Informacje o osobach o imieniu Jacek: strażacy i dziennikarz

W mediach często pojawiają się informacje dotyczące różnych osób o imieniu Jacek, których historie wzbudzają szerokie zainteresowanie. Poniższy artykuł przedstawia szczegółowe informacje na temat asp. Jacka Rosińskiego i Jacka Supery - strażaków, którzy tragicznie zginęli, oraz Jacka B. - kontrowersyjnego dziennikarza.

Tragiczna Śmierć Asp. Jacka Rosińskiego, Strażaka z Bydgoszczy

Bydgoscy strażacy wspominają, że uśmiech nie znikał z jego twarzy - mowa o asp. Jacku Rosińskim (†50 l.). Aż ciężko uwierzyć, że tak nagle i niespodziewanie zabrakło jednego z nich. Strażak zginął w straszliwych okolicznościach, co wstrząsnęło Bydgoszczą. Koledzy i koleżanki nie mogą uwierzyć w to, co się stało. "Człowiek o wielkim sercu. Nie wiedzieli, że widzą go po raz ostatni. Asp. Jacek Rosiński odszedł na wieczną służbę" - przekazała bydgoska jednostka.

Asp. Jacek Rosiński ostatnie lata służby spędził w Stanowisku Kierowania Komendanta Miejskiego Państwowej Straży Pożarnej w Bydgoszczy. Był nie tylko doświadczonym i rzetelnie wykonującym zadania służbowe funkcjonariuszem, ale przede wszystkim dobrym kolegą i przyjacielem. "Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, dzisiaj wiemy, że to nieprawda. Łączymy się w bólu z rodziną, znajomymi, funkcjonariuszami, druhami i wszystkimi, którzy znali Jacka" - piszą we wzruszającym poście w mediach społecznościowych.

Okoliczności tragicznego wypadku

Bydgoski strażak zginął w wypadku w Szubinie niedaleko Nakła nad Notecią (woj. kujawsko-pomorskie) - podał portal se.pl. Do tragedii doszło we wtorek, 10 października, około godziny 18:40. Motocyklista najechał na tył rozrzutnika doczepionego do ciągnika rolniczego. Siła uderzenia była ogromna. Przybyli na miejsce ratownicy natychmiast przystąpili do reanimacji leżącego na jezdni motocyklisty. Niestety, poszkodowany zmarł. Jak wstępnie ustalili mundurowi, kierujący jednośladem marki BMW najechał na tył rozrzutnika doczepionego do ciągnika rolniczego.

Motocykl BMW po zderzeniu z maszyną rolniczą

Tragiczna śmierć strażaka Jacka poruszyła jednostki w całym regionie. "Do zobaczenia Jacku w niebiańskiej remizie!" - mówią strażacy z OSP w Szubinie, gdzie przez wiele lat, jako ochotnik, działał Jacek. Wiele osób wspomina go z sentymentem: "Jeszcze niedawno się widzieliśmy. Słynny papieros na wysokim piętrze. To była tradycja, trzymaj się", "Miałem przyjemność poznać Jacka. Fajny facet, miły, uśmiechnięty, pogodny rozmowny. Przykro się robi, widząc taką informację", "Człowiek o wielkim sercu. Zawsze pozytywnie nastawiony", "Miałem okazję poznać Jacka jako motocyklistę. To był gość", "Miej na nas oko, przyjacielu".

Kontrowersje wokół Jacka B. - Dziennikarza i Oskarżonego

Jacek B. jest oskarżony o udział w napadzie na właściciela centrum medycznego. Ofiara, związana biznesowo z Jackiem B., została zmuszona do przekazania napastnikom ponad 1 mln zł pod groźbą użycia noża i przedmiotu przypominającego broń. Prokuratura Rejonowa w Zabrzu zarzuciła Jackowi B. oraz m.in. utytułowanemu zawodnikowi MMA - Danielowi R. - zarzuty o rozbój, za które grozi im nawet 20 lat za kratami. Mężczyźni nie przyznają się do winy.

Obrończyni oskarżonego, Aleksandra Kokoszka, w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" powiedziała, że były dziennikarz nie przyznaje się do zarzutów i zamierza przed sądem przedstawić wyjaśnienia, które mają dowieść jego niewinności. Do zdarzenia miało dojść w rejonie jednego z centrów handlowych na Śląsku, jednak brak jest nagrań monitoringu potwierdzających przebieg incydentu - śledztwo opiera się wyłącznie na zeznaniach osoby pokrzywdzonej.

