Profil Kajetana P. i początek tragicznych wydarzeń
Kajetan P. został opisany jako starannie wykształcony, kulturalny, wyrafinowany esteta. Jego matka jest prokuratorką, ojciec architektem. Ukończył renomowane liceum w Poznaniu, filologię klasyczną na Uniwersytecie Warszawskim, a także uzyskał licencjat z dziennikarstwa. Na uczelni prowadził koło naukowe "Książę i Żebrak" i był redaktorem portalu o tej samej nazwie. Znał dobrze niemiecki, angielski, hiszpański i łacinę. Pisał wiersze, brał udział w wielu konkursach poetyckich. Lubił samotne podróże, często jeżdżąc do Hiszpanii, Maroka i Tunezji.
Pomimo młodego wieku - miał wówczas 27 lat - zarabiał na życie, pracując w bibliotece na warszawskiej Woli, gdzie prowadził prelekcje. Ich tematem było między innymi "Znaczenie samodyscypliny dla wewnętrznej wolności człowieka, czyli problem wolnej woli". Uczestnicy tych spotkań wspominali później, że przedstawiał w nich trudne do zaakceptowania poglądy.

Tragiczne odkrycie na Żoliborzu
Wczesnym popołudniem 3 lutego 2016 roku mieszkańcy domu przy ul. Potockiej na warszawskim Żoliborzu zaalarmowali straż pożarną. Zauważyli dym wydobywający się spod drzwi jednego z mieszkań na pierwszym piętrze, wynajmowanego przez znanych im dwóch młodych mężczyzn. Nie było ich w domu. Któryś z sąsiadów przypomniał sobie, że wcześniej widział Kajetana P. wychodzącego z budynku.
U wylotu ul. Potockiej, kilkadziesiąt metrów od domu, w którym wybuchł pożar, mieści się Szkoła Główna Służby Pożarniczej. Dwa kilometry dalej, naprzeciwko Akademii Wychowania Fizycznego, znajduje się kolejna jednostka. Trzy wozy bojowe straży pojawiły się na miejscu błyskawicznie. Strażacy weszli do mieszkania po drabinie. - To był niewielki pożar, lecz spowodował duże zadymienie. Pożar faktycznie był mały. Ułożone na środku pokoju torby paliły się słabym ogniem, dając kłęby gryzącego, duszącego dymu.

Strażacy w jednej chwili ugasili płomienie i zaczęli sprawdzać, czy w mieszkaniu jest ktoś, kto może potrzebować pomocy. Jeden z ratowników zajrzał do nadpalonych toreb i na widok tego, co zobaczył, osłupiał. Ich zawartością było rozkawałkowane ludzkie ciało. Natychmiast wezwano policję. Ekipa śledcza zjawia się na ul. Potockiej, przekonana, że czeka ją długie i żmudne dochodzenie. W trakcie przeszukania mieszkania policjanci odnajdują w drugim pokoju plecak z makabryczną zawartością. Nigdzie nie znaleźli ani śladów walki, ani śladów krwi, której byłoby mnóstwo po rozczłonkowaniu ciała. Zabójca przeniósł je tutaj z innego miejsca i miał klucze do mieszkania, które zamknął, wychodząc.
- Tego typu sprawców, którzy rozkawałkowali i przenosili zwłoki, opiniowałem wielokrotnie. Ale żeby ktoś zawiózł do swojego mieszkania zwłoki i podpalił, wiedząc, że mieszkańcy zaalarmują straż pożarną, że zostanie zidentyfikowany, to takiego przypadku w dziejach polskiej kryminologii dotąd nie było - powiedział w programie telewizyjnym psychiatra i biegły sądowy Jerzy Pobocha.
Śledztwo, tożsamość ofiary i przebieg zbrodni
Poszukiwanie ofiary
Zaledwie kilka godzin po odkryciu zbrodni śledczy znali już tożsamość sprawcy. Zakładali, że Kajetan P., domyślając się zdemaskowania, użyje wszelkich środków, by im umknąć. On sam wyjaśniać będzie, że postanowił zabić człowieka "w ramach pracy nad sobą i walki ze słabościami". Zagadką pozostawała tożsamość ofiary. Odpowiedź na mnożące się pytania przyszła z najmniej oczekiwanej strony.

