W sobotę w Łodzi doszło do pożaru opuszczonej kaplicy przy ulicy Żeromskiego, który pochłonął życie 50-letniego mężczyzny. Pożar, który wybuchł o świcie, został ugaszony przez łódzkich strażaków. Na miejscu zdarzenia odnaleziono zwłoki, a jeden z poszkodowanych trafił do szpitala.
Przebieg zdarzeń
Ogień w murowanej kaplicy pojawił się około godziny 5:30 w sobotę nad ranem. Gdy dym zaczął wydobywać się na zewnątrz i szklane szyby pękać od wysokiej temperatury, wezwano strażaków. Dyżurny otrzymał zgłoszenie kwadrans później i natychmiast wysłał ekipy strażaków. Jak podał "Express Ilustrowany", na miejscu pracowało 12 zastępów Państwowej Straży Pożarnej.
Akcja ratunkowa i dramatyczne odkrycia
Po przyjeździe na miejsce część ratowników wbiegła do środka świątyni, której drewniane drzwi były otwarte. Tuż przy wyjściu natknęli się na bezdomnego mężczyznę, który, jak podał "Express Ilustrowany", wskazał, że na piętrze został jego kolega. Jeden ze strażaków usłyszał jęki rannego, który wymagał natychmiastowej pomocy. Strażacy ruszyli mu na pomoc, wbiegając na górę. Niestety, nieprzytomny 50-latek już nie żył. Drugiego z mężczyzn wyprowadzono na zewnątrz i przekazano ekipie pogotowia ratunkowego z objawami zatrucia gazami pożarowymi.

Skutki pożaru i wstępne ustalenia
Ogień udało się ugasić błyskawicznie. Okazało się, że jego zarzewie znajdowało się na piętrze - tam, gdzie przebywali bezdomni mężczyźni. Spaleniu uległ drewniany strop, część dachu i wieżyczki. Ogień zniszczył także zabytkowe wnętrze budowli. Straty oszacowano na 50 tysięcy złotych.
Jak ustalili wstępnie pożarnicy, przyczyną pojawienia się ognia było jego zaprószenie. Obaj bezdomni mężczyźni koczowali w opuszczonym kościele co najmniej od kilku dni i prawdopodobnie oni spowodowali tragiczny pożar.
Problem z zabezpieczeniem obiektu
"Nie ma sposobu na bezdomnych. Wejście było solidnie zabezpieczone, a i tak udało im się wejść do środka" - mówi właścicielka spalonej świątyni, która w sobotę rano liczyła straty i ponownie zabezpieczała wejście.
Kwestia odbudowy zabytków sakralnych w Łodzi
Łódzcy radni chcą wesprzeć odbudowę drewnianego kościoła św. Doroty w Mileszkach, który spłonął 31 sierpnia. Podczas komisji do spraw rewitalizacji radny Włodzimierz Tomaszewski (PiS) przedstawił projekt uchwały w tej sprawie. Zakłada on, że odbudowa kościoła wymaga ze strony samorządu wsparcia, również finansowego.
Wsparcie społeczności i brak funduszy z ministerstwa
"Brałem w tym kościele ślub, chrzciłem dzieci. Mieszkańcy Mileszek byli z nim emocjonalnie związani, dlatego już pierwszego dnia po pożarze zorganizowaliśmy spotkanie w remizie, by ustalić, skąd możemy wziąć środki na odbudowę kościoła" - podkreśla Jerzy Balcerek z rady osiedla Mileszki. Na wsparcie na pewno nie można liczyć ze strony Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, choć z zasady dofinansowuje ono odbudowę zabytków. Kościół św. Doroty był zabytkiem z XVI wieku. Szacuje się, że po pożarze pozostało około 10 procent z kościoła św. Doroty. Dlatego radni z komisji rewitalizacji zamierzają zapoznać się z opinią prawną na temat możliwości sfinansowania odbudowy kościoła.
Ocalałe elementy i wyzwania konserwatorskie
"Liczy, że ocalała druga kamienna chrzcielnica, bo ta, która stała przy ołtarzu, rozsypała się w proch. Była tak wysoka temperatura" - zaznacza ksiądz Janusz Banachowski, proboszcz w Mileszkach. "Pod popiołem może ukrywać się jeszcze wiele przedmiotów. Dlatego ważne jest, by straż miejska nadal pilnowała obiektu. Już pierwszej nocy po pożarze złomiarze szukali czegoś, co mogliby sprzedać." Jerzy Balcerek dodaje, że o ile w weekend do pilnowania terenu kościoła zgłaszają się mieszkańcy Mileszek, o tyle w trakcie tygodnia jest to dla nich trudne. Część wyposażenia kościoła udało się ocalić, to między innymi naczynia i szaty liturgiczne. "Strażacy próbowali ocalić dwie gotyckie rzeźby na ołtarzu, ale nie udało im się, bo były przykręcone i umieszczone wysoko" - podkreśla Szygendowski.
"Na pewno budowa drewnianego kościoła byłaby łatwiejsza. Zresztą, dysponujemy bogatą dokumentacją inwentaryzacyjną kościoła z lat 70., co na pewno ułatwiłoby prace projektowe" - zaznacza Wojciech Szygendowski. Jednak decyzję o tym, czy kościół św. Doroty w Mileszkach odbudować i z jakiego materiału, może podjąć tylko arcybiskup.
