Zawód strażaka to misja wymagająca
niezwykłego poświęcenia, odwagi i gotowości do działania w najtrudniejszych warunkach. Niezależnie od miejsca służby, strażacy codziennie stawiają czoła zagrożeniom, ratując życie i mienie. Jak wygląda ten zawód w Polsce, widziany oczami zarówno polskiego, jak i zagranicznego strażaka, oraz jakie wyzwania niosą ze sobą globalne tragedie?

Polska Straż Pożarna w Oczach Brytyjczyka
Z Miłości do Zawodu: Kevin Aiston w Polsce
Anglik Kevin Aiston stał się polskim strażakiem, realizując swoje marzenie z dzieciństwa. Choć popularne show stało się dla niego początkiem kariery w show-biznesie - był gospodarzem programów radiowych i telewizyjnych, występował w kabarecie i zagrał w kilku serialach, m.in. „Na dobre i na złe” - to nie media są jego największą zawodową pasją. „Chciałem być strażakiem, odkąd miałem 6 lat, i zostałem strażakiem w Polsce. Absolutnie nie żałuję ani jednej sekundy z tego, nawet jak mocno skaleczyłem sobie rękę piłą łańcuchową, bo mi odskoczyła. Takie rzeczy się zdarzają” - mówi Kevin Aiston agencji informacyjnej Newseria Lifestyle. Brytyjczyk pełni służbę strażaka w Radzyminie. Za swoje dokonania na tym polu został odznaczony m.in. srebrnym medalem za zasługi dla pożarnictwa, przyznawanym przez Prezydium Zarządu Głównego lub Prezydium Zarządu Wojewódzkiego Związku Ochotniczych Straży Pożarnych RP.
Ocena Polskiej Służby
Aiston nie ukrywa, że praca strażaka to trudna, wymagająca wielu poświęceń droga zawodowa. Każdy pożarnik zdaje sobie jednak sprawę z czekającego go wysiłku. Brytyjczyk bardzo wysoko ocenia polską straż pożarną. Jego zdaniem należy ona do ścisłej czołówki, nie tylko europejskiej, lecz także światowej, zarówno pod względem przeszkolenia strażaków, jak i ratownictwa, podejścia do pracy i wyposażenia technicznego. „Jestem dumny, że należałem i należę do polskiej straży pożarnej” - podkreśla Kevin Aiston.
Codzienność Służby i Nowoczesne Wyposażenie
Dynamika Pracy Strażaka
Strażak przekonuje, że w jego zawodzie nie ma typowego dnia pracy. Podczas dyżuru, w oczekiwaniu na wezwanie, każdy ma wyznaczone obowiązki, głównie związane z konserwacją sprzętu i jego przygotowaniem do ewentualnej akcji. Harmonogram tych prac może jednak zostać zmieniony w każdej chwili, w pożarnictwie wszystko zależy bowiem od czynników zewnętrznych. Zdarzają się dni, w których niewiele się dzieje, inne dyżury wydłużają się natomiast nawet o kilka godzin. Kevin Aiston opowiada: „Kończymy np. przy wypadku samochodowym, wracamy do koszar, a dyspozytor mówi: ‘nie, nie wracacie, macie kolejny wypadek samochodowy’ albo ‘wracajcie, zmieniajcie wozy, bo macie teraz pożar w kamienicy’ i nie zobaczymy remizy przez kolejne 12 albo 24 godziny”.
Dodatkowe obowiązki ma dowódca zmiany, do niego należy bowiem składanie meldunków ze wszystkich akcji. Sprawozdania muszą być niezwykle szczegółowe i zawierać takie dane, jak członkowie ekipy, rodzaj interwencji, sposoby gaszenia ognia, wymiary budynku, w którym doszło do wybuchu pożaru oraz ewentualnej konieczności skorzystania ze wsparcia innych oddziałów OSP. W połączeniu z kilkoma interwencjami w ciągu dnia sprawia to, że dyżur strażaka bywa bardzo ciężki. „Jesteś głodny, zmęczony, chcesz wziąć prysznic. Często trzeba się myć nawet pięć razy, żeby zmyć wszystkie pyły i dymy” - dodaje Aiston.

Technologia w Służbie Bezpieczeństwa
Kevin Aiston twierdzi, że jedną z najważniejszych kwestii w pracy strażaka jest dostęp do nowoczesnego sprzętu. Odpowiednie wyposażenie techniczne sprawia, że walka z żywiołem staje się szybsza i sprawniejsza, zwiększa się także poziom bezpieczeństwa samych ratowników. Istotnym elementem wyposażenia każdego strażaka są takie innowacje, jak czujniki bezruchowe, aparaty do oddychania, słuchawki chroniące słuch oraz nowoczesne maski, np. wyposażone w kamerę termowizyjną Scott Sight marki 3M. „Rynek masek się rozwija, na przyłbicy widać numerki, head up display” - komentuje Aiston, wskazując na ciągły rozwój technologii wspomagających pracę strażaków.
