W historii rocka istnieją riffy, które stają się dźwiękowym DNA dla całych pokoleń gitarzystów. Geneza tego najsłynniejszego jest jednak zapisana nie w nutach, a w ogniu i kłębach dymu. Czwarty grudnia 1971 roku na zawsze wypalił swoje piętno w kronikach rocka. Wydarzenia, które rozegrały się w szwajcarskim Montreux, stały się inspiracją dla jednego z największych hardrockowych przebojów wszech czasów - "Smoke on the Water" zespołu Deep Purple.
Grudniowa noc, która zmieniła historię rocka
W grudniu 1971 roku zespół Deep Purple zjawił się w Montreux Casino w Szwajcarii, gdzie miał zamiar nagrać swój nowy album, „Machine Head”. Muzycy mieli rozpocząć nagrywanie utworów zaraz po koncercie Franka Zappy z The Mothers of Invention, który królował na scenie kasyna. Wtedy doszło do wypadku, który mógł mieć tragiczny koniec. Wokalista Ian Gillan wspominał, że ktoś siedzący za nim na koncercie wystrzelił dwie flary, które uderzyły w górny róg budynku i natychmiast wywołały pożar.
W szwajcarskim Montreux Casino jeden z fanów postanowił wystrzelić z pistoletu sygnałowego prosto w rattanowy sufit, co okazało się iskrą zapalną dla pożaru, który pożarł cały kompleks. Całemu temu rockandrollowemu armagedonowi z boku przyglądali się muzycy Deep Purple, którzy przybyli zaledwie dzień wcześniej, by w tym samym kasynie, korzystając z mobilnego studia The Rolling Stones, nagrać swój album „Machine Head”.

Świadkowie i bohaterowie płomieni
W płonącym budynku zapanował chaos godny najbardziej szalonego koncertu. Sam Frank Zappa ze stoickim spokojem próbował zapanować nad tłumem. Zappa przerwał koncert i pomógł przeprowadzić spokojną ewakuację, podczas gdy za kulisami rozgrywał się prawdziwy dramat. Relacje świadków co do drożności wyjść ewakuacyjnych do dziś pozostają sprzeczne.
W samym środku tego piekła pojawił się prawdziwy bohater, Claude Nobs, założyciel Montreux Jazz Festival. To właśnie on, uwieczniony później w tekście jako „Funky Claude”, osobiście wyciągał ludzi z płomieni. Choć straty materialne sięgały milionów franków, cudem nikt nie zginął.
"Smoke on the Water": wizja znad Jeziora Genewskiego
Deep Purple obserwowali pożar z pobliskiej restauracji, a gdy płomienie trawiły kasyno, członkowie zespołu patrzyli na wszystko z okien swojego hotelu. Zobaczyli wtedy obraz, który wrył im się w pamięć na zawsze. Gęsty, czarny dym pełzł po spokojnej tafli Jeziora Genewskiego, tworząc apokaliptyczny, a zarazem hipnotyzujący pejzaż. Deep Purple obserwowali pożar z pobliskiej restauracji, a gdy ogień zgasł, nad Jeziorem Genewskim, które znajdowało się obok kasyna, unosiła się warstwa dymu. Ta wizja nawiedzała basistę Rogera Glovera tak mocno, że kilka dni później obudził się z gotową frazą rezonującą w głowie: „Smoke on the Water”. Te trzy proste słowa stały się czymś więcej niż tylko tytułem, a dym, który tamtej grudniowej nocy unosił się nad Jeziorem Genewskim, z ulotnego zjawiska stał się wiecznym zapisem w historii rocka. Glover wymyślił tytuł, a Gillan napisał tekst.

W poszukiwaniu nowego studia: od chaosu do improwizacji
Z dymem poszło nie tylko kasyno, ale i całe plany nagraniowe zespołu. Zespół rzucił się w wir poszukiwań nowej miejscówki. Pierwsza próba w pobliskim klubie tanecznym w Montreux o nazwie Pavilion des Sports skończyła się, jak na prawdziwych rockmanów przystało, wizytą policji wezwanej przez sąsiadów, którym decybele Deep Purple'ów nie przypadły do gustu. Nawet nie w całości, ponieważ sąsiedzi skarżyli się na hałas i policja przerwała nagrania.
