W obliczu zagrożenia pożarowego często świadkami jesteśmy heroicznych czynów, zarówno ze strony dorosłych, jak i dzieci. Poniższe przypadki pokazują, jak szybka reakcja, odwaga i wzajemna pomoc mogą decydować o życiu i śmierci.
Ocalenie matki przez 12-letniego syna w Lutomiersku

W Lutomiersku (woj. łódzkie) błyskawiczna reakcja 12-letniego chłopca ocaliła życie jego mamie, która straciła przytomność w wyniku pożaru w przydomowej kotłowni. Chłopak zachował zimną krew i ruszył po pomoc do sąsiadów. W czasie, kiedy ogień rozprzestrzeniał się, w budynku przebywały dwie osoby: matka i jej 12-letni syn. W pewnym momencie kobieta zaczęła tracić przytomność i nie mogła o własnych siłach opuścić pomieszczenia. Wtedy chłopak zawiadomił sąsiadów, którzy pomogli wydostać ją z płonącego budynku.
Interwencja straży pożarnej i przyczyny pożaru
Na miejsce przybyła straż pożarna. Wyposażeni w kamerę termowizyjną strażacy szybko odkryli, że paliło się drewno składowane w pobliżu pieca centralnego ogrzewania. St. kpt. Michał Kuśmirowski z Komendy Powiatowej PSP w Pabianicach w rozmowie z Polsat News powiedział, że najbardziej prawdopodobną przyczyną pożaru było niezachowanie ostrożności podczas rozpalania w piecu centralnego ogrzewania.
Stan poszkodowanych
W wyniku pożaru do szpitala trafiła 35-latka, jej syn oraz sąsiadka. Po wykonaniu rutynowych badań 12-latka oraz sąsiadkę zwolniono ze szpitala. Najbardziej poszkodowana została matka, która pozostaje pod opieką lekarzy.
Tragedia w Myjomicach: pożar pochłania dwie ofiary

Tragiczny finał pożaru domu jednorodzinnego w Myjomicach (woj. wielkopolskie) przyniósł śmierć niepełnosprawnego 11-letniego chłopca i jego 38-letniej matki. Kobieta zmarła w szpitalu wskutek zatrucia gazami pożarowymi dzień po tym, jak zmarł jej syn.
Przebieg zdarzeń i akcja ratunkowa
Tuż przed godz. 15:00 w piątek policja i straż pożarna w Kępnie zostały zawiadomione o kłębach dymu wydobywających się z domu jednorodzinnego przy ul. Jeżynowej w Myjomicach. Po przyjeździe na miejsce ustalono, że bezoogniowy pożar zaczął się na poddaszu. Rzecznik prasowy kępińskiej straży pożarnej st. kpt. Paweł Michalski powiedział PAP, że "wszystkie znajdujące się tam rzeczy użytkowe zaczęły żarzyć się bez płomienia, wydzielając trujące gazy".
W czasie, kiedy doszło do pożaru, w domu przebywało pięć osób: rodzice z trojgiem dzieci w wieku 1, 4 i 11 lat. 46-letniemu ojcu udało się wynieść z domu najmłodsze dzieci. Kobieta podjęła próbę uratowania kolejnego, niepełnosprawnego dziecka, znajdującego się na poddaszu. Niestety, w tym czasie pożar gwałtownie się rozwinął, a matka i 11-letni chłopiec stracili przytomność. Zostali wyniesieni przez strażaków, lecz mimo trwającej kilkadziesiąt minut reanimacji życia 11-latka nie udało się uratować. Matka została przewieziona do kępińskiego szpitala w ciężkim stanie.
Brak czujek dymu i śledztwo
W domu nie było zamontowanych czujek dymu. Jak powiedzieli strażacy, "pożar rozwijał się niezauważony. Wystarczy parę wdechów gazów pożarowych, które mają silne działanie trujące, żeby stracić przytomność". Na miejscu zdarzenia pracuje grupa dochodzeniowo-śledcza pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Kępnie. Wstępne ustalenia wskazują, że przyczyną pożaru mogła być awaria instalacji fotowoltaicznej.
Pożar w kamienicy na warszawskiej Pradze-Północ: akcja ratunkowa policjantów

Pani Natalia do końca życia nie zapomni potwornych chwil, kiedy w kamienicy przy ulicy Wileńskiej w Warszawie wybuchł pożar. Spała razem z 2-miesięcznym synkiem Nikodemem w mieszkaniu na 5. piętrze. Gęsty dym momentalnie wypełnił kamienicę, odcinając drogę ucieczki.
Wołanie o pomoc i błyskawiczna reakcja
Przerażona kobieta zaczęła krzyczeć o pomoc. Jej wołanie usłyszeli stojący pod kamienicą policjanci - Ola i Bartek, którzy natychmiast ruszyli na ratunek. Funkcjonariusze byli na miejscu jako pierwsi. Przed kamienicą było zamieszanie, ale nikt nie miał odwagi wejść do środka. Policjanci, widząc zapłakaną kobietę z dziećmi, bez żadnych zabezpieczeń wbiegli do zadymionego budynku, narażając swoje życie. "Zapłakana kobieta krzyczała, że ma małe dziecko i że nie ma jak wyjść. Nie mogliśmy pozwolić na to, żeby coś im się stało" - relacjonują policjanci. Pukali do drzwi, krzycząc, że się pali, by ludzie wychodzili. Im wyżej wychodzili, tym było gorzej, a przez otwarte okna nabierali powietrza, by dotrzeć do kobiety z dziećmi.
Ewakuacja matki i dzieci
Hero Cops Save Lives From House Fire
Policjanci znaleźli spanikowaną panią Natalię z synkiem na rękach. Poradzili, by szli za nimi. Policjantka wzięła starszą dziewczynkę (12-letnią Maję, córkę pani Natalii) za rękę i zaczęła z nią schodzić. Za nimi szła kolejna dziewczyna (koleżanka Mai) z psem, a następnie mama z małym dzieckiem. Po opuszczeniu kamienicy wszyscy zostali oddani w ręce ratowników z pogotowia.
Stan Nikodema i podziękowania
Reporter "Faktu" odwiedził panią Natalię w szpitalu. Jej synek Nikodem miał szybki oddech i musiał pozostać pod tlenem na obserwacji. Pani Natalia, wzruszona, powiedziała: "Najważniejsze, że żyjemy. Gdyby nie ta para policjantów, to nie wiem, jakby się to potoczyło". Uważa, że za taką postawę powinna być pochwała i awans.