Polscy Strażacy w Obliczu Globalnych Tragedii
Tragedia 11 Września: Świadectwo Stanleya Trojanowskiego
„Jestem już na całe życie naznaczony tym, co wydarzyło się 11 września 2001 w Nowym Jorku” - powiedział Stanisław Trojanowski, polski strażak, który uczestniczył w gaszeniu pożarów i ratowaniu ludzi po zamachach terrorystycznych na Światowe Centrum Handlowe. Stanisław Trojanowski, znany jako jeden z bohaterów akcji ratunkowej, podkreśla, że jego działania i walka o pamięć mają na celu uhonorowanie kolegów, którzy oddali życie. Straż pożarna to „wielka rodzina”, licząca 343 osoby, a także ich bliscy.
Atak na World Trade Center (część 1)
Poranek, który zmienił świat
11 września 2001 roku zapowiadał się spokojnie. Stanley Trojanowski przybył do swojej jednostki Engine 238 na Greenpoincie o 8:10, godzinę przed poranną zmianą. Po rutynowych rozmowach z kolegami i sprawdzeniu wozu, za który odpowiadał jako kierowca, usłyszał krzyk z pokoju wypoczynkowego: „Szybko do mnie! Zobaczcie, co się dzieje!”. Była 8:52. Na ekranie telewizora widoczne były wieże World Trade Center w kłębach dymu. Komentarze były chaotyczne, mówiono o uderzeniu samolotu i błędzie w pilotażu. Ekipa, świadoma, że tylko ich wóz o pojemności 12 tysięcy litrów jest przystosowany do gaszenia pianą paliwa, wiedziała, że muszą jechać. Centrum dowodzenia zadzwoniło o 9:05, a wóz był już gotowy do wyjazdu. Porucznik Glenn Wilkinson wydał komendę: „Do wozu”. Trojanowski, wybierając trasę przez Most Manhattański, ucałował medalik i przeżegnał się. W połowie mostu radio podało informację o drugim uderzeniu w północną wieżę WTC. Wtedy zadzwonił jego młodszy syn Michałek, mówiąc: „Tato, kocham cię. Wróć bezpiecznie”. Łzy zakręciły się w oczach strażaka, który w tamtej chwili uświadomił sobie, że nic nie jest pod kontrolą.

Akcja Ratunkowa na Ground Zero
Wóz dotarł w rejon ulic Liberty i West, gdzie panował chaos - drogi były zakorkowane samochodami straży, policji i pogotowia. Porucznik Wilkinson podjął decyzję: „Tlen na plecy. Po drugiej butli na zapas. Za mną!”. Stanisław Trojanowski, zgodnie ze starym zwyczajem, stanął przy drzwiach wozu i całował każdego wyskakującego strażaka. Niestety, nie zdążył pocałować porucznika, który pędził już przez ulicę. Zadaniem ekipy było dotrzeć na 78. piętro WTC-1 i tam gasić pożar. Załoga wchodziła po schodach, mijając przerażonych pracowników, którzy krzyczeli, że to szaleństwo i wysłanie na śmierć. Na piętrze żaden hydrant nie działał, a szybami windowymi lała się płonąca benzyna. Rozpoczęto ewakuację ludzi do holu głównego. Nagle budynkiem wstrząsnęła seria eksplozji, a wszystkie szyby w holu wyleciały. Strażacy wybiegli na zewnątrz, widząc, że WTC-2 już nie istnieje, a w jego miejscu jest góra dymiącego gruzu. Porucznik Glenn Wilkinson liczył ludzi; brakowało jednego. Ruszył z powrotem do budynku. Trojanowski widział go wtedy ostatni raz żywego.
Kiedy kurz opadł, okazało się, że brakuje Glenna Wilkinsona. Podjęto szybką decyzję o jego odnalezieniu. Strażacy rzucili się do przeszukiwania rumowiska, podając wodę, choć hydranty padały jeden po drugim. Żywych już nie znajdowali. Około 21:55 jeden z kolegów krzyknął: „Chłopaki, znalazłem Glenna!”. Znaleziono zwłoki około 70 metrów od miejsca, gdzie stał wieżowiec. Numer butli tlenowej potwierdził, że to ich dowódca. Ekipa sprowadziła sprzęt - podnośniki poduszkowe, rozpieracze hydrauliczne, piły tarczowe, młoty i kilofy. Cięli rumowisko kawałek po kawałku, obiecując: „My cię tu, stary, nie zostawimy. Jedziesz z nami…”. Tarcze pił paliły się do białości. O północy dowództwo chciało ich odesłać na odpoczynek, ale strażacy odmówili, mówiąc: „Tu jest nasz dowódca. Nie odejdziemy bez niego”. O siódmej rano wyciągnięto Glenna. Połowa jego ciała była spalona. Został przeniesiony na ramionach w kierunku wozu, gdzie zwłoki przejęły służby medyczne.