Inne łódzkie zabytki i ich losy
Kościół w Mileszkach uchodził za najstarszy budynek w Łodzi. Jednak podczas wczorajszej komisji rewitalizacyjnej archeolodzy podkreślali, że z XVI wieku pochodzą też pozostałości Wójtowskiego Młyna, który stanowił część folwarku Scheiblera. Na jego renowację również potrzebne są środki. Wójtowski Młyn to część Księżego Młyna, choć została od niego oddzielona aleją Śmigłego-Rydza. Znajduje się nad rzeką Jasień. W latach 2008-2014 prace archeologiczne prowadził tam Zbigniew Rybacki. W miejscu młyna z XVI wieku stanęła przędzalnia Wendischa, którą wybudowano w latach 1826-1827. Scheibler przejął ten teren w 1872 roku. Obszar Wójtowego Młyna składa się z pięciu działek. Jedna o powierzchni 1 ha należy do miasta, a pozostałe cztery są w wieczystym użytkowaniu. Budynek na miejskiej działce jest w złym stanie. Jego dach może się zawalić najbliższej zimy. Radni z komisji rewitalizacyjnej rozważą zabezpieczenie środków na remont obiektu, którym zarządza AZK Widzew.
Wspomnienia o pożarze łódzkiej katedry z 1971 roku

"Pamiętam, że był to wtorek" - wspomina ksiądz biskup Ireneusz Pękalski. "Wyszliśmy z kolegami po kolacji na boisko seminaryjne, wówczas ktoś z nas zauważył, że z małej wieży naszej katedry zaczyna wydobywać się stróżka czarnego dymu. Trwało to chwilę. Potem nastąpił trzask, wybuch i płomienie ukazały się na całym dachu katedry." W najbliższą sobotę minie dokładnie 48 lat od pamiętnego wtorku - 11 maja 1971 roku, kiedy to w godzinach popołudniowych miał miejsce pożar katedry św. Stanisława Kostki w Łodzi.
Dramatyczne chwile i bohaterskie postawy
Pożar rozpoczął się w czasie lub tuż przed nabożeństwem majowym, które w tym dniu celebrował - nieżyjący już profesor WSD w Łodzi - ksiądz Piotr Rycerski. "Ludzie uczestniczący w nabożeństwie, nie zdawali sobie sprawy, że katedra płonie. Dopiero w tym momencie kiedy urwał się jeden z żyrandoli, spadł i roztrzaskał się - wówczas zorientowano się, że coś się dzieje. To co zrobił ksiądz Rycerski, to podszedł i wziął Najświętszy Sakrament i wyniósł Go z katedry."
"Gdy tylko dowiedziałem się o pożarze wybiegłem z seminarium i udałem się pod katedrę" - tłumaczy ówczesny wicerektor WSD. "Przyjechały dwa bardzo mikre wozy strażackie z drabinami sięgającymi do drugiego - trzeciego piętra. Zapytałem czy w ten sposób chcą gasić pożar? Z czasem przyjechały potężniejsze samochody i rozpoczęło się gaszenie."
Z początkowo małego zarzewia ognia, które miało swoje źródło prawdopodobnie pod drewnianym dachem katedry, ogień ogarnął cały dach. Szalejące płomienie w krótkim czasie opanowały całe poszycie dachowe, oszczędzając tylko dużą wieżę, na której wisiały dzwony. Gdy ludzie zobaczyli, że katedra płonie, zaczęli wynosić z jej wnętrza to, co można było uratować. Jak podkreśla ksiądz Szumacher, jeden z mężczyzn wziął dość dużą figurę Serca Pana Jezusa - prawdopodobnie wykonaną z kamienia - i przeniósł ją do seminarium. Kiedy po renowacji katedry figura miała wrócić na swoje miejsce, ponownie odnosiło ją trzech kleryków.
Reakcja biskupa i hołd dla strażaków
W czasie, kiedy miał miejsce pożar katedry, ordynariuszem Diecezji Łódzkiej był ksiądz biskup Józef Rozwadowski. "Ksiądz biskup Rozwadowski był na wizytacji w czasie, kiedy rozpoczął się pożar katedry" - tłumaczy ksiądz Władysław Pryca. "Kiedy wrócił do Łodzi dopuścili go tylko do ulicy Czerwonej, gdyż dalej nie pozwolono mu podjechać. Od Czerwonej środkiem jezdni ksiądz biskup szedł w swoich pontyfikaliach taki przybity w kierunku katedry. Tyle pamiętam" - dodaje ksiądz. Następnego dnia, tj. w środę 12 maja, w Expressie Ilustrowanym już na pierwszej stronie można było przeczytać obszerny artykuł o dzielnych strażakach, którzy poprzez swoją ofiarną pracę uratowali najważniejszą ze świątyń Łodzi.
Notre-Dame w ogniu (2019) dokument PL National Geographic
"Z wielką ofiarnością działali strażacy, aby zabezpieczyć przed płomieniami główną wieżę kościoła o wysokości około 100 metrów. Ogień strawiłby ją bardzo szybko, gdyż cała obudowana była drewnianymi rusztowaniami. Pod osłoną tarcz strażacy w ogromnym żarze bijącym od rozpalonych blach - rąbali dach szokując swą brawurą gapiów stojących w oddali. W pewnym momencie na plecy 22-letniego strażaka Mieczysława Bąka spadł rozżarzony kawał muru. Rannego przewieziono do szpitala." Po pożarze przez dłuższy czas katedra była zamknięta i rozpoczął się mozolny czas odbudowy - wspomina ksiądz Stanisław Olczyk.