Śledczy zabezpieczali jeszcze ślady w mieszkaniu przy ul. Potockiej, gdy na żoliborski komisariat zadzwonił dyżurny posterunku z Woli. Kilkanaście minut wcześniej odebrał telefon od wzburzonego mężczyzny. Próbując zapanować nad drżącym głosem, powiedział z trudem, że w mieszkaniu przy ul. Skierniewickiej, którego jest współlokatorem, w przedpokoju jest pełno śladów krwi.
Na Skierniewicką ruszyła ekipa kryminalna. Mieszkanie na szóstym piętrze jednego z wieżowców nie było zbyt duże, ale wyjątkowo zadbane. Od progu rzucały się w oczy pospiesznie, niechlujnie wytarte, rozmazane na podłodze plamy krwi. Technicy pobrali próbki do analizy, a śledczy zaczęli rozglądać się po domu w nadziei, że natrafią na jakiś ślad, który pozwoli im potwierdzić lub wykluczyć związek właścicielki mieszkania z ciałem znalezionym na Żoliborzu.
Ostatnia lekcja Katarzyny J.
Książki, podręczniki, teksty i skrypty, notatniki, zeszyty. W dokładnie przemyślany sposób posegregowane i starannie ułożone. Z tytułów książek wynikało, że właścicielka mieszkania, Katarzyna J., udzielała korepetycji z języka włoskiego uczniom o różnym stopniu zaawansowania. Rekrutowała ich, dając ogłoszenia w internecie. Kasia pochodziła z Radomia, była jedynaczką. Zdolna, pracowita i wytrwała, ukończyła historię sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim oraz lingwistykę stosowaną na Uniwersytecie Warszawskim. Od kilku lat uczyła w szkołach językowych i udzielała korepetycji. Była dumą swoich rodziców, którzy dwa lata wcześniej kupili jej mieszkanie na Woli.
3 lutego 2016 roku był dla Kasi szczególny. Już wcześniej odwołała lekcje w kilku następnych dniach, ponieważ wybierała się w podróż do Bolonii. Tego dnia miała jednak jeszcze jedną sprawę do załatwienia. Kilka dni temu zadzwonił do niej mężczyzna, który znalazł jej ogłoszenie w sieci, z prośbą, by zechciała uczyć go włoskiego. Zaprosiła go do siebie na godz. 11.

Kilkadziesiąt minut wcześniej Kajetan P. wsiadł do tramwaju przy ul. Potockiej, przejechał kilkanaście przystanków i wysiadł przy skrzyżowaniu Wolskiej i Skierniewickiej. W bloku na szóstym piętrze czekała na niego Katarzyna J. To było ich pierwsze spotkanie. Jedynym wcześniejszym kontaktem była rozmowa przez telefon. Mieli omówić terminarz nauki Kajetana, szczegóły jego pracy i nauki na lekcjach, formę i terminy płatności. Wszystko nie powinno zająć więcej niż pół godziny.
Kajetan P. miał jednak inny plan, a jego szczegóły dokładnie przemyślał. Do Katarzyny J. przyjechał z plecakiem, torbą podróżną, nożem i piłą, którą wcześniej ćwiczył przecinanie zwierzęcych kości. Pod drzwiami mieszkania zjawił się punktualnie. Gdy Katarzyna je otworzyła, w progu stał wysoki, przystojny mężczyzna o ujmującej twarzy, budzący zaufanie. Katarzyna zaproponowała herbatę. Podziękował uprzejmie, a gdy wzięła od niego płaszcz i odwróciła się, by odwiesić okrycie, zaszedł ją od tyłu.
Kajetan P., zeznając przed prokuratorem, tłumaczył, że najpierw chciał zabić kogoś, kto wynajmuje mieszkanie. Potem jednak wybrał lektorkę języka włoskiego, bo ofiarą miał być ktoś, kogo twarzy wcześniej nie widział, a Katarzyna do swojego ogłoszenia z ofertą korepetycji nie dołączyła zdjęcia. Jednym z powodów miało być też to, że nauczycielka była osobą, z którą mógł nawiązać kontakt i "nić porozumienia".
