13 lat temu, w nocy z 9 na 10 maja 2013 roku, Dariusz P. (dziś 53 l.) z Jastrzębia-Ruptawy (woj. śląskie) zrealizował plan, który miał być zbrodnią doskonałą. Szafarz, ubezpieczywszy wcześniej rodzinę od śmierci i pożaru, podpalił swój dom rodzinny i zamordował pięć najbliższych mu osób: żonę Joannę (†40 l.) i czworo dzieci: Justynę (†18 l.), Małgosię (†13 l.), Marcina (†10 l.) i Agnieszkę (†4 l.). Cudem ocalał tylko 17-letni syn Wojciech. Motywem tej niewyobrażalnej zbrodni były długi, których Dariusz P. nie potrafił spłacić.
Po latach "Fakt" wrócił do tej sprawy, rozmawiając z matką podpalacza, panią Urszulą (75 l.), która wspominała tamten okropny czas, gdy dowiedziała się o tragedii.

Przebieg zbrodni: Pułapka bez wyjścia
W noc tragedii, Dariusz P. podłożył w rodzinnym domu ogień w kilku miejscach. Okna pozaciągał wcześniej roletami i odciął linki, a drzwi zamknął na cztery spusty. Śledczy uznali, że stał niedaleko, patrząc, jak jego rodzina ginie w pułapce, z której nie byli w stanie się wydostać. Żona i czworo niewinnych dzieci zatruły się tlenkiem węgla i cyjanowodorem. Z płonącej pułapki cudem wydostał się tylko najstarszy syn, Wojciech, który miał okno na poddaszu bez rolet.
Około 1:40, 40-letnia Joanna obudziła się nagle w środku nocy. W jej sypialni unosił się dym uniemożliwiający normalne oddychanie. W pomieszczeniu znajdowała się także 4-letnia córka Agnieszka, która również się dusiła. Kobieta popędziła do okna, jednak droga do świeżego powietrza była odcięta przez roletę antywłamaniową - jej uszkodzony mechanizm nie pozwalał na podniesienie. Choć próbowała sforsować zabezpieczenie siłowo, to nic to nie dało. 40-latka narzuciła na dziecko koce, aby nie wdychało spalin. W objętym pożarem domu znajdowała się jeszcze piątka jej dzieci. Kobieta chciała opuścić sypialnię, jednak przy drzwiach straciła przytomność.
Telefon, który odmienił wszystko
Dym przenosił się na coraz wyższe kondygnacje budynku, szybko dotarł do poddasza. Tam tej nocy spał 17-letni wówczas Wojciech. Pożar wyrwał go ze snu. Chłopak jako jedyny w całym domu zostawił na noc otwarte okno. Przez trującą mgłę dotarł do źródła tlenu. Wystawił głowę na zewnątrz i trzymał ją bardzo nisko - poniżej parapetu. Nastolatek zadzwonił na numer alarmowy 112. Później próbował skontaktować się z matką - nie odebrała. Zadzwonił też do ojca, choć zdawał sobie sprawę, że najpewniej nie ma go w domu. Mężczyzna wcześniej mówił, że na noc idzie do pracy, do oddalonego około 10 km warsztatu w Pawłowicach. Ojciec nie odebrał.
Akcja ratunkowa i odnalezienie ofiar
Niedługo po otrzymaniu wezwania Straż Pożarna dotarła na miejsce pożaru w Jastrzębiu-Zdroju. Mundurowi zauważyli, że z jednego z okien wystaje postać, która woła o pomoc. Przystąpili do działań, jednak szybko natrafili na problem. Antywłamaniowe zabezpieczenia uniemożliwiały wejście do budynku. Jeden ze strażaków ocenił później, że dom stanowił "w pewnym sensie twierdzę". W końcu przy użyciu sprzętu hydraulicznego i młota udało im się sforsować blokady i weszli do środka.
Ognisko pożaru znajdowało się na piętrze. Ogień objął część schodów i szafę z ubraniami. Mundurowi w sypialniach znajdywali nieprzytomne osoby. Odnalezieni leżeli w pobliżu drzwi, nie w łóżkach. Było więc jasne, że w momencie, gdy dusili się dymem, byli przytomni.