Żona Jacka B. przekazała w mediach społecznościowych: "Mój mąż został aresztowany w związku z niezwykle poważnymi zarzutami. Ze względu na dobro naszego dziecka, nie będę w tej sprawie zabierać głosu publicznie. W tej szokującej dla mnie sytuacji muszę skupić się na tym, by chronić moją córkę, Magdę oraz resztę naszej rodziny. Proszę, uszanujcie moją decyzję - nawet bez medialnej burzy to dla nas piekło".

Przeszłość zawodowa i kontrowersyjne metody

Przeszłość Jacka B., byłego dziennikarza TVN i RMF FM, zaskakuje. Jak ujawniła "Rzeczpospolita", Jacek B. był skazany za rozbój, przywłaszczenie mienia i dezercję z wojska, za co już spędził kilka lat w więzieniu. Jednocześnie sam nagłaśniał afery korupcyjne. Pytany, czy nie widzi sprzeczności w swojej pracy jako dziennikarz śledczy w sytuacji, gdy sam był kilkakrotnie karany, pewnie odpowiadał: "Wręcz przeciwnie, to bardzo pomaga".

Jacek B. w roli dziennikarza śledczego, z mikrofonem i notatnikiem

Jackowi B., który za swoją pracę był wyróżniony jedną z najbardziej prestiżowych nagród dziennikarskich w Polsce - tytułem Grand Press - wielu zarzucało kontrowersyjne metody działania. Miał prowokować swoich rozmówców, by później nagrywać ich ukrytą kamerą. W latach 2002 i 2003 Jacek B. został uhonorowany nagrodą Grand Press w kategorii dziennikarstwa specjalistycznego - w obu przypadkach wspólnie z Markiem Kęskrawcem. Otrzymał Grand Pressa za materiał o niezgodnych z prawem działaniach ekologów, a później w kategorii dziennikarstwo śledcze za reportaż o sprzedaży ziemi przez księdza i adwokata na Podbeskidziu.

Kontrowersje wzbudził również, gdy przygotowywał reportaż o Aleksandrze Ćwiku i przejmowaniem przez biznesmena nieruchomości od samorządów. Sprawa trafiła do prokuratury, reportaż ostatecznie nie powstał, a po kilku tygodniach Jacek B. wystąpił w reklamie domu meblowego należącego do Ćwika.

Po pracy w RMF FM (tu przygotowywał newsy i reportaże) oraz TVN, gdzie współtworzył "Superwizjer", Jacek B. pracował jako dyrektor marketingu i rzecznik prasowy jednego z deweloperów, był także pełniącym obowiązki prezesa Polonii Warszawa. Na kanale Discovery Historia można było oglądać jego program "Archiwum X - Śledztwa po latach". Relacjonował w nim sprawy prowadzone przez utworzoną w 1999 r. w Wydziale Kryminalnym Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie specjalną grupę "Archiwum X", zajmującą się śledztwami, które utknęły w martwym punkcie.

Życie prywatne i pochodzenie

Prywatnie Jacek B. jest nieślubnym dzieckiem znanego satyryka i reżysera Krzysztofa Materny. Przed laty w wywiadzie dla "Twojego Imperium" mówił, że długo nie wiedział, kim naprawdę jest jego ojciec. "Myślałem, że moim ojcem jest człowiek, który zostawił mnie i mamę, gdy miałem kilka miesięcy. Byłem przekonany, że nie uznał mnie jako syna. Dopiero gdy brałem ślub w urzędzie stanu cywilnego, dowiedziałem się, że ten człowiek nie jest moim ojcem, ponieważ mnie nie uznał formalnie. Do poznania prawdy skłoniły mnie też słowa nieżyjącej już przyjaciółki mojej mamy, która powiedziała mi, że mama zwierzyła się jej, że moim ojcem jest ktoś znany" - relacjonował. Znany satyryk o tym, że ma jeszcze jednego syna, dowiedział się, mając 68 lat. Test na ojcostwo potwierdził, że łączą ich więzy krwi. "Nie mam żalu do nikogo, tak się życie potoczyło. Akceptuję to. Cieszy mnie każda chwila mego życia, niczego nie żałuję. Fascynujące jest też to, że pan Krzysztof przez wiele lat pracował w mediach, produkował imprezy i je prowadził, a ja przez wiele lat w życiu robiłem dokładnie to samo. Geny?" - mówił Jacek B. Obecnie jego żoną jest uznana triathlonistka.

Śmierć Jacka Supery podczas Akcji Gaśniczej

W zawód strażaka wpisane jest ryzyko. Trudno jednak pogodzić się z faktem, że w XXI wieku w centrum Europy 34-letni ratownik, Jacek Supera, po otwartym urazie nogi, umiera z powodu wykrwawienia.

