Dzieje Szczecina pełne są burzliwych wydarzeń, a jedno z najtragiczniejszych miało miejsce w grudniu 1970 roku. Wówczas to ówczesna władza użyła siły przeciwko protestującym robotnikom. W grudniu 1970 roku, na skutek wprowadzenia podwyżek cen produktów żywnościowych, rozpoczęły się protesty robotników, które najbardziej dramatyczną formę przybrały na Wybrzeżu - w Gdyni, Gdańsku, Elblągu i Szczecinie.
Przyczyny i początek protestów
W Polsce Ludowej, podobnie jak w innych państwach tzw. socjalistycznych, ludność z reguły była zaskakiwana podwyżkami cen żywności. Ogłaszano je zazwyczaj w sobotę wieczorem, aby nie doprowadzać do wzmożonego wykupywania towarów i zdążyć z nocnymi remanentami w nielicznych placówkach handlowych w całym kraju, czynnych w dniu następnym. Tak samo postąpiono 12 grudnia 1970 roku, choć zlekceważono fakt, że "operacja cenowa" w okresie dużych zakupów przedświątecznych może być przyjęta przez społeczeństwo jako swego rodzaju prowokacja.
Wówczas to o 19:30 prezenterzy "Dziennika Telewizyjnego" odczytali, podaną w formie komunikatu Polskiej Agencji Prasowej, uchwałę Rady Ministrów o procentowych wskaźnikach, jak to oględnie ujęto: "zmiany cen detalicznych całego szeregu wyrobów". "Operacja" obejmowała 66 procent ogólnej wartości towarów dostarczanych na rynek, spośród których 46 procent stanowiły artykuły konsumpcyjne pierwszej potrzeby, głównie spożywcze.
Wyjątkowo irytujące było podawanie najpierw cen towarów taniejących, nierzadko niebędących w sprzedaży bądź wycofanych z produkcji, albo zalegających magazyny bubli. Na żywność ludzie wydawali wówczas znaczną część dochodów, trudno zatem było im uwierzyć w informację, że "regulacja cen przejściowo obniżała o około 2 procent realne dochody niżej zarabiających rodzin pracowniczych". W istocie nowe ceny oznaczały dziesięcio-, piętnastoprocentowy spadek stopy życiowej.
Ogłoszenie podwyżek cen żywności spowodowało spontaniczne i żywiołowe demonstracje uliczne między 14 a 18 grudnia w Trójmieście, Elblągu i Słupsku, połączone z nader gwałtownymi starciami z siłami milicyjno-wojskowymi. We wtorek, 15 grudnia, wielotysięczny tłum oblegał i podpalił gmachy KW PZPR i KW MO w Gdańsku. Strajki objęły wszystkie trzy gdańskie stocznie oraz inne, większe przedsiębiorstwa przemysłowe. Wystąpienia na mniejszą skalę objęły wiele innych ośrodków w całym kraju. W drugiej połowie dramatycznego tygodnia epicentrum wydarzeń przeniosło się do Szczecina i jego okolic.
Przebieg protestów w Szczecinie (17 grudnia 1970 r.)

17 grudnia 1970 roku, po porannym wiecu przed dyrekcją Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego, w kierunku śródmieścia wyruszyło kilka pochodów robotników - wielu z nich szło w granatowych kombinezonach i żółtych kaskach ochronnych. Dołączali do nich głównie pracownicy pobliskiej Szczecińskiej Stoczni Remontowej "Gryfia", Fabryki Maszyn Budowlanych "Famabud" i okoliczni mieszkańcy. Skandowano: "Żądamy obniżki cen!", "Szczecin z Gdańskiem!", "Idziemy na komitet!". Pojawiły się też transparenty: "Niech żyje strajk", "My nie chuligani, my ludzie pracy". Próbowano intonować pieśni towarzyszące przełomowym momentom polskich dziejów: "Jeszcze Polska nie zginęła" i "Międzynarodówkę".
Starcia z milicją
Dość łatwo udało się przełamać blokady trzech kompanii Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej (ZOMO) usiłujących powstrzymać manifestantów. Zomowcy używali gumowych pałek, petard i gazu łzawiącego, natomiast demonstranci kamieni, ciężkich narzędzi pracy, a także pociętych kawałków grubego kabla i łańcuchów. Dochodziło do walk wręcz. Z dachów i okien pobliskich domów zrzucano na milicjantów doniczki z kwiatami i butelki po mleku lub piwie napełnione płynami palnymi.