Poświęcenie i konsekwencje
Pogrzeb dowódcy Glenna Wilkinsona odbył się 17 września 2001 roku. Dwa dni wcześniej pochowano kapelana straży pożarnej ks. Mychala Judge’a, uznanego oficjalnie za „ofiarę nr 1”, który zginął, udzielając ostatniego namaszczenia umierającemu strażakowi Danny’emu Suhrowi. Według Trojanowskiego, to Danny był pierwszym poległym na ziemi. Tamtego dnia pochowano również szefa nowojorskiej straży pożarnej Petera Ganciego. Stanley Trojanowski uczestniczył w stu siedemnastu pogrzebach strażackich.
Mimo osobistego cierpienia i traumy, Trojanowski traktował to jako „święty obowiązek”. On sam wyszedł z akcji na WTC cało, lecz był na zwolnieniu lekarskim do marca 2002 roku z powodu pogruchotanych pleców, zmarnowanych płuc, duszności i plucia krwią. Przeszedł na emeryturę w wieku 47 lat. Konsekwencje dla jego kolegów były równie tragiczne: ponad 600 zachorowało na różne choroby, ponad 50 na raka, zmarło 64, kilkunastu popełniło samobójstwo. Ponad sto rodzin strażackich rozpadło się przez rozwody i separacje, a kilkadziesiąt osób trafiło do psychiatrów i psychologów. „Wielu żyło z dnia na dzień, pili, szukali ratunku w spotkaniach z kumplami. To druga strona medalu naszego bohaterstwa, którym politycy napychają sobie gęby do patriotycznych przemówień” - konstatuje Stanley Trojanowski. Podczas akcji na World Trade Center oddało życie 343 nowojorskich strażaków, w tym co najmniej dwudziestu polskiego pochodzenia. Wśród nich byli Joseph Grzelak, Scott Kopytko, Bill Krukowski, Allan Tarasiewicz, Michael Warchala i Stanley Smagala.
Walka o Pamięć i Dziedzictwo
Stanley Trojanowski niestrudzenie walczy o upamiętnienie poległych Polaków. Mówił o nich w Sejmie i podczas przyjęcia przez dowództwo polskiej Straży Pożarnej. Prosił komendanta Straży w Lublinie i tamtejszych oficjeli, z prezydentem Wasilewskim na czele, o nadanie ulicy imienia Stanleya (Staszka) Smagali, którego rodzina wywodzi się z Lubelskiego. Smagala, który zginął 11 września, doczekał się córeczki pięć tygodni po śmierci - była to pierwsza z 52 dzieci urodzonych po śmierci ojców tamtego dnia. Mimo że bohaterowie 11 września mają swoje ulice w całej Europie Zachodniej, w Japonii, a nawet na Ukrainie, w Polsce ten fakt „jakoś nie dotyczy”.
Trojanowski podkreśla wagę pamięci: „Po pierwsze, jak najwięcej opowiadaj o tym, co się wtedy zdarzyło. Wszędzie, gdzie możesz. Ludzie muszą wiedzieć, jak było naprawdę. Bo ta prawda oficjalna i telewizyjna to często pic na wodę i propaganda. Po drugie, to taka zwykła, codzienna pamięć, a nie jakieś dęte mowy do kamer telewizyjnych i dziennikarzy. Proste czyny: zapal znicz na grobie kumpla, zadzwoń do żony i zapytaj, czy nie potrzebuje pomocy, zabierz jego syna na mecz koszykówki czy bejsbola. Reszta jest w nas…”
Dar dla Jana Pawła II: Hełm jako Symbol
3 listopada 2004 roku Stanley Trojanowski przekazał w darze Janowi Pawłowi II swój hełm strażacki z 11 września 2001 roku. Ten hełm był obiektem starań wielu muzeów w Nowym Jorku i całych Stanach, a także dowództwa polskiej Straży Pożarnej. Jego wartość na aukcji odpowiadała cenie samochodu. Mimo „burzy” ze strony dzieci, dla których był to pamiątka rodzinna, Trojanowski podjął taką decyzję z kilku powodów. „Nikomu innemu bym go nie oddał, tylko jemu… Po pierwsze, uważałem, że Jan Paweł II był jednym z uczestników naszej akcji na WTC. Po drugie, był tym człowiekiem, który jak nikt potrafił zrozumieć cierpienie, poświęcenie bliźniego i sens ofiary życia. Po trzecie, skoro tak cierpiał, chciałem Mu przez ten hełm dodać otuchy i siły do zmagania z chorobą”. Papież był wzruszony, przyjmując ten dar serca i błogosławił mu, co dla Trojanowskiego było „najlepszą zapłatą za cały 11 września”.