"Było gwarno, było w domu życie"
Żałoba i śmierć kolejnych członków rodziny
Ratownicy ewakuowali Wojciecha i wynosili znalezione osoby. Jeszcze na terenie posesji stwierdzono, że 18-letniej Justyny nie udało się uratować. W drodze do szpitala zmarła najmłodsza z rodziny, 4-letnia Agnieszka. Dzień później w placówkach medycznych umarli 10-letni Marcin oraz 40-letnia Joanna. Kolejny zgon stwierdzono 13 maja, kiedy odeszła 13-letnia Małgorzata. We wszystkich przypadkach jako przyczynę zgonu stwierdzono zatrucie tlenkiem węgla. Z całej rodziny ocaleli tylko Wojciech i jego ojciec, 42-letni Dariusz. Była to wstrząsająca tragedia nie tylko dla bliskich, ale i mieszkańców okolicznych miejscowości.
Dariusz P. w oczach społeczeństwa i ukryta prawda
Lokalna społeczność nie mogła pogodzić się z losem rodziny. Ludzie zastanawiali się, jak to możliwe, że w zaledwie kilkanaście miesięcy doszło do drugiego pożaru w tym samym domu. Poprzedni miał miejsce w 2011 roku. Wtedy zawiodła instalacja elektryczna, ale nikomu nic się nie stało. Przy drugim pożarze również mówiło się o zwarciu, jednak to zdarzenie zakończyło się tragicznie. W swojej miejscowości Dariusz P. był szanowany, przez lata posługiwał w lokalnej parafii jako szafarz, a rodzina, którą stworzył, uważana była za przykładną. Miejscowy ksiądz mówił o nim, że to modelowy ojciec modelowej rodziny. Synowie byli ministrantami, córki - w Różach Maryi, a żona przez jakiś czas uczyła religii.
Sąsiedzi zastanawiali się, jak to możliwe, że Dariusz P. tak mało pracuje, a tak dużo ma, mimo że żona była na bezrobociu i mieli pięcioro dzieci. Jednak im się powodziło: mieli duży dom i dwa samochody.
Kariera nieudolnego biznesmena i długi
Dariusz P. był biznesmenem, choć jego interesy często kończyły się śledztwami prokuratury. Zanim zaczął prowadzić warsztat stolarski, zaliczył kilka solidnych przewinień. W swojej karierze między innymi zbył wierzycieli, którym zalegał 170 tysięcy złotych, wywinąwszy się umową alimentacyjną z żoną na 10 tysięcy złotych miesięcznie. Innym razem sprzedał warty 85 tysięcy złotych sprzęt, który wziął w leasing. Kiedy indziej upozorował napaść i rabunek - w ten sposób "zniknęło" 250 tysięcy złotych, które wiózł dla podwykonawców. Przeciwko niemu toczone były sprawy gospodarcze, jednak sąd dwukrotnie uznał go za niepoczytalnego. W trakcie swojej działalności dorobił się ogromnych długów, mówił nawet o 2 milionach złotych.
Zabezpieczenie na wypadek tragedii
Pierwszy pożar z 2011 roku nie wyrządził znacznych szkód w domu. W kościele urządzono na rzecz rodziny zbiórkę, a mieszkańcy oferowali pomoc w remoncie. Dariusz P. otrzymał wtedy także rekompensatę z ubezpieczyciela, mówiło się, że kwota sięgała nawet 250 tysięcy złotych. Pieniędzy było sporo, ale była to kropla w morzu jego zadłużenia. Niedługo po tym zdarzeniu mężczyzna podpisał liczne umowy ubezpieczeń majątkowych i osobistych. Wykupił polisę na życie... dla żony. W przypadku zbiegu niefortunnych zdarzeń mógł liczyć nawet na milionowe odszkodowanie.