Na ulicy Parkowej spłonął samochód ciężarowy marki "Star" do przewożenia funkcjonariuszy. Przy ulicy Swarożyca okoliczna młodzież spaliła placówkę Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej, a jej wyposażenie posłużyło do rozpalenia ogniska. Na ulicy Dubois bardzo ciężko poturbowano dwóch zomowskich podoficerów, którzy w oparach gazu nie zauważyli, że ich pododdział wcześniej opuścił teren zamieszek (spłonął też gazik, którego w panice nie udało się im uruchomić). Lżej rannych zostało również kilkudziesięciu uczestników zamieszek.
Kilkuset ludzi z robotniczych pochodów spokojnie przeszło obok pobliskiej Komendy Wojewódzkiej MO. Idący "na komitet" powybijali szyby w budynku sąsiadującej z nim redakcji gazet. Wznoszono okrzyki: "Prasa kłamie!" "Precz z Gomułką!", "Precz z komunistami!", "Precz z Ruskimi!"
Szturm i podpalenie Komitetu Wojewódzkiego PZPR

Około południa zaczął narastać tłum przed niebronionym gmachem Komitetu Wojewódzkiego PZPR przy placu Żołnierza Polskiego (w godzinach rannych jego "załoga" została ewakuowana). Skandowano nazwisko I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Antoniego Walaszka. Wraz z rosnącym napięciem pojawiły się również hasła antyustrojowe i antyradzieckie: "Precz z Gomułką!", "Precz z komunistami!", "Precz z Ruskimi!". Budynek KW szturmowano głównie gradem kostki granitowej, zbieranej z biegnącego równolegle torowiska, oraz butelkami z benzyną lub denaturatem.
Po prawie dwóch godzinach szturmu około dwudziestotysięcznego tłumu, zdemolowana partyjna siedziba zapłonęła. Z jej okien wyrzucano meble i sprzęt biurowy, szafy pancerne, telewizory, dywany, portrety Gomułki, artykuły spożywcze i alkohole z partyjnego bufetu. Na większą ofensywność ludzi i zmniejszenie lęku przed konsekwencjami zachowań miała wpływ bierna, niejako przyzwalająca postawa żołnierzy, którzy znajdowali się w otaczających partyjną siedzibę transporterach opancerzonych SKOT. Co więcej, oskardy i kilofy - w które wyposażone były zablokowane przez gęsty tłum SKOT-y - służyły (podobnie jak bosaki niedopuszczonych do interwencji strażaków) do wybijania drewnianych okiennic i niszczenia drzwi wejściowych budynku. Dochodziło do fraternizacji demonstrantów z żołnierzami, wznoszono okrzyki "Wojsko z nami!", "Wojsko z ludem!" lub w formie haseł wypisywano je na wozach pancernych. Zapewne za przyzwoleniem żołnierzy demonstranci zatknęli na SKOT-ach transparenty z napisami: "Żądamy podwyżki płac", "Popieramy stoczniowców Gdańska i Gdyni. Żądamy podwyżki płac". Tymczasem władze spodziewały się, że pokaz wojskowego sprzętu bojowego powstrzyma radykalne nastroje społeczne.
Atak na Komendę Wojewódzką MO
Po godzinie 15:00 kilkudziesięciu wyczerpanych wcześniejszymi walkami pod stocznią zomowców, którym brakowało gazów łzawiących i petard, próbowało tyralierą rozegnać kilkadziesiąt tysięcy szczecinian zgromadzonych w obrębie centralnego placu miasta. Zomowców zaatakowano kostką granitową z pobliskich torowisk. Uciekającym w nieładzie i popłochu groziło okrążenie. Pociągnęli za sobą pod dwa gmachy milicji i siedzibę Wojewódzkiej Komisji Związków Zawodowych znaczną część ludzi, w tym demonstrantów sprzed partyjnego budynku.