Podczas akcji ratunkowej na World Trade Center strażakom towarzyszyły plakaty obrazu Matki Boskiej, nazwanej później Madonną z World Trade Center, które były znakiem otuchy i nadziei w tamtym piekle. Były to reprodukcje obrazu „Our Lady of Universe” („Matki Bożej Wszechświata”) meksykańskiej artystki Jacqueline Ripstein. Stanisław Trojanowski, dzieląc się strzępami flagi z wozu bojowego FDNY wraz z reprodukcją obrazu, symbolicznie łączy tych, którzy pamiętają i rozumieją wydarzenia 11 września.

Misja w Fukushimie: Doświadczenie Tomasza Traciłowskiego
Polscy strażacy odznaczają się profesjonalizmem również podczas misji międzynarodowych, takich jak ta po trzęsieniu ziemi i tsunami w Japonii w 2011 roku. Młodszy brygadier Tomasz Traciłowski opowiadał o działaniach grupy, której bazą było Tokio, ale pracowała również na północ od miasta. Mieli okazję być w miejscach dotkniętych tragedią, gdzie były zniszczone domy, drogi i statki wyrzucone przez morze na brzeg. Największe straty w infrastrukturze spowodowało nie samo trzęsienie, ale tsunami, które przyszło tuż po nim.

W obliczu potrójnego żywiołu
„Na pierwszy rzut oka było widać, że ludzie bardzo odczuli uderzenie wszystkich trzech żywiołów” - mówił Traciłowski. „Najbardziej tego ostatniego, promieniowania, bo to wróg, którego nie da się zobaczyć ani odczuć”. W społeczeństwie japońskim odczuwalna była bardzo silna obawa dotycząca promieniowania. Polski strażak przebywał w odległości 60 kilometrów od uszkodzonej elektrowni atomowej Fukushima I. Przyznaje: „Po ludzku się bałem, ale nie aż tak”. Ocenia, że po doświadczeniach Czarnobyla funkcjonuje silna psychoza, ale na miejscu, z odpowiednim systemem zabezpieczeń, nie obawiał się nagłego zagrożenia, choć świadomość ryzyka zawsze towarzyszyła. „Człowiek cały czas miał to w głowie, bezustannie sprawdzaliśmy aparaturę, konsultowaliśmy nasze wątpliwości z ekspertami, ale jak widać jestem cały i zdrowy”.
Bezpieczeństwo i Obawy przed Promieniowaniem
Na miejscu grupę wspierali dwaj eksperci, Duńczyk i Francuz, przeszkoleni w tego typu działaniach, a ich bezpieczeństwo było w ich rękach. Strażacy mieli ze sobą aparaturę, więc na bieżąco wiedzieli, jaką dawkę pochłaniają i jaki jest poziom promieniowania w danym miejscu. Każdy miał też sprzęt ochrony osobistej przed promieniowaniem - torbę z lekką odzieżą ochronną, którą zabierano w teren na wypadek pogorszenia sytuacji.
Odporność i Obserwacje Kulturowe
Po trzęsieniu ziemi kraj wielokrotnie nawiedzały wstrząsy wtórne. Tomasz Traciłowski, który przeżył je już w Iranie i na Haiti, opisywał to uczucie, „jakbyśmy siedzieli w budce dróżnika przy przejeździe kolejowym, gdy obok właśnie przejeżdża pociąg z ciężkim ładunkiem”. Najbardziej zaskakujące było to, że na Japończykach te wstrząsy wtórne w zasadzie nie robiły wrażenia. Strażak opisywał reakcje podczas wstrząsów, które zastały ich przy śniadaniu: „My na początku rozglądaliśmy się nerwowo dookoła, nie wiedząc jak się zachować, ale Japończycy nawet nie przerywali posiłku”. Ocenił, że jest to naród bardzo odbiegający kulturowo od typowego europejskiego pod względem sposobu bycia, bardzo silny i zdyscyplinowany. Tomasz Traciłowski był zaskoczony opanowaniem Japończyków i tym, że życie bardzo szybko wracało do normy. Gdy w rejonach bezpośrednio dotkniętych żywiołem prowadzono działania, w innych, oddalonych miejscach, ludzie wykonywali już swoją normalną pracę, a dodatkowo bardzo silnie angażowali się w naprawę i pomoc najbardziej poszkodowanym.