Tragedia w Koszalinie: Pożar w escape roomie i walka o sprawiedliwość

Dnia 4 stycznia 2019 roku w Koszalinie doszło do tragicznego pożaru w escape roomie „To Nie Pokój” przy ul. Piłsudskiego. W wyniku zatrucia toksycznymi gazami pożarowymi zginęło pięć 15-letnich nastolatek: Julka, Wiktoria, Karolina, Małgosia i Amelka. To wydarzenie wstrząsnęło całą Polską, wywołując żałobę narodową i rozpoczynając intensywne dyskusje o bezpieczeństwie w obiektach rozrywkowych.

Thematic photo of an escape room or a fire scene

Przebieg tragicznych wydarzeń

Tragedia rozegrała się podczas urodzinowej zabawy. Pięć młodych dziewcząt, nierozłącznych przyjaciółek, świętowało w lokalu urodziny jednej z nich. Nagle, około godziny 17, wybuchł pożar. Ogień pojawił się w pomieszczeniu, w którym znajdował się popularny escape room - forma rozrywki, gdzie uczestnicy są zamykani i muszą rozwiązywać zagadki, aby opuścić pokój.

Ostatnie chwile i rozpaczliwe wołanie o pomoc

Nastolatki miały świadomość zagrożenia i do ostatniej chwili próbowały wydostać się z płonącego escape roomu. Uderzały pięściami w drzwi, krzyczały i wzywały pomocy. Jedna z nich, 15-letnia Wiktoria, przed śmiercią zdołała dodzwonić się do swojego ojca, Adama Pietrasa. „Tata! Pożar!” - wykrzyknęła do telefonu. Później zapadła cisza. Ojciec Wiktorii, będąc na linii, pytał, co się pali i gdzie, próbował udzielać instrukcji: „jak jest woda, polejcie sobie twarze, połóżcie się na podłodze, szukajcie drogi wyjścia, starajcie się jak najspokojniej oddychać”. Mężczyzna z telefonem przy uchu dojechał na miejsce, gdzie zastał strażaków i policję, ale przede wszystkim - przerażającą ciszę.

Podobnie traumatyczne doświadczenia przeżyli inni rodzice. Artur Barabas, ojciec Karoliny, dowiedział się o śmierci córki od żony, gdy pracował w Hamburgu. Natychmiast ruszył do Koszalina. Wspominał przed sądem, jak w prosektorium ostrzeżono ich przed identyfikacją zwłok, że wygląd córki może się różnić. Zobaczył swoje dziecko w czarnym worku, stwierdzając, że ciało nie było poparzone, widoczne były tylko „kilka czerwonych plam”.

Jarosław Pawlak, ojciec Julki, dowiedział się o śmierci córki, jadąc samochodem. Wcześniej, w dniu tragedii, Julka dzwoniła do niego, mówiąc: „Hej, superstary!” i opowiadając o szóstce z matematyki. Mężczyzna pamięta, że roześmiał się na to określenie. Trzy godziny później Julka już nie żyła. Rodzice zarzucają, że media dowiedziały się o śmierci dziewczynek wcześniej niż oni. Na nagraniach z miejsca zdarzenia widać moment, gdy strażak przerywa wywiad, by przekazać tragiczną wiadomość zgromadzonym rodzicom, po czym ciszę rozrywa krzyk rozpaczy.

Photo showing the crowd at the funeral service

Uroczystości pogrzebowe

Uroczystości pogrzebowe pięciu nastolatek odbyły się 10 stycznia 2019 roku. Na cmentarzu komunalnym w Koszalinie zebrało się blisko 3 tysiące osób. Podczas mszy świętej, którą obserwowały tysiące osób zgromadzonych przed kościołem na telebimach, ksiądz Wojciech Pawlak, który uczył dziewczynki religii, przekazał, że Ojciec Święty wspiera ich modlitwą. Najbardziej poruszające były słowa ojca jednej z dziewczynek: „Nasza rodzina to zawsze będzie pięć osób, w tym ty”. Rodzice, dziękując za obecność, poprosili, aby tego dnia nie składać im kondolencji. Dziewczynki spoczęły obok siebie na koszalińskim cmentarzu.