Przez kilka godzin ze wszystkich stron nacierano na milicyjne gmachy, które błyskawicznie znalazły się w centrum wydarzeń. Wkrótce gęsty tłum dochodził do podzamcza. Niektórzy intonowali hymn narodowy, inni śpiewali "Międzynarodówkę", krzyczano "Bić glinę!". Szczególnie ostro szturmowano trzy bramy pięciokondygnacyjnego budynku głównego KW MO. Używano przy tym kamieni z tłuczonych płyt chodnikowych, materiałów łatwopalnych, a także zdobytych na wojsku i strażakach kilofów i oskardów. Do wnętrza budynku nieletni, nierzadko wspinający się po gzymsach i rynnach, wrzucali przez okna materiały palne. Obleganym szybko jednak wyczerpały się granaty łzawiące i petardy, wystrzeliwane i rzucane w tłum, który odrzucał je do gmachu.
Po nieudanych próbach sforsowania, przy użyciu drągów i oskardów, głównych drzwi wejściowych do komendy, staranowano je przyciągniętą z pobliskiego placu zabaw starą szalupą ratowniczą. Rozpadła się ona i utkwiła w obszernych drzwiach, wtedy podpalono wlaną do niej benzynę. To zaklinowanie zapobiegło prawdopodobnie większemu dramatowi - gdyby ludzie wdarli się do budynku, doszłoby do walk wręcz i strzelaniny. Według niektórych świadectw, gdy uderzano szalupą o bramę, padły pierwsze strzały z broni palnej: trzy serie ostrzegawcze, w następstwie których byli zabici i ranni.
Pożar szybko rozprzestrzenił się w pomieszczeniach parterowych, dotarł do I piętra (w tym do znajdującego się tam gabinetu komendanta wojewódzkiego MO). Przed budynkiem paliły się łatwopalne dywany i chodniki, które - wobec niesprawnych hydrantów - wcześniej służyły milicjantom do tłumienia ognia.
Po nieudanym ataku na bramę główną zasadnicze uderzenie przeniosło się na znajdującą się na lewo od niej mniejszą bramę drewnianą. Kiedy po jej zniszczeniu okazało się, że wejście jest zamurowane, kilofami i metalową ławką uliczną zrobiono w murze duży wyłom. Wtedy do wdzierających się oddano wprost krótką serię strzałów z ręcznego karabinu maszynowego ustawionego za kołami ciężarówki, po czym broń zacięła się... Kule powstrzymały napór tłumu, choć prawdopodobnie wtedy zginęła jedna lub dwie osoby, a kilka innych zostało rannych. Milicjanci kilkakrotnie od wewnątrz seriami strzelali, choć tym razem tylko na postrach, także w forsowaną przez demonstrantów metalową bramę, prowadzącą z komendy na ulicę Starzyńskiego.
Płonące mury, oblewane benzyną zabieraną z aut zaparkowanych w pobliżu, sprawiały wrażenie, że cała budowla płonie. Wewnątrz komendy panował chaos i - spotęgowana ciemnościami (na skutek awarii instalacji elektrycznej) oraz groźbą wybuchu gazu - atmosfera strachu. Grozy dopełniał widok z okien - łuny ognia i chmury dymu wydobywające się z płonącego gmachu partii - oraz świadomość, że dwa dni wcześniej w Gdańsku spalono partyjne i milicyjne budynki.
Interwencja wojska i ofiary

Po zmroku oblężenie milicyjnego kompleksu przerwała, i tym samym uratowała przed spaleniem, odsiecz żołnierzy. Zapobiegła większej tragedii, w tym linczowi milicjantów, którzy użyliby broni na jeszcze większą skalę. Większość żołnierzy była zaraz po przysiędze, nie szkolono ich do walk ulicznych, poza tym ich dowódcy nie byli przygotowani do dowodzenia w istniejących warunkach. Wojskowi, którzy powinni wiedzieć, że wozy bojowe w tłumie są w zasadzie bezbronne, przybyli w transporterach SKOT i BRDM-2 oraz w czołgach. Po drodze często obrzucano je ciężkimi i łatwopalnymi przedmiotami. Całkowicie spłonął SKOT próbujący oddzielić szturmowaną bramę główną komendy od atakujących. Pięć innych transporterów oraz trzy czołgi zdołano ugasić. Furgonetka marki "Żuk" spłonęła w pobliżu wejścia do budynku milicji od strony ulicy Starzyńskiego, natomiast na ulicy Małopolskiej, poniżej zespołu gmachów milicyjnych, podpalono wóz strażacki, który po zepchnięciu w dół skarpy uległ zupełnemu zniszczeniu.
