W historii ludzkości nie brakuje tragicznych momentów, które na zawsze zmieniły bieg dziejów. Choć z pozoru niosą one wyłącznie cierpienie, żal i stratę, często stają się również punktem zwrotnym, inspirując zmiany, które poprawiają życie przyszłych pokoleń. Taka właśnie była katastrofa, która dotknęła Londyn we wrześniu 1666 roku - Wielki Pożar Londynu, wydarzenie, które, jak pisali historycy, „musiało się wydarzyć”. Uświadomił on królowi, że stołeczne miasto wymaga zupełnej przebudowy.

Londyn w XVII wieku: Tło katastrofy
W XVII wieku Anglia powoli stawała się państwem imperialnym, a Londyn stanowił jego polityczne i komercyjne centrum. Był to jeden z największych miast ówczesnej Europy, zamieszkiwany przez 300-400 tysięcy osób. Jednak dynamicznie rozwijające się państwo miało też sporo problemów wewnętrznych, w tym zawirowania polityczne po wojnie domowej (1642-1651) i restauracji Stuartów (1660 r.), oraz konflikty religijne między anglikanami a katolikami. Do tego dochodziła wojna z Holandią (1665-1667), która przyczyniła się do napiętych stosunków i podejrzliwości wobec cudzoziemców.
Mimo to, lata 60. XVII wieku to również czas rozwoju handlu morskiego, ambitnych planów kolonialnych i coraz większego nastawienia na rozwój nauki i techniki.
Struktura miasta i zagrożenia
Z drugiej strony, struktura miasta nadal pozostawała średniowieczna. Londyn był zatłoczonym labiryntem wąskich, krętych brukowanych uliczek, a dominowała drewniana zabudowa, coraz bardziej ścieśniona murami, które zbudowali jeszcze Rzymianie. City of London - otoczone przez mur miejski i Tamizę - liczyło 2,8 km², a choć stanowiło tylko część miasta, zamieszkiwało je około 80 tysięcy osób, co stanowiło ¼ ówczesnej populacji całego Londynu.
Chociaż już kilka wieków wcześniej zakazano wznoszenia drewnianych budynków i pokrywania dachów strzechą, w połowie XVII wieku materiały te nadal były używane ze względu na niską cenę. Wiele domów, zwłaszcza biedniejszych mieszkańców, miało ściany pokryte smołą, która chroniła przed deszczem, ale czyniła budowle bardziej podatnymi na ogień. Typowa londyńska wielopiętrowa kamienica czynszowa miała wystające górne kondygnacje (ang. jetties), które rozszerzały się wraz z kolejnymi piętrami, co sprawiało, że górne piętra budynków stojących naprzeciwko siebie w wąskich uliczkach niemal się stykały, znacząco zwiększając zagrożenie pożarowe. W 1661 roku Karol II wydał zakaz budowania wystających okien i rozszerzania budynków ku górze, ale był on w większości ignorowany.

Rok wielkiej zarazy - 1665
Panika w mieście narastała już wcześniej. W 1665 roku Londyn nawiedziła epidemia dżumy, która przywędrowała z Europy. Szerzyła się przede wszystkim w biedniejszych dzielnicach, a na dżumę zmarło co najmniej 15 procent populacji Londynu. Oficjalnie odnotowano 68 596 przypadków śmiertelnych. Szczyt choroby przypadł na wrzesień 1665 roku, kiedy zmarło ponad 7 tysięcy londyńczyków. Wielu zamożniejszych mieszkańców pouciekało z miasta, a dwór i parlament rezydował w Oxfordzie. Fakt, że dżuma zbiegła się rok po roku z wielkim pożarem, sprawił, że Londyńczycy mieli powód, by uważać to za prawdziwy dopust boży.
Początek pożaru
W nocy z 1 na 2 września 1666 roku, kilka minut po północy, w piekarni Thomasa Farrinora przy ulicy Pudding Lane zaprószono ogień. Prawdopodobnie jego służąca zapomniała wieczorem wygasić jeden z pieców używanych do wyrobu chleba. Iskierki z tlącego się pieca podpaliły leżące obok drewno opałowe. Farrinor wraz z rodziną zdołał uciec z budynku, przeskakując z okna na piętrze do sąsiedniego domu. Nie udało się to służącej Farrinorów, która bała się wysokości i zginęła w płomieniach, będąc zarazem pierwszą ofiarą wielkiego pożaru.