Śledztwo i proces sądowy

Tragiczna historia wciąż budzi wiele emocji i pytań dotyczących bezpieczeństwa, działań służb ratunkowych oraz odpowiedzialności oskarżonych. Śledztwo w sprawie katastrofy w escape roomie w Koszalinie, które pochłonęło życie pięciu nastolatek, trwało kilka lat, zanim ruszył proces sądowy.

Oskarżeni i zarzuty

14 grudnia 2021 roku rozpoczął się proces przed Sądem Okręgowym w Koszalinie. Na ławie oskarżonych zasiedli: organizator escape roomu Miłosz S., jego babcia Małgorzata W., matka Beata W. oraz pracownik Radosław D. Wszyscy stawiani są przed zarzutem umyślnego stworzenia niebezpieczeństwa wybuchu pożaru i nieumyślnego doprowadzenia do śmierci pięciu dziewcząt. Dla ochrony, Miłosz S. przyszedł na salę sądową w kominiarce i w eskorcie policjantów z długą bronią, wprowadzony bocznymi drzwiami. Środki bezpieczeństwa, na które zgodziła się sędzia Sylwia Dorau-Cichoń, miały zapewnić mu bezpieczeństwo, ponieważ obawiał się samosądu.

Oświadczenie Miłosza S.

Miłosz S., po raz pierwszy od tragedii, zabrał głos podczas pierwszej rozprawy. Nie przyznał się do winy i odmówił odpowiadania na pytania, zamiast tego odczytując przygotowane wcześniej oświadczenie długie na 31 stron. Jego odczytywanie zajęło cały pierwszy termin rozprawy i część kolejnego. Opowiadał w nim o swojej pasji do escape roomów, szkoleniach i świetnym przygotowaniu, podkreślając, że stworzył miejsce, które miało dawać rozrywkę. Stwierdził, że w lokalu był stały monitoring wizyjny, zakupiono dwie apteczki, zlecono kupno i instalację czujek czadu oraz zlikwidowanie pieca typu koza. Zaznaczył, że nie montował krat w oknach, a te, które były, należały do właścicielki budynku. Twierdził również, że poza brakiem klamek, w drzwiach nie było dodatkowych zabezpieczeń, a same drzwi można było wyważyć. Pomimo tego, nazwał tragedię w escape roomie „swoją osobistą Golgotą”, dodając: „Wiele razy zastanawiałem się, jak mógłbym zwrócić się do pozostających w żałobie, ale nie mogłem znaleźć słów pocieszenia i prośby o wybaczenie. Z tą tragedią pozostanę do końca życia. Myśl o tym wydarzeniu będzie moją osobistą Golgotą. Oczekuję od sądu sprawiedliwej oceny mojego zachowania. Może być różna od mojej własnej.” Dodał, że nie dopuścił się żadnych uchybień.

Wielogodzinne oświadczenie Miłosza S. zostało przez rodziców dziewczynek nazwane „obłudą i torturą psychiczną”. Ojciec Wiktorii, Adam Pietras, stwierdził, że oskarżony „stworzył miejsce, które stało się miejscem śmierci dla córki i jej przyjaciółek. Jakie trzeba mieć w sobie pokłady zła, żeby powiedzieć nam, że dziewczynki zginęły, bo nie umiały wyjść z pomieszczenia. Chyba wciąż nie rozumie, że to nie było ich zadanie. A jakby umiały wyjść, to by wyszły.”

Wyjaśnienia pozostałych oskarżonych

Do winy nie przyznały się również matka i babcia oskarżonego, odmawiając składania wyjaśnień. Beata W. stwierdziła: „Moją jedyną winą jest to, że czasami pomagałam swojemu dziecku w prowadzeniu działalności.”