Po drugiej tragedii, władze Jastrzębia zaoferowały mu mieszkanie. Przyjął je i tam się wprowadził, a następnie udzielał wywiadów, w których opowiadał o bliskości z rodziną i ubolewał nad losem, jaki go spotkał. Wtedy jeszcze mało kto miał świadomość, że ten człowiek ma też drugą, zupełnie inną twarz. Niedługo po ceremonii pogrzebowej wdowiec udał się na komendę policji, gdzie pokazał szokujące SMS-y, które otrzymywał z nieznanego numeru, zawierające szczegóły pożaru. Miał z nim kontaktować się odpowiedzialny za tragedię podpalacz.
Śledztwo i zatrzymanie
W czasie, gdy Dariusz P. szukał kobiet i proponował im wspólne życie, nad sprawą wciąż pracowała prokuratura. Po 10 miesiącach śledczy nie mieli wątpliwości - to 42-latek zabił swoją rodzinę. 27 marca 2014 roku policja zatrzymała Dariusza P., a akt oskarżenia do sądu wpłynął rok później.
Prokuratura ustaliła, że w momencie, gdy w tragiczną noc dzwonił do niego syn, mężczyzna nie znajdował się w warsztacie w Pawłowicach, lecz w sąsiedztwie swojego domu. Śledczy mieli też pewność, że do zwarcia instalacji elektrycznej nigdy nie doszło, a sugerujące to truchło myszy, które znaleziono w pobliżu przeciętego kabla, zostało podrzucone. W trakcie dalszych czynności mężczyzna przyznał, że nie kontaktował się z nim podpalacz, a SMS-y do siebie pisał sam, opierając się na relacjach syna, a resztę zmyślił. Wykluczono także wersję o ewentualnym włamaniu, ponieważ nawet strażacy mieli problem z dostaniem się do budynku. Wszystkie dowody wskazywały wprost - to Dariusz P. wzniecił pożar.
Proces sądowy i argumenty stron
Proces toczył się od maja 2015 roku przed rybnickim wydziałem gliwickiego sądu. Prokuratura, według której motywem zbrodni była chęć uzyskania pieniędzy z ubezpieczenia, żądała dla P. dożywocia z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie najwcześniej po 35 latach. Podobnej kary chcieli oskarżyciele posiłkowi, w tym pełnomocnik mec. Jakub Przybyszewski, który reprezentował teścia, szwagra i szwagierki oskarżonego. Adwokat zaznaczył przed sądem, że oskarżyciele posiłkowi przystępowali do procesu, by brać udział w ustaleniu tego, co faktycznie się stało - poznać prawdę. Podkreślił, że "z upływem czasu, jak długo ten proces trwa, utwierdzaliśmy się w coraz większym przekonaniu o sprawstwie - że oskarżony tę zbrodnię popełnił", wyliczając ustalenia, które przemawiają za winą oskarżonego, m.in. opinie biegłych, które ocenił jako rzetelne. Mec. Przybyszewski podsumował, że "mieliśmy do czynienia ze zbrodnią, która prowadzi do ostatniego kręgu piekła".
Dariusz P. i jego obrońca, mec. Eugeniusz Krajcer, uważali, że to był przypadkowy pożar i wnieśli o uniewinnienie. Obrońca kwestionował przyjęty przez prokuraturę motyw zbrodni oraz ustalenia biegłych, według których dom rodziny P. został celowo podpalony, a sam oskarżony był wtedy w jego pobliżu. Zdaniem adwokata w sprawie powinien wypowiedzieć się inny biegły z zakresu pożarnictwa, a opinia dotycząca miejsc logowania telefonu jego klienta nie jest jednoznacznym dowodem. Apelował, by sąd wziął pod uwagę wszystkie wątpliwości - zgodnie z zasadą, że jeżeli nie da się ich usunąć, należy rozstrzygać je na korzyść oskarżonego. Mec. Krajcer ocenił, że prokuratura nie przedstawiła wystarczających dowodów do skazania jego klienta.