Brak szybkiej reakcji
Sąsiedzi piekarza próbowali pomóc w ugaszeniu pożaru, ale bez skutku. Przybyli na miejsce konstable orzekli, że należy jak najszybciej wyburzyć sąsiednie domy, by powstrzymać rozwój pożaru. Jednak ówczesny lord major Londynu, sir Thomas Bloodworth, zwlekał z wydaniem decyzji o rozbiórce budynków. Uważa się, że Bloodworth nie miał kwalifikacji do objęcia tego stanowiska, brakowało mu doświadczenia i zdolności przywódczych. Kiedy okazało się, że musi pod presją podjąć ważną decyzję, spanikował, rzucił często cytowaną odpowiedź: „Mogłaby to zasikać jakaś kobieta” i odszedł. Wyburzenie większych budynków zarządzono dopiero w niedzielę w nocy, ale do tego czasu wiatr zamienił już pożar w burzę ogniową, wobec której zastosowanie takich środków było nieskuteczne.
Rozwój i przebieg pożaru
Lato było gorące i suche, a do tego silny wiatr podsycał płomienie, sprzyjając rozprzestrzenianiu się ognia. Płomienie z piekarni wydostały się na zewnątrz, podpalając słomę w pobliskich stajniach, później strawiły gospodę, skąd rozprzestrzeniły się na całą Thames Street. Tam nadrzeczne magazyny były wypełnione łatwopalnymi materiałami, takimi jak łój na świece, olej do lamp, spirytus i węgiel. Składy zapaliły się lub eksplodowały, zamieniając nadal stosunkowo niewielki pożar w niekontrolowany żywioł. Pobliscy mieszkańcy porzucili wiadra z wodą, widząc, że ich wysiłki idą na marne, i ruszyli do swych domów, by ratować rodziny i dobytek.
Relacje świadków - Samuel Pepys
Wybuch Krakatau. Najgłośniejsza katastrofa w dziejach "Dziennik Samuela Pepysa" jest jednym z najcenniejszych dokumentów na temat Wielkiego Pożaru Londynu. Angielski urzędnik państwowy Samuel Pepys (1633-1703) relacjonował przebieg pożaru w swoich dziennikach. Początkowo nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów katastrofy, oceniając pożar jako odległy. Dopiero gdy wypłynął łodzią na Tamizę, by ocenić rozmiary pożaru, naprawdę się przeraził. Pisał: „Wszyscy usiłowali ratować swoje dobro: biedni ludzie trzymali się domów, aż póki nie zajęły się ogniem, a wtedy rzucali się do czółen albo tłoczyli się biegając od jednych schodów nad Rzeką do drugich”.
Pepys udał się natychmiast do króla Karola II, by powiadomić go o kataklizmie. Poruszony Karol II rozkazał burzyć domy bez wahania, nie oglądając się na protesty mieszkańców, byle tylko zatrzymać pochód ognia. Mimo to, ze względu na silny wiatr ogień szybko się rozprzestrzeniał; do niedzielnego popołudnia ludność porzuciła wysiłki mające na celu jego ugaszenie i zaczęła uciekać. W poniedziałek 3 września większość nabrzeża była zniszczona. Ogień strawił również kamienice postawione na London Bridge i byłby zapewne dosięgnął drugiego brzegu rzeki, gdyby nie fakt, że jakaś część mostu była niezabudowana, co zadziałało jak naturalna bariera.

