W Kiełkowie (gmina Siedlec) rozgorzał konflikt między wsią a jednym z gospodarstw. Spór wybuchł na tle rozpoczętej w nim hodowli "amerykańskich" świń.

Początki i przyczyny sporu
Konflikt wybuchł, ponieważ pan Koszela powiedział, że pokaże, jak się gospodaruje, co spotkało się z niezadowoleniem mieszkańców. Pani sołtys Małgorzata Nawracała dokłada informację o amerykańskich świniach, które stały się zarzewiem konfliktu.
Rolnicy z Kiełkowa wyrażali obawy przed "obcą firmą, która chce nas wykończyć jako gospodarzy i hodowców trzody". Wskazywali, że na 61 numerów, 50 rolników żyje ze świń. Według dyżurnych, Amerykanów stać na to, aby dopłacać do produkcji trzody chlewnej, tylko po to, żeby wykończyć miejscowych hodowców, a następnie dyktować ceny. Pani sołtys Nawracała rysowała czarny scenariusz: "On wziął kredyty, zapewne u tych Amerykanów. Jeśli ich nie spłaci, pójdzie z torbami i pewnie sobie stąd wyjedzie. A Amerykanie zajmą jego gospodarstwo i zaczną hodować świnie, które nas wykończą!"
Z kolei Małgorzata Koszela odpowiadała: "Myślę, że tu wcale nie idzie o świnie, tylko chcą zniszczyć nasze gospodarstwo. Konflikt ze wsią zaczął się dwa lata po naszym ślubie, przeszło 20 lat temu."
Rola remizy OSP i działania mieszkańców
Remiza ochotniczej straży pożarnej stanowiła dyżurny punkt obserwacyjny w czasie trwania konfliktu. Remiza sąsiaduje przez płot z gospodarstwem Małgorzaty i Piotra Koszelów. Mieszkańcy parami pilnowali wjazdu do sąsiedniego gospodarstwa. "Blokadę zaczęliśmy 4 marca" - przypomina jeden z dyżurnych, siedzących na krzesełkach przed remizą strażacką. Przez długie wiosenne tygodnie wiejscy dyżuranci mieli na oku gospodarstwo Koszelów, a przy okazji życie rodziny. To dlatego rolnicy z Kiełkowa pełnili dwuosobowe dyżury w remizie, pilnując dojazdu do Koszelów. Na poboczu cały czas stały przyczepy, gotowe do blokady gospodarstwa Koszelów.
Pierwszą akcją było odprawienie ciężarówki z paszą. "Na fakturze stało, że to dla firmy Farm Kiełkowo, a przecież u nas takiej nie ma" - opowiada pani sołtys. Mediatorem był wtedy wicewójt Hieronim Birk, który stanął między policją a rolnikami. Kierowca zawrócił. Dyżury jednak trwały, bo w połowie kwietnia do Koszelów miał trafić kolejny transport, tym razem prosiąt.

Stanowisko rodziny Koszelów i interwencje władz
Małgorzata i Piotr Koszelowie znaleźli się w trudnej sytuacji. "Psychicznie jesteśmy zryci" - mówi M. Koszela. "Zaczęto nas obrażać, wchodzić na posesję, wtrącać się do prywatnego życia i grozić" - opowiada P. Koszela. - "Trzeba było skorzystać z pomocy policji." Państwo Koszelowie uważali, że ich prawa obywatelskie są ograniczane, ponieważ inni hodowcy mogą współpracować, z kim chcą, a im nie wolno. Zawiadomili policję, argumentując: "I tak długo wytrwaliśmy. Obserwowaliśmy działania urzędu i sąsiadów, ale nasza cierpliwość się skończyła. Zawiedliśmy się na władzach."
Prosięta wjechały do Koszelów "pod eskortą" wójta Adama Cukiera. Wójt Cukier, choć rozumie rolników, musiał stanąć po stronie prawa. "Stałem i słyszałem, jak za moimi plecami się gotuje, jak lecą joby, jak padają zdania: 'niech ktoś walnie tego łysego ch...'" - relacjonował wójt. W końcu pokazał mieszkańcom dokument, potwierdzający, że gospodarstwo spełnia weterynaryjne i budowlane wymogi, aby hodować świnie. Prosiaki wjechały, ale chów zaczął się z opóźnieniem z powodu dwumiesięcznej blokady, co naraziło Koszelów na straty finansowe i zszargane nerwy.
KOMPROMITACJA W DESZCZU! Kierwiński i Hennig-Kloska uciekają przed pytaniami? | A. Klarenbach
Incydenty i zarzuty karne
Do Koszelów miał trafić kolejny transport prosiąt, o którego przyjeździe wiedzieli wójt i powiatowy lekarz weterynarii, nie mając zastrzeżeń. Kiedy samochód wjechał na podwórze Koszelów, wtargnęli tu też rolnicy. "Odgrażali się" - mówią Koszelowie. Wystraszony kierowca wskoczył do szoferki i odjechał z towarem. Małgorzata Koszela apelowała na sesji rady gminy do wójta i radnych o uznanie jej praw obywatelskich, obawiając się, że dyżurujący nie wpuściliby na jej podwórze nikogo, kogo by podejrzewali.
Policja postawiła dziewięciu mieszkańcom zarzuty popełnienia przestępstwa: naruszenia miru domowego oraz stosowania gróźb karalnych - informuje Mirosław Miętus z policji w Wolsztynie. Piotr Koszela podkreślał: "Nie chcemy nikomu wyrządzać krzywdy, ale nie możemy też pozwolić, by obrzucano nas błotem."
Społeczne aspekty konfliktu i jego echo
Rolnicy przed remizą podawali inne powody niezadowolenia. Twierdzili, że pomagali Koszelom, pożyczając traktor, przyczepę, pracując przy murarce obór, ale pan Koszela ich zwodził, mówiąc, że buduje pokój z kuchnią czy dwa pokoje. Krytykowali też jego styl życia: "Patrz pan, teraz jest pora na roboty w polu, a Koszela ze trzy razy dziennie samochodem przez wieś śmiga. A co, samochód na wodę?" - dorzucał ktoś. - "Bywało, że w środku żniw wyjeżdżał na wakacje." Mieszkańcy podkreślali, że ciężko pracują od dziecka, dlatego nie dadzą sobie zabrać tego, co ich, a obcy kapitał jest im niepotrzebny, gdyż i tak mają nadprodukcję.
Wśród mieszkańców panowało przekonanie, że "walczą o swoje, nie oglądając się na prawo". Niektórzy komentowali także wcześniejsze pomysły P. Koszeli, takie jak uprawianie pieczarek czy boczniaków, a także posiadanie porodówki dla świń, twierdząc, że "nic mu nie wyszło".
Nie wszyscy jednak myśleli podobnie. Nawet niektórzy dyżurni uważali, że Koszela ma rację i dyżurowali "dla świętego spokoju". Sprawą zainteresowały się zagraniczne media, w Kiełkowie była dziennikarka amerykańska. Ponoć nawet w Brukseli Kiełkowo nie schodzi z ust, jak podpowiadają dyżurni.