Ostatnie słowo oskarżonego
"Ja nie zrobiłbym tego największemu wrogowi. To jest absurdalne, nie ma żadnego uzasadnienia finansowego, ekonomicznego, pomijając wszelkie wartości etyczne, moralne" - oświadczył sam oskarżony w "ostatnim słowie" i dodał, że bardzo tęskni za swoimi bliskimi. Dariusz P. przemawiał ponad dwie godziny, posługując się plikiem notatek. Przekonywał, że rodzina była, jest i zawsze będzie dla niego najważniejsza, i do swojego jedynego syna, który ocalał z pożaru, chciałby wrócić - "chociażby dzisiaj". W opinii obrony, podawany przez prokuraturę motyw - czyli spieniężenie polis - jest nielogiczny. P. podkreślał, że w czasie, gdy doszło do pożaru, miał ok. 2 mln zł długów, a pieniądze z ubezpieczenia pozwoliłyby mu pokryć tylko niewielką część zobowiązań. Oceniając opinie biegłych mówił o "spisku", "skrajnej manipulacji", "fantazjach" i "skandalu". Wyraził też przekonanie, że jest ofiarą medialnej nagonki. Na koniec swojego wystąpienia P., płacząc, przytoczył fragment listu odczytanego podczas pogrzebu jego bliskich i poprosił sąd, by umożliwił mu powrót do jedynego syna.
Prok. Karina Spruś odniosła się do twierdzeń obrony, stwierdzając: "Materiał dowodowy nie pozostawia żadnych wątpliwości. W mojej ocenie, nie ma podstaw do tego, żeby kwestionować winę i sprawstwo oskarżonego".
Opinie biegłych i profil psychologiczny
Z opinii biegłych z zakresu pożarnictwa wynikało, że zarzewia ognia w domu były w sześciu miejscach, a żaluzje okienne były zamknięte i zablokowane w taki sposób, by nie można ich było otworzyć. Biegli badający logowania telefonu podejrzanego stwierdzili, że P. w czasie wybuchu pożaru był w pobliżu domu, co obaliło jego alibi, iż znajdował się wówczas w oddalonym o ok. 10 km zakładzie w Pawłowicach, w którym montował meble.
Biegli, którzy kilka tygodni obserwowali Dariusza P. w Szpitalu Psychiatrycznym przy Areszcie Śledczym we Wrocławiu, uznali go za poczytalnego. Stwierdzili u niego cechy osobowości psychopatycznej, a także egocentryzm, skłonność do ryzyka, manipulacji i kłamstw. Wcześniej dwa inne postępowania przeciwko P. zostały umorzone, bo biegli uznali go za niepoczytalnego. Prokuratura podawała, że P. najprawdopodobniej symulował niepoczytalność, m.in. czerpiąc wiedzę ze znalezionej u niego w domu książki o psychiatrii.
Prof. Brunon Hołyst, autor m.in. „Psychologii kryminalistycznej”, twierdzi, że sprawa z Ruptawy jest bezprecedensowa. Ogień wyjątkowo rzadko bywa narzędziem zbrodni, używa się go raczej do zatarcia śladów, niemal nigdy do zabijania, ponieważ jest to sposób zbyt ryzykowny. Jednak w tym przypadku, rodzina Dariusza P. nie miała szans uciec, ponieważ dom okazał się "twierdzą", trudną do sforsowania od wewnątrz i od zewnątrz.
Wyrok i jego uzasadnienie
Sąd uznał Dariusza P. winnym. W uzasadnieniu wyroku podkreślono, że mężczyzna chciał zabić wszystkich członków rodziny, aby otrzymać środki z polis ubezpieczeniowych. Ale nie chodziło tylko o pieniądze - 42-latek chciał pozbyć się swoich bliskich, aby zacząć życie od nowa. Jego życie faktycznie się zmieniło, ale na pewno nie tak, jak tego oczekiwał. Dariusz P. został skazany na dożywocie z możliwością ubiegania się o wcześniejsze zwolnienie po 35 latach. Mężczyzna został także uznany za niegodnego dziedziczenia majątku po żonie. Proces zabójcy był bardzo medialny, a w sieci wciąż dostępne są materiały z zeznań, także samego Dariusza P.