Zagrożone obszary
Pożar, zatrzymany z jednej strony przez Tamizę, zaczął szaleć w częściach City położonych na zachód i północ od rzeki. Płomienie podeszły pod najbogatszą część dzielnicy, gdzie swoje rezydencje mieli zamożni kupcy, gdzie stały ekskluzywne sklepy oraz instytucje handlowe i finansowe. W poniedziałkowe popołudnie przy Lombard Street zaczęły płonąć domy bankierów, którzy w pośpiechu rzucili się do ratowania złotych monet. Zagrożone były m.in. budynki Royal Exchange, w którym mieściła się siedziba giełdy i centrum handlowe, oraz sklepy z luksusowymi towarami przy Cheapside. Royal Exchange zajęła się ogniem późnym popołudniem, w ciągu kilku godzin zamieniając się w „spaloną skorupę”.
We wtorek 4 września o świcie Samuel Pepys zakopał w ogrodzie parmezan i wino, a pożar, podsycany przez silny wiatr, osiągnął swe apogeum niszcząc rozległe zachodnie obszary City. Spłonęła także zabytkowa katedra św. Pawła, którą uważano za bezpieczną z racji grubych kamiennych murów. Stała się ona tymczasowym kryzysowym magazynem dla drukarzy i księgarzy. Ogień zaczął podpełzać w stronę Tower, mimo wiatru pchającego płomienie w przeciwnym kierunku. Wojskowa załoga budynku stwierdziła, że nie może czekać na strażaków i musi sama zapewnić bezpieczeństwo sobie i kilkuset tonom prochu. Użycie prochu pomogło im w realizacji celu.
Łuna wielkiego pożaru była widoczna z odległości 45 kilometrów. Pożar osłabł dopiero 5 września, kiedy wiatr ustał, a 6 września opanowano go. Pełne wygaszenie głównych pożarów zajęło jeszcze dwa dni, choć niektóre miejsca tliły się nawet do kilku miesięcy.
Metody walki z ogniem
W 1666 roku Londyn nie posiadał zorganizowanej straży pożarnej. Jedyną służbą przeciwpożarową były ochotnicze brygady obywateli, wzywanych w razie niebezpieczeństwa przez kościelne dzwony. Metody gaszenia pożarów w tamtych czasach polegały na tworzeniu sąsiedzkich brygad uzbrojonych w wiadra z wodą i prymitywne pompy. Każda parafia była prawnie zobowiązana do posiadania wyposażenia niezbędnego do akcji gaśniczej: drabin, skórzanych wiader, toporów i „haków przeciwpożarowych” pozwalających na rozebranie budynku.
Dostęp do wody był możliwy z systemu wiązowych rur zaopatrujących domy z wieży ciśnień na Cornhill oraz ze zbiornika wody źródlanej w Islington. Miejsce wybuchu pożaru znajdowało się również blisko Tamizy. W teorii uliczki biegnące od płonącej piekarni do brzegu Tamizy powinny zostać obstawione dwoma sznurami gaśniczych, jeden przekazywałby wiadra z wodą, a drugi puste do ponownego napełnienia. Tak się jednak nie stało, ponieważ mieszkańcy spanikowali i uciekli zamiast przystąpić do akcji gaśniczej.
Ówczesne pożarnictwo dysponowało prymitywnymi wozami pożarniczymi na kołach lub saniach, jednak ze względu na swoje gabaryty i brak węży doprowadzających miały ograniczony zasięg i były nieoperatywne - na miejsce pożaru często docierały za późno. Z tego powodu bardziej użyteczne były haki przeciwpożarowe, a także metoda wyburzania budynków, czasem za pomocą kontrolowanej detonacji prochu strzelniczego, w celu stworzenia pasów przeciwpożarowych. Ta metoda zaczęła być stosowana na dużą skalę dopiero pod sam koniec pożaru.
London fire brigade FIU documentary
Skala zniszczeń i ofiary
Wielki Pożar Londynu przyniósł przede wszystkim ogromne straty materialne. Ogień zniszczył powierzchnię około 300 akrów, czyli prawie 2/3, a około połowę miasta. Spłonęło ponad 13 tysięcy domów (niektóre źródła podają 13,2 tysiąca lub 13,5 tysiąca), prawie 90 kościołów parafialnych (87), dziesiątki budynków użyteczności publicznej, w tym ratusz (Guildhall), giełda królewska (Royal Exchange) i Katedra św. Pawła, a także trzy bramy miejskie. Nawet 200 tysięcy osób mogło stracić dach nad głową lub miejsce zarobku.