Początkowo strzały seriami w górę z amunicji pokładowej (część salw oddawana była z użyciem amunicji smugowej) przyjmowano z niedowierzaniem. Dowodziły tego okrzyki: "Strzelają ze ślepaków!", "Nie bójcie się!", ale pojawiło się też skandowanie: "Strzelają do ludzi!", "Bandyci!". W tej okolicy od strzałów z broni strzeleckiej bądź pokładowej śmierć poniosło jedenaście osób, jedna osoba zginęła pod kołami SKOT-a. Również tutaj, spośród ponad 120 pokrzywdzonych osób cywilnych, najwięcej było rannych od kul. Ponadto w czasie grudniowych walk ulicznych rany odniosło 71 milicjantów, 24 strażaków, 7 żołnierzy.
Zgromadzeni pod siedzibami partii i milicji ludzie - rozpraszani przez wojsko - uformowali kilka pochodów. Jeden z nich przez mniej więcej pół godziny atakował mieszczące się przy ul. Kaszubskiej i ul. Potulickiej: Prokuraturę Wojewódzką, przylegający do niej Wojewódzki Areszt Śledczy (wedle licznych pogłosek miano w nim przetrzymywać delegację stoczniowców) oraz koszary Pułku Inżynieryjno-Budowlanego. W wyniku strzałów oddanych przez żołnierzy zabita została jedna osoba, kilka raniono. Inny pochód, idący aleją Niepodległości, najpierw obrzucił materiałami łatwopalnymi śródmiejską Komendę Dzielnicową MO, po czym zaatakował fronton i parterowe pomieszczenia Kuratorium i Wydziału Oświaty w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej przy ówczesnym placu Dzierżyńskiego. Żołnierze kolejny raz użyli broni palnej raniąc kilka osób.
Ogromne łuny i kłęby dymu nad gmachami: KW PZPR, wszechmocnej milicji, reżimowej WKZZ, jak również PMRN, prokuratury i aresztu, były czymś więcej niż pożarem. Ten widok miał w sobie coś symbolicznego, był obrazem upokorzenia tych instytucji oraz bezradności sił przemocy i głęboko wrył się w pamięć mieszkańców stolicy Pomorza Zachodniego.
"Republika Szczecińska" i dalsze protesty
W dniach 18-22 grudnia 1970 roku załogi zdecydowanej większości przemysłowych przedsiębiorstw Szczecina nie podjęły pracy. Robotnicy na spontanicznie zwoływanych rano wiecach formułowali postulaty oraz podejmowali decyzje o strajku. Stało się tak mimo "Zarządzenia porządkowego" Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie wprowadzającego de facto stan wyjątkowy - miasto zostało odcięte od reszty kraju (podobnie zresztą jak Trójmiasto): zablokowano połączenia telefoniczne; narzucono godzinę milicyjną (zakaz odbywania zgromadzeń oraz przebywania w miejscach publicznych od 18 do 6 rano) i tryb przyspieszony w postępowaniu karno-administracyjnym; nie wpuszczano do miasta zachodnich dziennikarzy oraz aut dyplomatycznych; nasilono zagłuszanie powszechnie słuchanej rozgłośni Radia Wolna Europa; wstrzymano wydawanie paszportów; zawieszono połączenia promowe i lotnicze.
SZCZECIN - Grudzień '70 | odcinek 3 - Historia walecznych miast
Po krwawo stłumionych demonstracjach, w stoczni wybuchł strajk okupacyjny, który został przerwany przed Bożym Narodzeniem. Protestujący nie wywalczyli niczego. "Czarny Marsz" miał być protestem przeciwko biernej postawie władz, które wydawały się niechętne ukaraniu odpowiedzialnych za grudniową tragedię. 1 maja 1971 r. grupa stoczniowców postanowiła włączyć się do oficjalnej parady, zakłócając radosne świętowanie komunizmu. Kulminacja nastąpiła, gdy brat jednej z ofiar 17 grudnia 1970 r. Zacięte walki na ul. Dubois doprowadziły do pierwszych, gwałtownych starć z milicją. Milicyjny gazik został spalony przez protestujących.