List Dariusza P. odczytany podczas pogrzebu
Podczas mszy pogrzebowej, ksiądz odczytał wzruszający list od Dariusza P. Mężczyzna napisał w nim dużo o miłości do dzieci i żony, a swoje słowa dopełniał licznymi cytatami z Ewangelii. Poniżej przedstawiamy pełną treść listu:
Dziękujemy! Kiedy to się zaczęło - w piątek 10 maja - czytania z dnia głosiły: "Podobnie i wy - teraz smucicie się, lecz Ja znów was zobaczę i wtedy serce wasze będzie się radowało, a nikt nie pozbawi was tej radości. W owym dniu o nic nie będziecie Mnie już pytać". Wtedy odeszły Justynka i Agusia.
A potem przyszła sobota, a Ewangelia z tego dnia głosiła: "Ja wyszedłem od Ojca i przybyłem na świat. Teraz znów opuszczam świat i wracam do Ojca". Wtedy odeszłaś Ty, Asiu, i Marcinek. A była to wigilia Wniebowstąpienia.
14 maja - we wtorek - Ewangelista Jan pisał: "Nazwałem Was przyjaciółmi, gdyż dałem Wam poznać wszystko, czego dowiedziałem się od Ojca". Wtedy odeszła Małgosia.
Dziękujemy Bogu i sobie za to, że uczynił nas zdolnymi do kochania. Za to, że kiedyś przed laty nieśmiały chłopak zakochał się w urodziwej dziewczynie. A Pan w swojej łasce pobłogosławił nam, czyniąc nasze życie wielkim spotkaniem z miłością. Dziękujemy za to, że pozwolił nam stworzyć dom oparty na fundamencie wzajemnej służby, gdzie Ty - Żono, zawsze ciepła, czuła, piękna - byłaś jego ozdobą i ostoją, a ja - czasami poszarpany szaleństwem życia, mogłem wtulać się w Twoje ramiona i znajdować ukojenie w smutku. Dziękujemy za to, że nasza miłość była płodna. Obdarzyliśmy się cudownymi dziećmi i - co jest niezwykłe - pomimo obowiązków nie straciliśmy nic z naszych młodzieńczych zachwytów nad sobą. Dziękujemy za piękne, niezależne, mądre córki - takie jak Ty, Asieńko - za Justysię, Małgosię, Agnieszkę. Dziękujemy sobie za synów - Marcinka i Wojciecha. Czuliśmy się kochani i to samo uczucie przekazywaliśmy naszym dzieciom. Dziękujemy sobie za rytuał rodzinny, wspólne poranki pachnące kawą, ciepłe ciasto, wieczory na ulubionej ławce, gdzie cieszyliśmy się swoją obecnością i widokiem ukochanych i zasianych przez Ciebie kwiatów. Dziękujemy rodzicom za dar życia i ukształtowanie w nas pewności, iż to wiara jest imperatywem ludzkiego działania, że jest ona pewnikiem w tym skomplikowanym świecie. Dziękujemy rodzeństwu za to, że z łaski Boga dane nam było nie być na tym świecie samotnym. Dziękujemy wychowawcom, nauczycielom, katechetom, wykładowcom akademickim, księżom - wszystkim, którzy ukształtowali nas do bycia człowiekiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Dziękujemy naszym przyjaciołom. Asiu, Justynko, Małgosiu, Marcinku, Agnieszko - są tu teraz z nami, otaczają nas swoją modlitwą - a mnie i Wojtka, nieutulonych w żalu, przeprowadzili w ostatnich dniach przez swoiste rekolekcje. A kiedy to się po ludzku kończy - Ewangelia z dzisiejszego dnia głosi: "Ty pójdź za mną". I poszliście za Panem, aby cieszyć się Jego szczęśliwością. A dzisiaj jest wigilia przed zesłaniem Ducha Świętego. Dziękujemy Bogu za dar Jego słowa, które dla nas - tęskniących za Wami - jest źródłem nadziei.
tags: #rodzice #jakuba #podpalenie #domu