Firma Wireland w Bytowie stała się ofiarą tragicznego w skutkach podpalenia połączonego z włamaniem, do którego doszło w nocy z 23 na 24 listopada 2018 roku. Pomimo upływu lat i intensywnych działań śledczych, sprawcy pozostają nieznani, a sprawa została ostatecznie umorzona. Właściciel firmy, Henryk Recław, nie traci jednak nadziei na ich odnalezienie, jednocześnie z sukcesem odbudowując zakład ze zgliszcz.

Przebieg tragicznych wydarzeń w Wirelandzie
Do włamania i pożaru jednej z hal firmy Wireland w Bytowie doszło nocą z 23 na 24 listopada 2018 roku. Zbiegło się to w czasie, gdy pracownicy firmy bawili się w pobliskiej stołówce, świętując 50-lecie powstania firmy. Około drugiej w nocy stróż zaalarmował prezesa, że na terenie zakładu, w malarni, pojawił się dym. Henryk Recław był na miejscu w ciągu kilkudziesięciu sekund, ponieważ również bawił się razem ze swoimi pracownikami. Chwilę później na miejscu pojawili się strażacy. Już wtedy było wiadomo, że to duże zdarzenie. Henryk Recław relacjonuje: - Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Krzyczałem, płakałem. Języki ognia były olbrzymie.
Chronologia włamania i kradzieży
- Pierwszy z przestępców na teren zakładu wszedł o godzinie 23:08.
- Włamywacz wszedł po wentylatorach na dach, a następnie, po siedmiu minutach, dostał się do stolarni, gdzie otworzył okno, wpuszczając do środka kolejnych dwóch towarzyszy.
- Złodzieje zabrali spod wentylatorów młoty i kilofy, a następnie weszli do środka, by przez półtorej godziny plądrować biura.
- Weszli do wszystkich pomieszczeń, wyważając drzwi, co wskazuje na doskonałą znajomość topografii firmy.
- Rozwalili sejf i ukradli 3 tysiące złotych.
Z nagrań z monitoringu wynika, że sprawca, którego Henryk Recław określił mianem „cyrkowca” ze względu na sprawność w pokonywaniu 1,5-metrowego ogrodzenia, przez okno wpuścił dwóch towarzyszy. Plądrowanie trwało półtorej godziny. H. Recław tłumaczy: - Do dziś nie wiemy, co dokładnie wynieśli, a na nagraniach z monitoringu widać, że coś ze sobą zabierają. Mimo dokładnego sprawdzenia i przeliczenia, nie zabrano dokumentów, produktów ani sprzętu z biur, jedynie gotówkę z sejfu. Sprawcy byli widoczni na nagraniu jednej kamery na podczerwień, o której nikt nie wiedział i którą wszyscy myśleli, że to atrapa. Na nagraniu widać, że byli zdezorientowani; pierwszy, gdy zobaczył czerwoną diodę, stanął przestraszony i wycofał się, zastanawiając się przez ponad pół godziny, co zrobić. Prawdopodobnie myśleli, że to detektor ruchu. Ponowili próbę, ale nie zniszczyli kamery, obawiając się, że włączy się alarm.
45 minut po północy trzech złodziei wyskoczyło przez okno stolarni i dalej pobiegli przez sąsiadującą działkę, wycinając pręty w ogrodzeniu przy ulicy Gryfa. Na ulicy Gryfa odnotowano wyraźne ślady samochodu na poboczu. Z Gryfa sprawcy prawdopodobnie pojechali samochodem na ulicę Szarych Szeregów i stanęli przy browarze. Z browaru poszli pieszo w stronę malarni, gdzie kamery zarejestrowały kogoś idącego za malarnią z latarką.
Jak dane z monitoringu ON-LINE wyładowań niezupełnych zapobiegły awarii generatora
Śledztwo i jego umorzenie
Sprawą zajęła się bytowska prokuratura, prowadząc śledztwo w dwóch kierunkach: pożaru i kradzieży z włamaniem. Biegli jednoznacznie stwierdzili, że doszło do podpalenia. Pomimo, że ponad 40 kamer monitoringu na terenie zakładu zarejestrowało kilku mężczyzn, którzy najpierw włamują się do pomieszczeń biurowych, a później pojawiają się w miejscu, gdzie wybuchł pożar, nie udało się ich zidentyfikować.
Ryszard Krzemianowski, prokurator rejonowy w Bytowie, wyjaśnił: - Zebrane dowody nie dały podstawy do ustalenia sprawców, więc to postępowanie zostało umorzone. Sąd Rejonowy w Bytowie umorzył śledztwo w sprawie podpalenia hali Wirelandu w dniu 7 stycznia. We wrześniu właściciel Wirelandu złożył zażalenie, jednak Sąd Rejonowy podtrzymał decyzję o umorzeniu.