Szlak „Grudzień '70” w Szczecinie
W 45. rocznicę robotniczego buntu w Szczecinie, przygotowany został szlak „Grudzień`70”. Składa się on z 9 tablic umieszczonych w miejscach, gdzie rozgrywał się dramat. Szlak powstał po to, aby uświadomić turystom, ale i mieszkańcom Szczecina, że z pozoru zwykłe, nierzucające się w oczy i pozbawione patyny wieków szczecińskie budynki, ulice i place były sceną ważnych wydarzeń, wpisujących Szczecin w historię Polski, Europy i świata. Bez znajomości tego niełatwego fragmentu historii miasta, nie sposób zrozumieć ani Szczecina, ani fenomenu wielomilionowego ruchu społecznego „Solidarność”, ani też politycznego przełomu 1988/1989, które przyczyniły się do upadku komunizmu w Europie. Szlak przypomina, że droga do Okrągłego Stołu, ale też do upadku Berlińskiego Muru prowadziła przez zakrwawione ulice Szczecina i świetlicę w nieczynnej dziś Stoczni.
- Brama Główna Stoczni Szczecińskiej (ul. A. Warskiego): Tu wszystko się zaczęło. 17 grudnia 1970 roku około godziny 10:30 z bramy stoczni wyruszył marsz robotników.
- Ulica Dubois: 17 grudnia 1970 r., około południa, milicjanci starali się zatrzymać i rozproszyć robotników maszerujących ze Stoczni w kierunku siedziby partii komunistycznej. W wyniku brutalnego starcia z demonstrantami, wspieranymi przez okolicznych mieszkańców, blokada została pokonana. Pojazd milicji z wyrzutnią gazu łzawiącego został schwytany i podpalony.
- Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (pl. Żołnierza Polskiego 16): Budynek ten był symbolem rządzącej Partii. To właśnie tam 17 grudnia 1970 roku szczecińscy robotnicy przybyli bezpośrednio ze swoich fabryk, licząc na uczciwe negocjacje i porozumienia. Zamiast tego spotkali się z obojętnością, która wywołała ich gniew. Podczas demonstracji, w której wzięło udział kilkanaście tysięcy osób, budynek Komitetu został podpalony.
- Komenda Wojewódzka MO (ul. Małopolska 11-12): 17 grudnia 1970 r., po godzinie 15:00, po nieudanej próbie rozpędzenia demonstrantów zgromadzonych przed siedzibą Komunistycznej Partii Narodowej, duża liczba demonstrantów (ok. 10 tys. osób), ścigających bojowników, zaatakowała Komendę Wojewódzką Milicji Obywatelskiej. Budynek, w którym mieściła się także Komenda Wojewódzka, udzielający schronienia części władz partyjnych, został zaatakowany kamieniami i butelkami z benzyną, a następnie podpalony.
- Prezydium Miejskiej Rady Narodowej (pl. Armii Czerwonej): Wieczorem 17 grudnia 1970 roku, podczas demonstracji ulicznych i walk, siedziba władz miejskich została zaatakowana przez tłum zbuntowanych mieszkańców. Część budynku została podpalona, wybuchły walki wręcz, użyto broni palnej. W wyniku tego kilka osób zostało rannych.
- Więzienie / Prokuratura (ul. Kaszubska 29 / Potulicka 1): 17 grudnia 1970 r. około godz. 16:00 część uczestników demonstracji ulicznej przeniosła się z siedziby Partii i milicji w kierunku Prokuratury Wojewódzkiej i znajdujących się w pobliżu koszar wojskowych. Pod drzwiami prokuratury wybuchł pożar, ale atak został wymuszony z powrotem wodą z rury stojącej i gazem łzawiącym. Gdy żołnierze strzelali z broni, kilka osób zostało rannych.
- Cmentarz Centralny (kwatera Grudnia '70): Jest to jedno z miejsc pamięci o buncie z grudnia 1970 roku. W jego skład wchodzi 13 grobów tych, którzy zginęli w dniach 17-19 grudnia 1970 r. i zostali pogrzebani w haniebny sposób - w nocy, w pośpiechu i wielu bez obecności najbliższych krewnych. Krzyż z grudnia '70, zwany też polskim krzyżem męczeństwa, został wzniesiony w 1999 roku.
- Świetlica w Stoczni Szczecińskiej im. A. Warskiego: Miejsce zgromadzeń, obrad i konferencji stało się podstawą działania władz strajkowych w grudniu 1970 i styczniu 1971 roku.
tags: #szczescin #podpalenie #komitetu