Makabryczny transport i ucieczka
Zamordował Katarzynę, odciął jej głowę i schował do plecaka. Ciało rozczłonkował, włożył do torby, a kałużę krwi starł kilkoma ręcznikami, które wrzucił potem do pralki. Zamówił taksówkę, którą zamierzał dotrzeć do mieszkania na Żoliborzu. - To jest niebywała bezczelność, może chorobowa, żeby taksówką przewozić zwłoki ofiary zabójstwa i nie wpaść w popłoch. On był pewien, że taksówkarzowi do głowy nie przyjdzie, by ktoś miał tak makabryczny pomysł - stwierdził w wywiadzie telewizyjnym kryminolog dr Paweł Moczydłowski.
Taksówkarz jednak zainteresował się krwią, która ciekła z torby. - Wiozę tuszę dzika - rzucił niby od niechcenia Kajetan P., po czym powiedział kierowcy, że zmienił plany i teraz kończy kurs. Jan Fabiańczyk, były policjant kryminalny, stwierdził w programie telewizyjnym, że Kajetan P. nie miał planu działania. - Gdyby miał, to od popełnienia zbrodni realizowałby go, a działał bez pomysłu. To chaos, emocje, panika - dodał Fabiańczyk. Psychiatra Jerzy Pobocha zauważył: - Zaraz po zabójstwie wykazywał spokój. Mogło to świadczyć o dużej odporności psychicznej, ale też o zachowaniu człowieka sparaliżowanego przez lęk.
ZABIŁ JĄ TYLKO PO TO BY ZOBACZYĆ JAK MAŁO WARTE JEST LUDZKIE ŻYCIE - sprawa Kajetana Poznańskiego
Kajetan P. utknął w połowie drogi do mieszkania przy ul. Potockiej. Z torby, którą postawił na chodniku, nadal ciekła krew. Sięgnął po telefon i zamówił taksówkę, podając swoje prawdziwe nazwisko, co przypieczętowało jego identyfikację. Gdy taszczył torbę z okaleczonym ciałem ofiary, przykuł uwagę sąsiadki, która dostrzegła pozostawione koło taksówki ślady krwi.
Zabójca powiedział później prokuratorowi, że właśnie wtedy zmienił zamiary wobec ciała Kasi. - Chciałem ją zjeść. Nie całą, tylko kawałek. Tak jak jemy cielęcinę. Nie zrobiłem tego, bo wszystko się posypało - stwierdził z upiorną szczerością. W mieszkaniu na Potockiej nie zabawił długo. Spakował się do podróży, po czym podpalił torbę ze zwłokami i wyszedł. W drodze na Dworzec Centralny wyjął wszystkie pieniądze z konta, by móc posługiwać się gotówką, a nie kartą, którą dokonywałby transakcji, zostawiając po sobie ślad. Gdy strażacy dogaszali pożar w mieszkaniu, zabójca Kasi jechał już pociągiem ekspresowym do Poznania.
Pościg międzynarodowy i zatrzymanie
Mieszkańcy willowego osiedla w poznańskiej dzielnicy Grunwald, gdzie Kajetan P. spędził dzieciństwo i lata szkolne, opisywali go jako spokojnego, dobrze wychowanego chłopaka z dobrego domu, z którym nigdy nie było problemów. Chęć dalszej edukacji nie była jednak głównym powodem opuszczenia Poznania. Kajetan P. postanowił całkowicie odciąć się od rodziny, po tym jak dotkliwie pobił ojca. Tłumaczył później, że w ten sposób chciał wyrównać rachunki z dzieciństwa, choć nie wyjaśnił, jakie. Wyjechał do Warszawy i tak skutecznie unikał bliskich, że zdesperowani rodzice wynajęli prywatnego detektywa, który po kilku dniach zawiadomił ich, że syn pracuje w bibliotece na Woli.
Do poszukiwań Kajetana przystąpiła specjalna grupa "łowców cieni" - trzech policjantów z poznańskiego Wydziału Ochrony i Poszukiwań Osób oraz trzech funkcjonariuszy z warszawskiego Centralnego Biura Śledczego Policji. Za Kajetanem P. wystawiono europejski nakaz aresztowania oraz tzw. czerwoną notę Interpolu, oznaczającą najwyższy stopień międzynarodowych poszukiwań i będącą informacją dla służb, że ścigany jest niebezpiecznym przestępcą. Informacje te trafiły do 194 krajów.