Paradoksalnie, kataklizm przyniósł niewiele ofiar śmiertelnych - oficjalnie odnotowano tylko sześć, a inne źródła podają, że zginęło zaledwie 16 osób. Niewątpliwie nie jest to pełna liczba, ale szacunki różnią się między sobą. Niektórzy wyliczyli, że mogło to być nawet 3 tysiące osób, które mogły doszczętnie spłonąć, umrzeć z zaczadzenia lub wychłodzenia w obozach dla pogorzelców. Pożar okazał się jednak bardziej katastrofalny dla domów i dobytku mieszkańców. Straty miasta szacowano na około 10 milionów funtów.
Paradoksalny efekt: koniec dżumy
Jedno z popularnych w Anglii przekonań na temat Wielkiego Pożaru dotyczy paradoksalnie dobroczynnego wpływu katastrofy na wygaszenie epidemii dżumy. Niemal całkowite zniszczenie dzielnicy, której warunki były idealne do przenoszenia zarazków (szczury, nieczystości, ciasna zabudowa), było postrzegane przez niektórych jako skuteczna, choć przypadkowa, metoda na zniszczenie pozostałych gdzieniegdzie ognisk zarazy. W płomieniach zginęła znakomita większość miejskich szczurów, odpowiedzialnych za trwającą od roku epidemię dżumy.
Odbudowa miasta
W ciągu kilku dni król Karol II przystąpił do odbudowy swojej stolicy. Był to ogromny projekt, do którego zatrudniono najlepszych architektów. Powstały trzy główne plany przebudowy, z których żaden nie został jednak zaakceptowany. Wynikało to z praw własności, które bardzo utrudniały dowolne zmiany w strukturze ulic. Zachowano więc średniowieczny plan, stawiając na subtelniejsze zmiany.
Prace nadzorował sir Christopher Wren, który zaprojektował nową katedrę św. Pawła i dziesiątki mniejszych, nowych kościołów rozmieszczonych wokół niej. Gotyckie strzeliste wieże Wren zastąpił widoczną z daleka ogromną kopułą. Odbudowa trwała przez następne 20 lat.
Aby zapobiec przyszłym pożarom, wprowadzono tzw. Rebuilding Act z 1667 roku, który zakazywał budowania z innych materiałów niż cegła i kamień. Zabroniono również budowania pięter wystających poziomo za pierwszą kondygnację. Wąskie uliczki zostały zakazane, a istniejące ulice poszerzone. Zapewniono lepszy dostęp do wody na każdej ulicy, żeby każdy pożar można było na miejscu ugasić. Dzięki wprowadzonym zmianom udało się uniknąć nie tylko podobnych pożarów, ale Londynu nigdy nie nawiedziła już epidemia dżumy na taką skalę jak w 1665 roku.

Rozwój pożarnictwa
Dopiero po katastrofie, w 1667 roku, Nicholas Barbon założył pierwszą przeciwpożarową firmę ubezpieczeniową: The Fire Office. Firma ta zatrudniała własnych strażaków, którzy gasili pożary w budynkach ubezpieczonych przez nią. Inne firmy ubezpieczeniowe szybko poszły w jej ślady, tworząc własne brygady pożarnicze. Budynki ubezpieczone były oznaczane metalowymi tabliczkami z emblematem firmy, co pozwalało strażakom zidentyfikować, które nieruchomości są objęte ochroną. System ten miał jednak swoje ograniczenia, gdyż strażacy często ignorowali pożary w budynkach nieubezpieczonych przez ich firmę.
W 1833 roku dziesięć niezależnych brygad ubezpieczeniowych połączyło siły, tworząc London Fire Engine Establishment (LFEE) pod kierownictwem Jamesa Braidwooda. Dopiero tragiczny pożar na Tooley Street w 1861 roku, w którym zginął Braidwood, spowodował, że rząd brytyjski przejął odpowiedzialność za ochronę przeciwpożarową. To, co początkowo było symbolem bezsilności wobec żywiołu, przekształciło się w impuls do opracowania skutecznych narzędzi i instytucji chroniących ludzkie życie i mienie.