Schronienie znaleźli dopiero w opuszczonym na zimę Grand Hotelu w Territet. Tam, w iście partyzanckich warunkach, stworzyli prowizoryczne studio, wytłumiając hotelowe korytarze materacami. Tam rozstawili sprzęt w korytarzach, a ciężarówka Stonesów stała z tyłu, z długimi kablami puszczonymi przez okna, starając się stworzyć jak najlepsze warunki techniczne. Reszta albumu oraz wokale do kawałka "Smoke on the Water" nagrano już w Grand Hotelu.
Narodziny kultowego riffu i jego paradoksalna historia
To właśnie w tej surowej scenerii, zrodzonej z chaosu, gitarowy mag Ritchie Blackmore wyczarował prosty, a jednocześnie potężny riff. Tekst tekstem, ale jak powstał jeden z najsłynniejszych riffów w historii muzyki? Wszystko przez telewizję. W 1971 roku gitarzysta Deep Purple Ritchie Blackmore wciągnął się w dokument "Wives of Henry VIII", który opowiadał o losach średniowiecznego monarchy. Riff oparty jest na kwartach i kwintach - to średniowieczna skala modalna. Brzmi przez to bardziej mrocznie i złowieszczo.
Riff i podkład zostały nagrane już pierwszego dnia jako swego rodzaju próba dźwięku, w klubie tanecznym w Montreux o nazwie Pavilion, gdzie muzycy Deep Purple próbowali pracować po spaleniu się kasyna. To właśnie tam powstał jedyny fragment "Smoke On The Water". Gdy pisali tekst, brakowało im materiału. To miała to być "dodatkowa ścieżka".
Największy paradoks tej historii? „Smoke on the Water” został nagrany na samym końcu sesji do „Machine Head” i przez długi czas zespół traktował go jako zwykły wypełniacz. Nikt nie przypuszczał, że ten zrodzony z przypadku numer stanie się ich przepustką do nieśmiertelności. Wydany jako singiel dopiero w maju 1973 roku, kawałek wystrzelił jak rakieta, demolując listy przebojów i lądując na 4. miejscu prestiżowej listy Billboard Hot 100.
"Co tam bałakać" fragment piosenki o Lwowie. W wykonaniu Duetu Fidelis z Przemyśla
Dziedzictwo i symbolika "Smoke on the Water"
Gitarowy fundament „Smoke on the Water” to już absolutna legenda. Prosty, hipnotyczny riff zyskał status nieśmiertelnego i stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych motywów w dziejach muzyki, a jego moc często porównuje się do V Symfonii Beethovena. Sam Blackmore z typowym dla siebie przekąsem stwierdził, że jego riff to po prostu odwrócona interpretacja dzieła klasyka i że jest Beethovenowi „winien sporo pieniędzy”. Dziedzictwo tego numeru sięga jednak znacznie dalej niż rockowe stacje radiowe, ponieważ jego tekst został dosłownie zakodowany w DNA w ramach projektu archiwizującego historię festiwalu w Montreux.
Cień pożaru: los Franka Zappy
Co ciekawe, ale też bardzo smutne, Frank Zappa, wspomniany w tekście piosenki Deep Purple, stracił cały sprzęt w pożarze. Gdyby tego było mało, kilka dni później złamał nogę, gdy fan wciągnął go do tłumu podczas koncertu w Anglii. Ian Gillan, nagrywając później specjalny występ dla BBC w 1972 roku, powiedział do mikrofonu: "Break a leg, Frank".
Deep Purple a ewakuacja: sprostowanie
W wywiadzie dla „Teraz Rocka” z wokalistą Deep Purple Wiesław Weiss zauważył, że Wikipedia podaje, iż członkowie grupy znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie: „według Wikipedii trafiliście do podziemnej części kasyna, a wyjście stamtąd było zablokowane. Na szczęście Claude Nobs znalazł was i wyprowadził”. Ian Gillan skomentował to następująco: „Bzdura. To nie my utknęliśmy w podziemiu, ale grupa fanów. W tym czasie my byliśmy już na zewnątrz. Koncertu Franka Zappy słuchaliśmy, stojąc w przejściu. I kiedy zaczęło się palić, natychmiast wyszliśmy - bez problemu, bo jeszcze nie wybuchła panika. Natomiast część dzieciaków ruszyła w złą stronę, w kierunku drzwi prowadzących do zejścia na dół, gdzie mieściła się kuchnia. Ponieważ wszędzie było już pełno dymu, nie umiały się stamtąd wydostać.”