Międzynarodowa ucieczka i schwytanie
Kajetan P. miał przy sobie wypłacone jeszcze w Warszawie pieniądze - 15 tys. złotych. W Poznaniu kupił rzeczy, które miały mu umożliwić zmianę wyglądu: pomarańczową damską kurtkę, czarny plecak, koszulkę i okulary. Popełniał jednak kolejne błędy; kłócił się ze sprzedawcą o jeden grosz reszty, zwracając na siebie uwagę, a jaskrawa kurtka uniemożliwiła mu wtopienie się w tłum. Szybko ustalono, że wsiadł w pociąg do Berlina. Nie zatrzymał się jednak na dłużej w stolicy Niemiec. Kilkanaście godzin później do polskich policjantów dotarła wiadomość, że był widziany w Bolonii, jadąc autobusem.
Polscy funkcjonariusze ruszyli do Włoch. - W Bolonii czekał na nas łącznik włoskiej policji. Po kilku godzinach przyszła informacja, że Kajetan P. nocował w hotelu pod Rzymem, a teraz przebywa w La Valletcie na Malcie! Ustalono to na podstawie logowania się na jego smartfonie do poczty internetowej. Kajetan P. zatrzymał się na kilka dni w pensjonacie "Asti". Funkcjonariusze podążali tą samą drogą, co Kajetan P., który na Maltę dotarł 9 lutego. Policjanci wiedzieli, że depczą mu po piętach. Niebawem ustalili też, że zabójca był w konsulacie Tunezji i próbował załatwić sobie wjazd do tego kraju bez paszportu, który podobno zgubił. Nic nie wskórał.
Śledczy obstawili tunezyjski konsulat, na wypadek gdyby Kajetan P. znowu się tam pojawił. 17 lutego 2016 roku około godz. 15, po 14 dniach od dokonania morderstwa, Kajetan P. był w rękach policji. - Byłem razem z kolegą i maltańskim policjantem na głównym dworcu autobusowym, gdy w pewnym momencie zauważyliśmy z daleka mężczyznę z plecakiem w charakterystycznej kurtce z pomarańczowym kapturem. Szedł w kierunku zabytkowej bramy w pobliżu portu. Ruszyliśmy za nim. Zatrzymanie nastąpiło błyskawicznie. Został obezwładniony, przeszukany, w kieszeni miał nóż. Był całkowicie zaskoczony - relacjonował oficer.

Maltański sąd na podstawie europejskiego nakazu aresztowania zdecydował o jego ekstradycji. Dziewięć dni później zabójca Katarzyny J. był już w Polsce. Podczas przesłuchania w prokuraturze Kajetan P. nie okazywał żadnej skruchy i ze szczegółami opowiedział o przebiegu zbrodni.
Ustawa o jawności życia publicznego: zakres i kontrowersje
Data dodania: 19.02.2018 | 15:51
Projekt ustawy o jawności życia publicznego, jeśli wejdzie w życie w proponowanym kształcie, może znacznie poszerzyć grono osób zobowiązanych do składania oświadczeń majątkowych. Obecnie oświadczenia majątkowe składa około 500 tys. osób, głównie pełniących najwyższe funkcje w państwie i samorządowcy. Kadra kierownicza w urzędach składa oświadczenia jawne jedynie do wiadomości pracodawcy i odpowiednich służb państwowych. Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich, szacuje, że po zmianach liczba zobowiązanych osób zwiększy się dwukrotnie, osiągając ponad 1 milion.
Rozszerzenie Obowiązku Składania Oświadczeń Majątkowych
- Oświadczenia są bardzo szczegółowe, poza tym duża część tych oświadczeń wyląduje w internecie, czyli nie będzie tak jak jest teraz, że w przypadku wielu zawodów składa się oświadczenie, ono trafia na biurko odpowiedniego przełożonego i jak CBA ma potrzebę to dokument sprawdza - tłumaczył w niedzielę w TVN24 Adam Bodnar.
Praktycznie każda osoba, która w jakimkolwiek zakresie sprawuje władzę publiczną, miałaby za zadanie przedłożyć takie oświadczenie majątkowe. Przepis określający, kto musi złożyć oświadczenie, liczy w ostatniej wersji projektu z 8.01.2018 r. aż 151 punktów i zajmuje 8 stron. Na liście, poza dość oczywistymi politykami, znajdują się m.in.:
- sędzia sądu powszechnego, asystent sędziego i asesor,
- egzaminator na prawo jazdy,
- rektor, prorektor, dziekan,
- kierownik domu kultury, teatru albo muzeum,
- kontroler lub inspektor, kontroler Inspekcji Pracy,
- funkcjonariusz Służby Celno-Skarbowej, strażnik gminny, strażak, policjant,
- dyrektor zakładu poprawczego,
- kierownicy samorządowych jednostek organizacyjnych, czyli np. dyrektor szkoły, przychodni, biblioteki, basenu.