Rozstrzygnięcie nie zniechęca przedsiębiorcy Henryka Recława do dalszego poszukiwania sprawców. Jak sam mówi: - Cieszę się z takiego obrotu sprawy choćby z tego względu, że sąd zapewnił mnie, że gdy tylko pojawią się nowe dowody, śledztwo będzie mogło być otworzone ponownie. Nie tracę nadziei, że uda się ustalić, kto to zrobił. W takich przypadkach sprawcy często nie wytrzymują próby czasu. Właściciel firmy oferuje również wysoką nagrodę za wskazanie sprawców podpalenia, zapewniając anonimowość.
Skutki pożaru i heroiczna odbudowa
Pożar doszczętnie zniszczył halę malarni o powierzchni 2,5 tys. m², wraz z całym wyposażeniem i sprzętem, w tym dwiema liniami malarniczymi, kabinami malarniczymi, śrutownią i pomieszczeniem magazynowym. W czasie akcji gaśniczej zawaliła się metalowa konstrukcja dachu. Strażacy, w akcji której udział wzięło 11 zastępów straży pożarnej (około 40 strażaków), cudem uratowali kotłownię gazową, odległą o zaledwie metr od miejsca pożaru.
Henryk Recław podkreślał, że malarnia była „sercem tego zakładu” i bez niej firma nie mogła normalnie funkcjonować. Straty powstałe w wyniku pożaru sięgają ponad 9 milionów złotych. Właściciel szybko starał się o odszkodowanie, jednak proces nie był prosty. Firmy ubezpieczeniowe, jak twierdzi Henryk Recław, często zaniżają wartości wypłacanych odszkodowań. Po długich negocjacjach, podczas których właściciel oczekiwał 4,5 mln zł, a ubezpieczyciel oferował 3 mln zł, strony spotkały się "gdzieś pomiędzy". Mimo to, otrzymane odszkodowanie okazało się niewystarczające na odbudowanie i wyposażenie nowej hali, której wartość oszacowano na 9,5 mln zł.

W obliczu kryzysu, Henryk Recław starał się, aby firma funkcjonowała normalnie. Dzięki pomocy innych przedsiębiorców, m.in. Wiesława Maczaczy, który użyczył swojego zakładu w Miastku, oraz Jerzego Koski, który udostępniał miejsce na trzeciej zmianie, udało się przetrwać. Henryk Recław wspomina: - Szybko po pożarze udało mi się wynająć nową malarnię w Miastku. Wiesław Maczacza ma dwie malarnie proszkowe i jedną na siedem miesięcy mam do dyspozycji. W nieszczęściu miałem szczęście. Pracujemy już na dwie zmiany. To cud, że mamy ciągłość produkcji, wypełniliśmy wszystkie umowy z kontrahentami. Niestety, dowożenie pracowników i inne koszty pochłonęły dodatkowe 1,6 mln zł.
Zaledwie pół roku po tragicznym pożarze na miejscu starej hali stanął szkielet nowego budynku. Pracownicy mogli wrócić do nowej hali pod koniec lata. - Cieszę się, że znów jesteśmy u siebie i możemy bez przeszkód pracować - mówi Henryk Recław.
Niewyjaśnione pytania i nadzieja na prawdę
Mimo odbudowy zakładu, Henryk Recław nie ustaje w poszukiwaniu prawdy. Prowadził własne śledztwo, analizując wszystko, co wydarzyło się przed i po pożarze. Pojawiły się hipotezy o wrogim przejęciu firmy, zwłaszcza że był moment, gdy właściciel rozważał sprzedaż większej części firmy jednemu kupcowi, którego koncepcja, według doradców, mogła zakładać wrogie przejęcie. - Sprawdzam byłych pracowników. Dyrektorów. Badam wszystkie tropy. Mam nadzieję, że kiedyś poznamy prawdę - podsumowuje Henryk Recław.
Nadal nie znamy sprawców podpalenia hali produkcyjnej Wirelandu. Wszystkie hipotezy, takie jak rabunek, podpalenie, czy próba wrogiego przejęcia, są brane pod uwagę.