Strażak podczas akcji ratunkowej, scena z pożaru

„W dniu 24 stycznia 2004 r. Jacek Supera pełnił służbę ratownika na drugiej zmianie w KP PSP w Brzezinach - czytamy w protokole powypadkowym sporządzonym przez Komendę Powiatową Państwowej Straży Pożarnej w Brzezinach - (po północy wyjechał do pożaru). Jacek Supera wykonywał rutynowe czynności, tzn. stojąc przed budynkiem podawał prąd wody w natarciu na dach palącego się budynku. W pewnej chwili część konstrukcji budynku (dachu i nadmurówki) zsunęła się na niego i przycisnęła go uszkadzając prawą kończynę dolną.”

Kontrowersje wokół pierwszej pomocy i procedur

Według tego samego protokołu rannemu strażakowi koledzy założyli opatrunek uciskowy, opaskę uciskową, przykryli kocem oraz „folią życia”. Z danych zawartych w tzw. karcie manipulacyjnej straży wynika, iż wypadek miał miejsce 48 minut po północy, karetka pogotowia ratunkowego zaś przyjechała 14 minut po wezwaniu.

Iwona Supera, żona zmarłego, relacjonuje: „Z relacji kobiety, która była świadkiem wypadku męża, dowiedziałam się, że nie miał założonej gumowej opaski uciskowej, a jedynie bandaże”. Lechosław Pawlik, komendant powiatowy Państwowej Straży Pożarnej w Brzezinach, stwierdza: „Na wyposażeniu wozu bojowego jest gumowa opaska uciskowa i taką opaskę jeszcze przed przyjazdem karetki strażacy założyli panu Superze”. Dr Elżbieta Grzelak, koordynator ratownictwa medycznego CPR w Koluszkach, dodała: „Ten pacjent miał otwarte zwichnięcie kończyny dolnej. Założono mu opatrunki uciskowe, które miały za zadanie zatrzymać krwawienie”. Jednak dr Ryszard Frankowicz, prezes Stowarzyszenia Obrony Praw Pacjenta, podsumowuje: „Ale go nie zatrzymały”.

Dr Frankowicz zauważa, że na podstawie posiadanych przez panią Superę dokumentów nie można jednoznacznie ustalić, czy jej mąż miał założoną gumową opaskę uciskową, czy też krwawienie starano się tamować bandażami i gazą. „Jeżeli jednak pacjent miał zaciśnięte gumowe opaski, to wiele wskazuje na to, że były one założone wadliwie. Prokuratura musi teraz to wszystko szczegółowo wyjaśnić” - podkreśla.

Pytania o bezpieczeństwo strażaków

Podczas pożaru palił się budynek mieszkalny, a sąsiednie domy także były zagrożone. Zwykła zawodowa ostrożność sugerowałaby, że jednocześnie ze strażą powinna zostać wezwana karetka pogotowia. „Nie zapewniono bezpieczeństwa nie tylko poszkodowanym mieszkańcom, ale i samym strażakom. Gdyby pogotowie było na miejscu już w momencie rozpoczęcia akcji gaśniczej, pewnie uniknięto by tragedii” - stwierdza dr Frankowicz.

Komendant Pawlik wyjaśnia: „To nie był poważny pożar. Nie ma praktyki wzywania jednocześnie ze strażą karetki pogotowia. Teraz trudno spekulować, co by było, gdyby”.

Jak leczyć silne krwawienie – szkolenie z pierwszej pomocy – pogotowie ratunkowe St John Ambulance

Wykrwawienie i próby ratunku

W karcie pacjenta, w rubryce „wywiad”, lekarz szpitala w Brzezinach napisał: „Pacjent przywieziony przez zespół R do izby przyjęć o godz. 1.12. W chwili przybycia przytomny, pobudzony, kontakt logiczny. Na udzie prawym zaciśnięte dwie opaski uciskowe. Kończyna dolna prawa w kałuży krwi. W dole podkolanowym rana szarpana ok. 15-20 cm. Z rany wystają kłykcie kości udowej”.

„W momencie przywiezienia do naszego szpitala pan Jacek Supera był wykrwawiony, w nieodwracalnej fazie wstrząsu obwodowego” - mówi Jan Krakowiak, dyrektor Szpitala Powiatowego w Brzezinach. „Zastanawiam się, kiedy założono mu opaskę? Chirurg i anestezjolog, którzy próbowali go ratować, byli zaskoczeni, że po dotarciu do rany, krew na uszkodzonej tętnicy, zamiast tryskać na metr czy dwa, już tylko kapała. Żyły obwodowe były zapadnięte, po prostu się skleiły.” Szpital dysponował odpowiednią ilością krwi, miał doświadczonych specjalistów, a jednak wysiłki okazały się daremne. W takiej sytuacji nie pomogłoby nawet, gdyby poszkodowany trafił do najbardziej renomowanej kliniki. Ten człowiek miał ogromnego pecha. Jacek Supera zmarł w szpitalu o godz. 3.05, dwie godziny siedemnaście minut po wypadku.