Pełna lista zawodów i stanowisk dostępna jest w projekcie ustawy (wersja z 8.01.2018 r.), w art. 46, na stronach 28-36. W samym tylko ZUS-ie, jak informowała w styczniu jego prezes, oświadczenia majątkowe będzie musiało złożyć ok. 10.000 pracowników. Nowymi przepisami objęci byliby bowiem m.in. członkowie komisji przetargowych, lekarze orzecznicy, członkowie komisji lekarskich oraz wszyscy, którzy wydają decyzje emerytalne i rentowe.
Co trzeba ujawnić?
Zakres przedmiotowy oświadczenia majątkowego określa art. 44 projektu ustawy (w wersji z 8.01.2018 roku). Wpisać będzie trzeba m.in.:
- pieniądze zgromadzone na kontach,
- posiadane nieruchomości i pojazdy mechaniczne,
- akcje, polisy ubezpieczeniowe,
- wszystkie dochody, oszczędności,
- rzeczy o wartości powyżej 10.000 zł i kolekcje,
- informacje o przysporzeniach, czyli np. otrzymanych prezentach, o wartości powyżej 1000 zł.
Zaniepokojenie Rzecznika Praw Obywatelskich
Adam Bodnar podkreśla, że nowe regulacje budzą wątpliwości nie tylko z punktu widzenia ochrony prywatności, ale również z punktu widzenia bezpieczeństwa. W internecie podane będą wszystkie rzeczy, które posiada osoba składająca oświadczenie, a to duże zagrożenie dla niej samej i jej rodziny.
Zdaniem Adama Bodnara, ustawa jest sprzeczna z zakładanym celem. Uważa on, że celem projektodawcy nie było wzmocnienie transparentności władzy publicznej, lecz dokonanie powszechnej lustracji majątkowej obywateli. Rzecznik zwraca uwagę, że ustawa nakładając na zwykłych obywateli obowiązek udostępnienia informacji o dochodzie, majątku, posiadanych nieruchomościach i ruchomościach (swoich i małżonka), zobowiązaniach, zwolnieniach i ulgach, a nawet danych osobowych, głęboko ingeruje w prawo do prywatności obywateli.
Proponowane regulacje - niejasne, nieprecyzyjne, odnoszące się do odmiennych znaczeń - budzą poważne wątpliwości z punktu widzenia zasad poprawnej legislacji i mogą rodzić praktyczne trudności interpretacyjne. Jest to szczególnie niebezpieczne, biorąc pod uwagę sankcje przewidziane w art. 84 projektu ustawy za podanie nieprawdy lub zatajenie prawdy w oświadczeniu lub niezłożenie oświadczenia majątkowego w terminie, tj. odpowiedzialność karną - pozbawienie wolności do lat 5, a w przypadku mniejszej wagi - grzywnę albo karę ograniczenia wolności - zaznacza Adam Bodnar.
Podkreśla również, że o ile uzasadnione jest ujawnienie w powszechnie dostępnym internetowym Biuletynie Informacji Publicznej oświadczenia majątkowego osób wybieranych w powszechnych wyborach, pełniących kluczowe stanowiska państwowe, o tyle nie znajduje uzasadnienia w świetle standardów konstytucyjnych wprowadzenie takiego obowiązku w odniesieniu do pozostałych osób objętych przedmiotowymi regulacjami. Rzecznik dodaje, że realizacja celu, jakim jest przeciwdziałanie korupcji, może nastąpić w odniesieniu do tych osób poprzez samo złożenie oświadczenia - bez konieczności jego udostępniania w Internecie. Nie jest zatem jasny cel, jakiemu miałoby służyć tak szerokie upublicznianie oświadczeń majątkowych.