Upamiętnienie i dziedzictwo
W latach 1671-1677, w pobliżu źródła katastrofy, wzniesiono kolumnę upamiętniającą Wielki Pożar Londynu, nazwaną „Monument” (The Monument). Zaprojektował ją architekt króla Karola II, sir Christopher Wren. Kolumna ma 62 metry wysokości i stoi 62 metry od miejsca, gdzie wybuchł pożar, a gdzie wówczas stał kościół św. Małgorzaty, który spłonął jako jeden z pierwszych budynków. Znajdują się na niej płaskorzeźby, które opowiadają historie pożaru. Kolumna stanowi wspaniały punkt widokowy, z którego można podziwiać Tamizę, Tower Bridge i katedrę św. Pawła. Taras wieży otoczony jest kratą pokrytą metalową siatką ze względów bezpieczeństwa, po tym jak kolumna zaczęła przyciągać osoby, które rzucały się w dół.

Teorie spiskowe i symbolika
Wielki Pożar Londynu, choć oficjalnie rozpoczął się od domu piekarza, owiany jest wielką tajemnicą i wielu doszukuje się w nim teorii spiskowych. Jeden z napisów na The Monument głosi, że wielki pożar spowodowała „ręka Boga, wielki wiatr i bardzo sucha pora”. Inny, usunięty w 1830 roku, informował natomiast, że za pożar odpowiedzialna jest… „zdrada i złośliwość frakcji papieskiej”.
Ze względu na liczbę 666 w dacie (tzw. liczbę Antychrysta), niektórzy utrzymywali, że Londyn został podpalony z premedytacją i podejrzewano o to tajne stowarzyszenia wolnomularskie. Według tej teorii, kolumna oddalona jest o 61 metrów od miejsca, gdzie rozpoczął się pożar, czyli tyle, ile wynosi jej całkowita wysokość. Widzą w tym zawartą przez budowniczych tajemną symbolikę, ponieważ dotykając ona swoim wierzchołkiem miejsca, w którym rozpoczął się pożar, stała się symbolem pochodni niosącej światło poznania dobra i zła. Dokładnie 40 lat od jej wybudowania, 24 czerwca 1717 roku, założono Wielką Lożę Londynu (Grand Lodge of London).
W 1986 roku londyńscy piekarze przeprosili burmistrza Londynu za podpalenie miasta. Członkowie Worshipful Company of Bakers zebrali się na Pudding Lane i odsłonili tablicę potwierdzającą, że jeden z nich, Thomas Farrinor, był winny spowodowania wielkiego pożaru w 1666 roku.
Wielki Pożar Londynu w kulturze i edukacji
Wielki pożar znalazł odzwierciedlenie w literaturze i sztuce. Zainspirował ówczesnych twórców - poetów i malarzy, którym płonący Londyn kojarzył się ze spektakularnymi biblijnymi i mitologicznymi pożarami miast. Interpretowali go jako karę boską za grzechy mieszkańców (na wzór biblijnej Sodomy), porównywali do zniszczenia Kartaginy, Rzymu z czasów Nerona czy homeryckiej Troi.
Dziś historia Wielkiego Pożaru Londynu jest również wykorzystywana w edukacji i grach. Istnieje gra planszowa "The Great Fire of London 1666", która pozwala graczom wcielić się w role zamożnych włościan, rywalizujących o wpływy i ratujących swój dobytek, a czasem celowo poświęcających nieruchomości rywala. Plansza gry przedstawia mapę XVII-wiecznego miasta, podkreślając kluczowe historyczne miejsca zagrożone lub strawione przez ogień. Pozwala to na lepsze prześledzenie procesu rozprzestrzeniania się ognia, co stanowi cenne uzupełnienie lektury opracowań historycznych. Inna gra, "Londyn" autorstwa Martina Wallace’a, skupia się na odbudowie miasta po pożarze, oferując graczom możliwość kształtowania nowej wizji metropolii.