Radosław D., pracownik escape roomu, również nie przyznał się do winy, twierdząc, że robił wszystko, by uratować dziewczynki. Nie było go w budynku w momencie wybuchu pożaru, ponieważ poszedł do sklepu, aby rozmienić pieniądze. Powinien był w tym czasie być w pokoju z monitoringiem. Kiedy wrócił, usłyszał syczenie, a chwilę później nastąpił wybuch butli z gazem. „Dostałem ogniem w twarz, wybiegłem z pomieszczenia, by zawołać pomoc. Chciałem wrócić, ale płomienie były tak duże, że nie dałem rady. Płomień uderzył mnie w twarz - to wersja Radosława D., którą przedstawia przed sądem. - To dla mnie wielka trauma. W tamtej chwili nie wiedziałem, co robić. Zrobiłem, co mogłem” - dodał. Jego wyjaśnienia były przerywane głosami rodziców: „Nie było cię tam!”, „dziewczynki nie żyją!”, a także płaczem matek nastolatek. Jeden z ojców powiedział: „Ten dramat przeżywamy na nowo.”

Court Cam: Best of Season 7 - Courtroom Chaos & Outbursts - Part 1 | A&E

Wątpliwości i oskarżenia rodziców wobec służb i śledztwa

Rodziny ofiar nie przestają domagać się sprawiedliwości i dokładnej analizy działań służb ratunkowych oraz prześwietlenia procesu śledczego. Wciąż toczy się odrębne śledztwo dotyczące akcji ratunkowej.

Błędy w akcji ratunkowej i postępowaniu przygotowawczym

Rodzice dziewczynek zwracają uwagę na opóźnienia w śledztwie oraz wątpliwości co do postępowania przygotowawczego. Adam Pietras, ojciec Wiktorii, przytoczył, że na miejsce dojechało ośmiu strażaków, a dwóch weszło do środka, następnie po ośmiu minutach dojechało sześciu strażaków. Stwierdził: „Każda sekunda dla naszych dzieci była ważna, ale ilość sił i środków była niewystarczająca, a kierowanie nimi było nieprawidłowe.”

Wskazują także na braki w zabezpieczeniu miejsca zdarzenia oraz niejasności w przesłuchaniach świadków. Rodzice podkreślają, że niezrozumiałe jest dla nich, dlaczego prokuratura nie zabezpieczyła należycie dowodów w sprawie, w szczególności miejsca zdarzenia i rzeczy, które tam się znajdowały. „Wywiezienie ich na wysypisko śmieci bez należytego zweryfikowania, przyczyniło się do tego, że wiele śladów zostało zatartych. Dopiero z naszej inicjatywy część z nich została odzyskana” - wylicza jeden z rodziców.

Rodzice nastolatek nie rozumieją również, dlaczego w pierwszym etapie śledztwa prokuratura uznała Radosława D. za pokrzywdzonego, podczas gdy początkowo media informowały o jego „bohaterskiej postawie”. Lista zarzutów jest znacznie dłuższa, obejmując m.in. opieszałość prokuratury w kwestii przesłuchania policjantów. Determinacja rodziców w wyjaśnieniu okoliczności tragedii nie słabnie, a ich działania mają na celu przypomnienie o niespełnionej sprawiedliwości i zapewnienie godności pamięci ich ukochanych dzieci.

Konsekwencje tragedii i nowe wymogi bezpieczeństwa

Po tragicznym pożarze w Koszalinie w całym kraju rozpoczęły się kontrole escape roomów pod kątem bezpieczeństwa, zapowiedziane przez premiera Mateusza Morawieckiego. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji zapowiedziało wprowadzenie nowych wymogów, aby podobna sytuacja już nigdy się nie powtórzyła. Celem było zapewnienie, że wszystkie obiekty rozrywkowe będą spełniać rygorystyczne normy bezpieczeństwa, co ma chronić życie i zdrowie ich uczestników.

tags: #onet #pozar #w #escape #roomie #zadzwonila