Krytyka ze strony organizacji pozarządowych
Przeciwko projektowi protestowały też organizacje pozarządowe, wskazując, że "publikowanie w internecie oświadczeń o stanie majątkowym kilkuset tysięcy osób, które ani nie są wybierane w wyborach, ani nie odpowiadają realnie za podejmowanie ważnych z perspektywy obywateli decyzji, jest zbyt daleko idącą, nieproporcjonalną do celu i niekonieczną ingerencją w prywatność". Według ostatniego opublikowanego projektu (z 8 stycznia) szczegółowa lustracja majątkowa miała objąć od 1 marca 2018 r. 151 grup zawodowych, w tym część lustracją jawną - gdyż oświadczenia lustracyjne miały być dostępne w Biuletynach Informacji Publicznej. Zgodnie z tym projektem oświadczenia jawne mieliby składać nie tylko najwyżsi urzędnicy w państwie, ale także sędziowie, kierownicy samorządowych instytucji (takich jak np. domy pomocy społecznej, szkoły, biblioteki, cmentarze, targowiska itd.).

ZABIŁ JĄ TYLKO PO TO BY ZOBACZYĆ JAK MAŁO WARTE JEST LUDZKIE ŻYCIE - sprawa Kajetana Poznańskiego
Oświadczenia majątkowe strażaków - dyskusja
W dyskusjach na temat ustawy o jawności życia publicznego pojawiały się liczne wątpliwości dotyczące zakresu i formy składania oświadczeń majątkowych, szczególnie w kontekście strażaków i ich rodzin.
Pojawiły się głosy, że nie ma obowiązku podawania dochodów współmałżonków, a ich brak zainteresowania ustawą o PSP (Państwowej Straży Pożarnej) wynika z tego, że dokumenty te ich nie dotyczą. Jednak inni podkreślali, że nigdy nie wpisywali dochodów współmałżonki i nie spotkali się z zastrzeżeniami.
Z drugiej strony, sugerowano zapoznanie się z koncepcją "wspólnoty małżeńskiej", co mogłoby wskazywać na potrzebę wykazywania wspólnych dochodów. Wielu strażaków wyrażało opinię, że ich żony, zgadzając się na męża strażaka, akceptowały to z całym "dobrodziejstwem" tej profesji.
„Ja, obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, świadom podejmowanych obowiązków strażaka, uroczyście ślubuję być ofiarnym i mężnym w ratowaniu zagrożonego życia ludzkiego i wszelkiego mienia - nawet z narażeniem życia. Wykonując powierzone mi zadania, ślubuję przestrzegać prawa, dyscypliny służbowej oraz wykonywać polecenia przełożonych."
Jeden z dyskutantów zauważył: "Ustawa jest dobra, ale ma jedno wielkie ale.... Nie powinna dotyczyć wszystkich strażaków, zwolnieni z publikacji oświadczeń majątkowych powinni być pracownicy systemu zmianowego, o ile nie uczestniczyli w pracach żadnych komisji przetargowych, opracowujących jakieś normatywy, standardy czy akty prawne." Pojawiały się pytania o to, czy żona strażaka przestrzega ustawy o PSP, czy jej pracodawca dał jej dodatkowy urlop, czy w jej przypadku przestrzegane są czasookresy. Wskazywano, że "żona strażaka brała męża strażaka nie po przepisach, ale z miłości do niego".
Wielu strażaków wyrażało pogląd, że nikt nie ma nic przeciwko złożeniu oświadczenia majątkowego, włącznie z ujawnieniem dochodów współmałżonka, ale problemem jest kwestia publicznej dostępności tych oświadczeń. Sugerowano, że wystarczające byłoby złożenie oświadczenia na piśmie i przesłanie go np. do KG PSP, gdzie działałaby odpowiednia komórka do weryfikacji.
Komentujący zauważali także, że taka ustawa to "szerokie pole do popisu dla Sygnalistów czytaj życzliwych sąsiadów". Pojawiła się refleksja, że "z tego wychodzi, że lepiej nic nie robić, brać zasiłki i stać pod sklepem, niż być zaradnym i sobie dorobić między służbami do kiepskiej wypłaty". Podkreślano, że "Zarabiaj ile chcesz, ale płać podatki....". Przewidywano, że "oświadczenia 01 i 02 będą do wglądu w sieci, a reszta łapie się na pkt 97 z art. 46, czyli składane są oświadczenia tak jak to było do tej pory".
tags: #tvn #strazak #bibliotekarka #jawnosci #zycia