarżeni zostali zwolnieni i zamiast odbycia kary, mogli zapłacić grzywny w wysokości do 40 000 euro. Zgodnie z greckim prawem płatność ta może zostać odroczona do czasu odwołania.

Decyzja sądu wywołała wściekłość wśród krewnych ofiar obecnych w sądzie. Zdaniem ocalałych, zarówno władze, jak i służby ratunkowe nie uprzedziły mieszkańców o niebezpieczeństwie. Zgromadzeni krewni ofiar na wieść o wyroku krzyczeli i płakali. Sekretarz stanu, skrajnie prawicowy Makis Voridis, podzielił ich gniew, mówiąc w rozmowie ze Skai TV: „Reakcja jest rozsądna. Ten rodzaj wyroku nie jest współmierny do tego rodzaju tragedii”. Wiceminister sprawiedliwości Grecji Ioannis Bougas zapowiedział, że „prawie na pewno” od wyroku zostanie złożona apelacja przez prokuratora. Yannis Karagkounis, prawnik reprezentujący rodzinę jednej z ofiar, skomentował: „Jesteśmy zasmuceni wynikiem, ale nie przestaniemy walczyć”.

Zdjęcie tłumu protestujących krewnych ofiar przed sądem w Atenach

Brak Postępów w Śledztwie w Polsce

Jarosław Korzeniowski krytykuje również polskie władze, twierdząc, że od tragedii minęły cztery lata, a polska prokuratura "nic nie robi w tej sprawie", "przerzucali tę sprawę z jednej prokuratury do drugiej" i "śledczy w Polsce czekają na jakieś papiery z Grecji". Według niego, wiele osób utrudniało mu działania, a krakowska prokuratura okręgowa, która obecnie zajmuje się sprawą, nadal nie dostarczyła mu żadnych informacji. Krakowska prokuratura wyjaśnia, że prace nadal trwają i bada wszystkie okoliczności śmierci polskiej turystki i jej dziecka, w tym odpowiedzialność organizatora wyjazdu - biura podróży, obsługi hotelu oraz greckich służb ratowniczych. W dużej części ustalenia śledztwa dokonywane są na podstawie czynności wykonywanych w drodze pomocy prawnej przez greckie organy ścigania i wymiaru sprawiedliwości na terenie Grecji. Aktualnie tłumaczona jest na język polski kolejna partia materiałów przesłanych przez organy greckie, a ze względu na ich obszerność, dopiero po wykonaniu tłumaczenia będzie można ocenić ich kompletność i ewentualną potrzebę uzupełnienia.

Mati po Pożarze: Odbudowa i Pamięć

Życie powoli wraca do Mati, miejscowości w greckiej Attyce, dotkniętej pożarem. Pierwsi turyści już wracają do Mati, zatrzymując się w tym samym hotelu, z którego podczas pożaru ewakuowana była grupa Polaków. Jak stwierdził jeden z turystów: "Zdecydowaliśmy się przyjechać, bo nam obiecano, że jak przyjedziemy, wszystko będzie okej. I hotel jest ok, nie mogę tego powiedzieć o otoczeniu." W ciągu kilku miesięcy, gdy lokalnym władzom uda się uporać z usuwaniem zniszczeń po pożarze, ma ruszyć kampania promocyjna wczasów w gminie Rafina i Marathon, gdzie turystyka przynosi aż 30% dochodów.

W mieście wciąż widać obszary pełne wypalonych drzew oraz uszkodzone budynki. Można jednak dostrzec wiele posesji, na których domy są nietknięte, ale spalone drzewa i krzewy stoją w ogródkach. W Mati działa także sztab wolontariuszy, głównie Greków, ale są też Polacy. Mieszkańcy nadal potrzebują pomocy; przede wszystkim brakuje jedzenia, wody i podstawowych lekarstw. W jedną z bram ktoś wetknął dwa bukiety świeżych kwiatów, a dookoła wszystkie budynki są spalone, niektóre ruiny jeszcze dymią. Na werandzie częściowo ocalałego domu stoją ludzie, a przy furtce stoi wysoki, szczupły mężczyzna z siwą brodą, który na pytanie, czy wszyscy są cali, przecząco kręci głową, mówiąc: "Tam poniżej spalili się jego rodzice i dzieci." U wylotu uliczki stoi mała kapliczka, która miała przynieść błogosławieństwo i strzec mieszkających tu ludzi. Teraz to poczerniała od ognia skrzynka z nadpalonymi ikonami w środku.

Mati: Widok na częściowo odbudowany kurort z widocznymi śladami pożaru i wolontariuszami

tags: #hotel #mati #pozar