„Szpital zrobił, co mógł” - stwierdza dr Frankowicz. „Nie wiem, czy przyczyną śmierci strażaka był pech, czy raczej nieżyciowe procedury obowiązujące w straży pożarnej? A może niewłaściwe zabezpieczenie kończyny przez udzielających pierwszej pomocy lub zespół karetki”. Dyrektor Krakowiak podkreśla: „Teraz ustalenie wszystkich okoliczności tej tragedii należy do prokuratury”, której przekazano wszystkie dokumenty.

Sytuacja rodziny i dalsze postępowanie

Pani Iwona Supera opowiada: „Przed kilku dniami, gdy w domu była tylko moja mama, przyszło dwóch ludzi, którzy przedstawili się, że są z prokuratury i chcą nam pomóc”. Anna Czapnik, zastępca prokuratora rejonowego w Brzezinach, wyjaśnia: „Wykluczam sytuację, w której ktoś z naszej prokuratury kontaktował się z panią Superą w jakiś nieoficjalny sposób. Wszystko robimy zgodnie z procedurą, a więc z tą panią możemy rozmawiać tylko w naszej siedzibie, po uprzednim wysłaniu wezwania. Sprawa śmierci pana Supery jest przez nas badana. Pani Supera jest osobą pokrzywdzoną, jeżeli więc wystąpi do nas oficjalnie, to udostępnimy jej kopie dokumentów dotyczących wypadku i śmierci jej męża”.

Pani Iwona wspomina również: „W sierpniu ubiegłego roku mąż miał wypadek, odbił sobie piętę lewej nogi”. Brzmi to może niegroźnie, ale przebywał na zwolnieniu aż 43 dni! Dostał też spore odszkodowanie z PZU. Praktycznie utykał na nogę aż do dnia śmierci. Mimo to był dopuszczony do pracy. Lechosław Pawlik wyjaśnia: „Jeżeli strażak jest na zwolnieniu lekarskim trwającym co najmniej 30 dni, to do dalszej służby dopuszcza go komisja lekarska. Jako komendant nie mam prawa ingerować w werdykty lekarzy”. Pani Iwona zaskoczona dodaje: „Dopiero teraz dowiaduję się, że po tak długim zwolnieniu mąż musiał stawać przed komisją lekarską, tylko że ja nie przypominam sobie takiego faktu. Nie twierdzę, że nie był na komisji, ale na pewno o tym nie wspomniał, a nie miał przede mną tajemnic”.

Po śmierci męża rodzina znalazła się w ciężkiej sytuacji: „Nie pracuję, gdyż młodsze z dzieci jest chore na astmę. Strażacy zebrali więc dla nas pewną sumę, za co im dziękuję. Niestety, Brzeziny to małe miasto i już słyszałam na ulicy haniebne plotki, ile to zarobiłam na śmierci męża”.

Brygadier Witold Maziarz, rzecznik komendanta głównego Państwowej Straży Pożarnej, mówi: „Nie potrafię panu z głowy powiedzieć, ilu strażaków ginie rocznie w akcji. Razem z ratownikami z OSP, od kilku do kilkunastu”. Każdy wypadek analizowany jest na miejscu w konkretnej komendzie. Piotr Holajda, rzecznik Komendanta Wojewódzkiego PSP w Łodzi, stwierdza: „Sprawę śmierci Jacka Supery badała komisja w Komendzie Powiatowej w Brzezinach. Była to analiza wypadku pod względem BHP. Żona zmarłego nie miała zastrzeżeń do poczynionych ustaleń, dlatego Komenda Wojewódzka nie badała dalej tej sprawy”. Prezes Frankowicz dziwi się: „Jak widać, na szczeblu Komendy Głównej nie analizuje się przyczyn śmierci strażaków. Jackowi Superze nikt nie przywróci już życia, lecz po tej tragedii powinno stać się standardem wzywanie na miejsce karetki pogotowia ratunkowego razem z wozem bojowym straży pożarnej”.

Tekst powstał przy pomocy dr. Ryszarda Frankowicza, prezesa Stowarzyszenia Obrony Praw Pacjenta z siedzibą w Tarnowie.

tags: #jacek #b #bolo #strazak